Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

... miłość mojego życia ...

piątek, 30 lipca 2010 15:00
 

         Gdzie byłeś mój Aniele Stróżu, kiedy zaczęłam popełniać życiowe błędy? Nie jakieś tam drobne pomyłki, ale błędy, które odsunęły mnie od Boskiego błogosławieństwa. Może akurat miałeś urlop albo zdradzałeś mnie z anielskiej urody anielicą? Gdzie byłeś, kiedy po tych samych korytarzach liceum chodził chłopak, którego nie dostrzegałam, a który po dwudziestu latach, stał się miłością mojego życia? Dlaczego nie podstawiłeś mi nogi, żebym wpadła w jego nieporadne ramiona? Może wtedy już bym się zakochała na całe życie w jego czarnych oczach? Może, gdyby się do mnie odezwał, zauważyłabym jaką miał ogromną wiedzę i niezwykłą osobowość? Byłam nastolatką, która marzyła o wielkiej, romantycznej miłości: jednej, jedynej do końca życia. Była obok, za ścianą w sąsiedniej klasie i wyszła nieodkryta razem z dzwonkiem kończącym lekcje. Wróciła niespodziewanie i w jednej chwili pochłonęła moje ciało, serce, myśli i duszę. A wyglądała tak niepozornie, stojąc w kapciach i białym szlafroku na szpitalnych schodach.
        Tego dnia przyjechałam z Monachium, miałam mnóstwo spraw do załatwienia w firmie i w domu. Wieczorem zadzwoniłam do taty, żeby zapytać o jego zdrowie, które ostatnio nieco szwankowało. Żona powiedziała mi, że tata od kilku dni przebywał w szpitalu, a ja -niewiele myśląc- pojechałam do niego, po drodze kupując stertę owoców i rozmaite soki.
- Nie ma już odwiedzin - burknął podstarzały portier.
- Bardzo proszę, żeby mnie pan wpuścił - poprosiłam, słodko się uśmiechając.
- Nie ma mowy! - warknął, siedząc w swojej budce i nawet nie spojrzał na mnie.
- Nie odmówi mi pan przecież, dzisiaj wróciłam z zagranicy i przed chwilą dowiedziałam się, że tata jest w szpitalu - próbowałam wziąć go na współczucie.
Facet udawał, że mnie nie słucha albo, co gorsze, naprawdę mnie nie słuchał.
- Muszę wiedzieć co mu jest, bo inaczej nie zasnę, a chyba nie chce mieć pan mnie na sumieniu? - kokieteryjnie zapytałam najbardziej przymilnym głosikiem.
- Co mnie to obchodzi? - mruknął - Jutro pani se przyjdzie.
- Cholera, gej albo zatwardziały, stary kawaler - pomyślałam - Bardzo pana proszę. . .  - odezwałam się grzecznie, ale nieco chłodniej.
- Niech pani się odsunie, bo zastawia przejście.
Rozejrzałam się wokół i nie zobaczyłam żywej istoty.
- O żesz ty dziadu! - wysyczałam w myślach, a głośno dodałam - Nie mam zamiaru nigdzie stąd odchodzić, dopóki mnie pan nie wpuści.
- Proszę natychmiast odejść, bo wezwę ochronę - ze złości aż świszczał.
- No i bardzo dobrze, może przyjdą normalni ludzie, wreszcie!
- Proszę natychmiast odejść!!! - wrzasnął prosto w otwór do rozmowy.
- Może pan się tak złości, bo nie zaproponowałam żadnej łapówki? Ile pan chce za to, żebym weszła? - bezczelnie zapytałam.
Portier zrobił się czerwony i wyglądał jakby miał za chwilkę eksplodować razem ze swoją budką.
- Dobry wieczór, panie Stefanie - usłyszałam za sobą miły męski głos.
- Dobry wieczór. Dobrze, że pan jest, panie doktorze! Ta pani próbuje siłą wtargnąć na teren szpitala - powiedział, jakbym miała w rękach karabin maszynowy i kilka granatów do sforsowania bramy.
- Co się stało? - zwrócił się do mnie lekarz.
Spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z zaciekawieniem całkiem przystojny facet.
- Bingo! - wykrzyknęłam w myślach, wiedząc, że wygrałam walkę z cieciem.
Stukając obcasami po szpitalnym dziedzińcu, obróciłam się i przestałam na do widzenia super słodkiego buziaka portierowi. W doskonałym humorze, odprowadzona przez sympatycznego lekarza, dotarłam wreszcie do sali, w której leżał tata.
- Panowie, dochodzi dziesiąta! Pora gasić światełka, chyba, że macie jakieś inne propozycje dla siostry Kasi - powiedziałam radośnie, otwierając drzwi.
- Katarzyna?! - tata był autentycznie zaskoczony.
- Zamawiał pan dostawę świeżych owoców? Cześć, tato.
- Nie będę przeszkadzał, usunę się na trochę - powiedział do nas sąsiad taty i wyszedł z sali, uśmiechając się do mnie.
Kiedy już dowiedziałam się, że tacie nic nie grozi, że był tylko na kontrolnych badaniach i zapoznałam się szczegółowo z każdym dniem jego pobytu, tata nagle ściszył głos i konspiracyjnym szeptem zapytał:
- Czy wiesz kto leży ze mną w tej samej sali ? - patrzył na mnie wyczekująco.
- Nie mam pojęcia... - nie wiedząc dlaczego, również wyszeptałam.
- No, wiesz? - tata był poważnie obruszony i jeszcze ciszej szepcząc, powiedział Jego imię i nazwisko oraz nazwę firmy, której był prezesem.
- I co z tego ? - znane nazwiska nie budziły we mnie żadnych emocji, nawet jako nastolatka nigdy nie miałam idola, na widok którego bym mdlała.
- Jak to, co z tego!? Ty wiesz jaka to znamienita osoba? Ile ma pieniędzy? W ogóle się nie wywyższa, rozmawiamy ze sobą jak równy z równym, naprawdę bardzo ciekawy człowiek. Czy wiesz, że . . . ? - tata jeszcze długo malował jasnymi farbami świetlaną laurkę zupełnie mi obojętnego biznesmana o ludzkiej twarzy.
Cały czas wygłaszając hymny pochwalne na Jego cześć, tata odprowadzał mnie do wyjścia. Na schodach spotkaliśmy Ideał. Stał zamyślony, potargany, z rozwichrzoną brodą, w białym szlafroku z grubego frotte i domowych kapciach. Na nasz widok znacznie się ożywił.
- Jakby była pani co dobrego, to by pani zamiast owoców przywiozła nam piwo - odezwał się poważnie, ale Jego oczy iskrzyły się do mnie.
- Mój tatuś i piwo? ! - wykrzyknęłam, udając oburzenie.
- To pani nie wie, że z tatusiem wieczorem chodzimy do kotłowni napić się koniaku, który mamy ukryty za rurą? - powiedział zadziornie.
- Tato...? - spojrzałam pytająco.
- Ale nie codziennie - tata zarumienił się jak panienka.
- A twoje ciśnienie . . . ? - pogroziłam mu palcem.
- To co? Kupi nam pani? Moja córka na pewno by się zgodziła - powiedział On.
- Mały szantażyk emocjonalny . . . ? - zapytałam.
- Jakże bym śmiał!? Po prostu stwierdzam fakt - odpowiedział.
- Dobrze, nie będę gorsza. . . Jakie i ile chcecie? - spytałam z uśmiechem.  
- Proszę zaczekać - wykrzyknął, kiedy chciałam odejść i wyciągnął z kieszeni szlafroka stówę, jak iluzjonista białego królika z kapelusza.
- Drobny szpanik - przemknęło mi w głowie.
- Przepraszam, ale nie mam drobnych - natychmiast odpowiedział na moje myśli.
    Jechałam do nocnego sklepu, a serce waliło mi jak oszalałe. Umówiliśmy się na "pierwszą randkę" za piętnaście minut przy szpitalnej bramie. Miałam ochotę przecisnąć się przez jej barierki i rzucić się w Jego ramiona, kiedy biegł do mnie przez szpitalny dziedziniec. Podałam mu reklamówkę z czterema piwami i resztą wrzuconą luzem. Krótko i elegancko się pożegnałam i odeszłam. Właściwie to odeszły jedynie moje nogi, bo ja nadal tkwiłam przyklejona do bramy i wpatrzona w jego roześmiane oczy.
     Tydzień później tata zadzwonił do mnie z sensacyjną, jego zdaniem, wiadomością, że On zaprosił go na obiad i wyraził nadzieję, że mnie również spotka. Tata był przekonany, że pomaga załatwić mi intratny kontratak dla mojej firmy, a ja wiedziałam, że wspólny obiad był tylko pretekstem do naszego spotkania. Tatuś, ubrany w elegancki garnitur, siedział dumny i napuszony, jakby był na obiedzie czwartkowym u króla Augusta, kompletnie nieświadomy tego, co się rozgrywało przy stole. Powiedzieliśmy wszystko co najważniejsze o sobie między wierszami, a przyciąganie zaistniało wprost galaktyczne. Byłam zachwycona jego inteligencją, rozległą wiedza, bystrą ripostą, błyskotliwym dowcipem. Rzadko spotykałam mężczyzn dorównujących mi w szybkości myśli, rozumiejących moje skojarzenia i dosyć specyficzne, nieco sarkastyczne poczucie humoru. On nie tylko rozumiał, ale doskonale się przy tym bawił i sprawiał, że pierwszy raz poczułam iż mam godnego, a nawet lepszego od siebie partnera w dyskusji. Miał w oczach zainteresowanie mną, rozbawienie i delikatne pobłażanie, a ja czułam się jak uczennica na zabój zakochana w swoim profesorze. Nie pozwolił mi zamówić taksówki i odwiózł mnie do mojej firmy. Gnał przez miasto, w głośnikach huczał Led Zeppelin, a On wydzierał się razem z wokalistą zespołu. Podziękowałam grzecznie za obiad, pożegnałam się i szybko, z bijącym sercem wysiadłam z samochodu.
- Pani Katarzyno! - zawołał za mną - Tak pani odchodzi? Nie zostawiając nawet wizytówki?
Bez słowa sięgnęłam do torebki i powalił mnie odwieczny, typowo kobiecy problem. Musiałam w poszukiwaniu pudełeczka z wizytówkami opróżnić przed Nim prawie całą zawartość torebki. On nie dał mi swojej, sugerując, że ruch należał do Niego.
     Podświadomie cały czas do końca pracy czekałam na Jego telefon. Trochę rozczarowana wróciłam do domu i wpadłam w wir zajęć z dzieciakami. Jarek zadzwonił, że musi ze względu na jakieś gigantyczne zamówienie zostać w firmie. Ułożyłam dzieci do snu, wypiłam kieliszek Martini i nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wiedziałam, bo On przemycił w rozmowie, że w najbliższych dniach Jego żona przebywała zagranicą. Spróbowałam podejść mojego tatę.
- Tatusiu, proszę podaj numer telefonu do Niego do domu - powiedziałam swobodnie przez telefon - Obiecałam Mu, że zadzwonię, ale zostawiłam namiary w firmie. Tato, ratuj!
Poszło zupełnie gładko, jeszcze tylko wykręcić numer...
- Ja, słucham.
- Katarzyna - powiedziałam, a serce ze świstem osunęło się do żołądka.
- No, wreszcie! Cholera, ile mam na ciebie czekać! Czy wy tam macie tylko jedną linię telefoniczną?! Moja sekretarka cały dzień nie mogła się do ciebie dodzwonić!
Rozmawialiśmy ze sobą ponad trzy godziny dosłownie o wszystkim, nawet o tym, jak gładką miałam skórę na brzuchu.
      Tej nocy ostatecznie zamknęłam serce i ciało dla Jarka, co prawda mieszkał jeszcze ze mną prawie dwa lata, bo nie pozwalał się usunąć z mojego życia. Trwał w okopach jak zdesperowany żołnierz, aż w przypływie totalnego ataku rozerwałam go wiadomością, że od dawna kocham kogoś innego.
     Zaczęły się trzy najbardziej intensywne lata. Uskrzydlona, promieniałam radością, energią i mocą tworzenia bardziej niż zwykle na wszystkich polach życia. Załatwiałam największe imprezy dla najpotężniejszych firm w Polsce, zarabiałam coraz więcej, wreszcie sama, nie oszczędzając, bez utyskiwania Jarka, w czasie ferii i wakacji wyjeżdżałam z dziećmi odpoczywać w kraju i zagranicą. No i oczywiście zawsze miałam czas dla Niego!
      Po tygodniu nieudanych prób dodzwonienia się do mojej firmy, dał mi pieniądze na telefon komórkowy, żeby mieć ze mną bezpośredni, stały kontakt. Komórki wtedy miało niewiele osób i były bardzo drogie. Tak, On nie umiał dawać prezentów, tylko pieniądze. Przez lata bycia razem, jeden raz dostałam ogromny bukiet róż, kiedy wiedział, że mnie zranił i wykonane na Bali małe pudełeczko z goździków, po jednej z wielu Jego podróży. Widywaliśmy się prawie codziennie, wydzwaniał mnie, gdy miał chwilę wolnego czasu, a ja gnałam na spotkanie, nie bacząc gdzie, z kim i co robiłam. Spotykaliśmy się najczęściej na stacji benzynowej koło Jego firmy, błyskawicznie przesiadałam się do Jego samochodu i jechaliśmy "na spacer" . Nigdy nie chodziliśmy ze sobą na spacer, zawsze jechaliśmy po prostu przed siebie kontrolując czas, żeby zdążył dojechać na kolejne ważne negocjacje. Planowaliśmy, to znaczy, ja planowałam spotkania biznesowe w tym samym czasie i miastach co On, żebyśmy mogli jechać i wracać razem.  
W naszym mieście wchodziliśmy osobno do księgarni, aby przy którejś półce wymienić się uwagami na temat książek, jak dwoje obcych ludzi. Informował mnie, w którym pubie czy restauracji już nieoficjalnie kończy rozmowy z zagranicznymi kontrahentami. Wtedy zupełnie "przypadkowo" pojawiałam się w gronie moich znajomych. Moje spotkania aranżowałam na czas potrzebny do wypicia kawy i dwóch szklaneczek whiskey. Zaproszona przez Niego do stolika, zostawałam z Jego gośćmi. Wśród garniturowych sztywniaków On jeden ubrany był i zachowywał się na kompletnym luzie. Porażał swoją wiedzą, obrażał światopoglądem, zniewalał urokiem, sterował rozmową i obdzierał wszystkich z ich dopasowanych, drogich pancerzy. Pomagały Mu w tym moje nogi, na widok których panowie dyskretnie rozluźniali krawaty i przecierali szkiełka okularów. Otoczony na co dzień paniami w białych bluzkach i nieskazitelnie skrojonych garsonkach, mój mało konwencjonalny ubiór, bawił Go i podniecał. Poza tym byłam nieobliczalna, dziecinnie rozkoszna, zarazem silna, mądra i zabawna. Pewny mojego uczucia, uwielbiał obserwować wrażenie jakie odciskałam na mężczyznach. Elegancki i szarmancki, bo przecież nie wypadało inaczej, odwoził mnie taksówką do domu, czasem znacznie okrężną trasą.
      Mieliśmy jechać razem do stolicy, każdy na swoje spotkanie. Przyjechałam na stację benzynową troszkę spóźniona, chciałam zgrabnie przebiec do Jego samochodu i, jak to bywa w takich okolicznościach, zaliczyłam wpadkę. Ubrana w wąską spódnicę pomykałam przez placyk na cienkich szpilkach, jak modelka na wybiegu, gdy nagle... potknęłam się i runęłam jak długa. But spadł mi i odleciał daleko, a z torebki wysypało się tysiąc niezbędnych drobiazgów. Wsiadając do samochodu jeszcze widziałam rozbawienie w Jego oczach. Przywitałam się słodko, ściągnęłam w miarę seksownie podarte rajstopy i założyłam nowe, które miałam w torebce, wprawiając Go w zdumione osłupienie.
        Dzwonił do mnie w najprzedziwniejszych godzinach, często mówiąc wieczorem, że właśnie domyka kontrakt i po uroczystej kolacji będzie miał trochę wolnego czasu. Kładłam dzieci spać i jechałam do hotelu, w którym aktualnie nocował w różnych miastach Polski. Potrafiłam, dla kilku spędzonych wspólnie godzin, jechać do Czech w zimną, zaśnieżoną noc.
Czekałam na Niego w luksusowym apartamencie hotelowym, zdążyłam wykąpać się w stylowej wannie, wypić parę "szczeniaczków" z mini-barku, przeczytać spory kawałek książki, wymyśleć scenariusz nowej imprezy, trochę się zdrzemnąć. Dzwonił co jakiś czas, zapewniając, że za chwilę będzie. Kiedy wreszcie przyszedł, spojrzał w moje zachmurzone oczy i powiedział:
- Czy kiedyś mówiłem, że cię kocham?  
- Tylko raz - odpowiedziałam.
- To muszę bardzo cię kochać, skoro tak często powtarzam.
    Któregoś dnia, kiedy przyszedł nad ranem, bez słowa wyrzutów ubrałam się i wyszłam z pokoju.
Spotykaliśmy się coraz częściej i coraz bardziej jawnie, choć nam się wydawało, że doskonale się maskowaliśmy. Nic dziwnego, że po jakimś czasie zaczęłam być śledzona, a Jego żona wiedziała o każdym naszym, nawet przypadkowym spotkaniu.
   On jeden nie próbował zamknąć mnie w wykutej przez siebie klatce, tylko zachęcał do fruwania i podziwiał moje skrzydła szeroko rozpięte do lotu. Tworzyłam przy Nim najpiękniejsze marzenia, realizowałam niewykonalne plany, odnosiłam największe sukcesy. Słuchałam z Nim przez telefon szum oceanu u wybrzeży Meksyku. Wzruszał mnie, opowiadając jak jeździł po jakimś pustkowiu w Grecji, żeby znaleźć zasięg i zadzwonić do mnie. Z Nim tańczyłam najbardziej gorące tango i jechałam podrasowanym samochodem ze sprinterską prędkością. Wyczuwałam telefon od Niego zanim jeszcze zadzwonił. Dawaliśmy sobie wszystko, czego nam w życiu brakowało.
   Ostatni raz widziałam Go, kiedy już nie mogłam samodzielnie chodzić. Przyjechałam na mszę z okazji pięćdziesiątych urodzin Ojca Superiora. Siedziałam rozmodlona, kiedy zobaczyłam Go. Siedział dwie ławki przede mną po przeciwnej stronie. Serce zatrzepotało mi z radości i przerażenia, że nie mogłam dojść do Niego i odejdzie nie wiedząc, że byłam tuż obok. Poprosiłam najbliżej siedzącą osobę, wskazując na Niego, aby mnie pokazała. Kiedy się obrócił i mnie zauważył, zobaczyłam w Jego spojrzeniu to samo światło co zawsze, gdy na mnie patrzył. Do końca mszy trzymałam swoją rękę zamkniętą w Jego dłoni. Później odszedł na oficjalny bankiet dla przyjaciół i VIP-ów sponsorujących renowację kościoła, a ja zostałam odwieziona do domu.  
    To wszystko. Najpiękniejsze, najbardziej intymne, najlepsze, najważniejsze, naj... , naj... , naj... wspomnienia pozostały nadal jedynie naszymi wspomnieniami. Kochałam Go tak niebiańsko, że żadne ziemskie słowa nie wyrażą drżenia mojego serca. Może kiedyś, jeżeli będę jeszcze żyła, opiszę w innej książce miłość do człowieka tak wielką, że obraziła Boga, który poczuł się zdradzony i zapomniany. I zrobił wszystko, żebym do Niego wróciła, bo przecież powiedział do mnie:
- Nie będziesz miała innych bogów przede mną!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 615  

najlepsze przed nami

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184615
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl