Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

...przyjaźń...

wtorek, 29 czerwca 2010 0:15

       Nigdy chyba nie miałam prawdziwej przyjaciółki. Zawsze byłam otoczona wianuszkiem dziewczyn, gadałyśmy o wszystkim, śmiałyśmy się, bawiłyśmy, plotkowałyśmy, sypiałyśmy w swoich domach. Kiedy kończył się pewien rozdział życia, zapominałyśmy o sobie i zawierałam nowe znajomości. Podziwiałam moje dzieci, że przyjaźnie zawarte w dzieciństwie utrzymały do tej pory.
Nie tęskniłam za nikim, kiedy wyprowadziłam się ze stolicy. Miałam swoją rodzinę, swoje życie i jedynie brakowało mi przestrzeni, wolności szerokich ulic Warszawy. Trochę dusiłam się w prawie milionowym, zaściankowym mieście, w którym wszyscy chodzili tak samo ubrani w bazarowe ciuchy. Jechałam do kościoła na mszę zamówioną za duszę mamy i za bardzo nie wiedziałam, gdzie miałam wysiąść.
- Przepraszam, daleko do katedry? - zapytałam młodego mężczyznę, który siedział w tramwaju za mną.
- Jeszcze kilka przystanków. Też tam wysiadam, to pani pokażę - uprzejmie odpowiedział.
- Dziękuję - równie uprzejmie odrzekłam i odwróciłam się.
- To pani nie jest stąd? - zagadnął.
- Jaka spostrzegawczość - złośliwie pomyślałam - I tak, i nie - mruknęłam.
Nie miałam ochoty na rozmowę. Myślałam o mamie i o nowej żonie taty, która bez żadnych skrupułów odbierała go nam. A może tata sam odchodził...
- Bardziej tak, czy bardziej nie? - uparcie podtrzymywał rozmowę.
- Fizycznie tak, duchowo nie - wyjaśniłam.
Wysiedliśmy razem i nadal rozmawialiśmy!
- Mówisz, że bardzo tęsknisz za Warszawą? - zapytał.
- Tak, to miasto jest z zupełnie innej, czarno - białej bajki.
- Podobnie mówi moja żona. Może wymienimy się numerami telefonów? - zaproponował, widząc, że zerknęłam na zegarek.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Alusia nie ma tutaj żadnych znajomych, ciągle na weekendy ucieka do mamy. Gdyby miała przyjaciółkę, może by tak często nie wyjeżdżała - powiedział z nadzieją.
     Spotkaliśmy się dwa tygodnie później. Przygotowaliśmy z mężem miłą kolacyjkę ze świecami i kilkoma butelkami wina do wyboru. On był lekarzem w szpitalu MSW, ona urzędniczką w Urzędzie Ochrony Państwa. Przyszli ubrani jak na oficjalny bankiet, on w garniturze pod krawatem, z bukietem kwiatów w dłoni, ona w sukience, która ją postarzała o dobre dziesięć lat. Alusia usiadła sztywno na wypoczynku u boku swojego męża, ja siedziałam po turecku w fotelu, a Lech wygodnie rozwalony w drugim. Rozmowa toczyła się gładko po bezpiecznych tematach, nikt nie odważył zakłócić jej głośniejszym zamieszaniem herbaty, czy upuszczeniem sałatki z widelca. Adam był pozornie wyluzowanym, miłym facetem, a Alusia... była przerażająco sztuczna. Wdzięczyła się, próbując wszystkim się przypodobać, mówiła drażniąco piskliwym głosem, do swojego męża zwracając się - Adasiu, a do mojego - Lesiu. Nie znosiłam kobiet, które dojrzałych mężczyzn traktowały jak małych chłopców umorusanych czekoladą, bo nie znosiłam takich mężczyzn. Kiedy wyszli, spojrzeliśmy na siebie z Lechem i wybuchliśmy śmiechem.
- Lesiu, czy będziesz tak uprzejmy, żeby się ze mną kochanie jeszcze dzisiaj pokochać? - spytałam piskliwym głosikiem.
- Kasieńko, oczywiście, z największą przyjemnością i postaram się, żeby to było niezapomniane przeżycie - mąż chwycił mnie romantycznie na ręce.
    Mimo całej masy obiekcji, przyjęliśmy zaproszenie na obiad i za tydzień poszliśmy do nich razem z dzieciakami. Mieszkanie było takie same jak oni - wysprzątane, meble na wysoki połysk, książki ustawione tematycznie, stały równiutko poukładane w rzędach, tak samo kasety magnetofonowe. Na ścianach wisiały duże obrazy pejzaży, na których szukałam głowy jelenia, wystającej zza pnia drzewa. Serwetki na stole i półkach, doniczki na parapecie. Dulszczyzna końca XX wieku. Całkowite przeciwieństwo naszego mieszkania, w którym zawsze panował twórczy bałagan, wspomagany przez trzy przeszkadzajki. Alusia nie miała, bo nie mogła mieć dzieci, ale prawdę mówiąc nie wyglądała z tego powodu na nieszczęśliwą. Przeciwnie Adam. Był niespełnionym ojcem, który zaakceptował i pokochał nasze dzieci. Co tydzień chodziliśmy na spacery. Zbieraliśmy kwiaty na łące, śmialiśmy się z małp na wybiegu w ZOO, puszczaliśmy latawce, łupaliśmy z kłujących skorupek brązowe kasztany, zjeżdżaliśmy z górki na sankach. . . Dzieciaki miały nową ciocię i nowego wujka, aż pewnego dnia, bardzo późnym wieczorem Alusia delikatnie wstawiona, trzymając w ręce napoczętą butelkę wódki zapukała do naszych drzwi.
- Rozwodzę się - powiedziała od progu - Adaś ma kochankę.
Usiadła ciężko w fotelu i długo milczała. Lech przygotował drinki i oboje czekaliśmy, kiedy Alusia zacznie mówić.
- Nawet na początku myślałam, że to ty jesteś nią - spojrzała na mnie.
Tego dnia wydała mi się bardziej ludzka. Musieliśmy określić się po którejś stronie, Alusia nie dała nam możliwości wyboru, anektując nas dla siebie. Tak rozpoczął się czas naszej dziwnej, wieloletniej przyjaźni.
     Alusia odwiedzała nas regularnie w każdą niedzielę, była gościem w każde święta, pamiętała o wszystkich urodzinach, imieninach, uczestniczyła w rodzinnych uroczystościach i tylko ona podtrzymywała stały kontakt. Zdawałam sobie sprawę, że ja bym nie miała ani czasu, ani ochoty, żeby jeździć do niej, zwłaszcza z dzieciakami. Wiedziała o mnie wszystko, chodziła ze mną na imprezy, które organizowałam, bywała na bankietach, koncertach, pokazach mody. Znała pracowników mojej firmy, wszystkie moje modelki, znajomych i zmieniających się przez lata facetów. Ja wiedziałam o niej równie dużo ale nie znałam nikogo z grona jej znajomych ani nigdy nie przyszła z kolejnym "narzeczonym". Nigdy też u mnie w domu czy latem na działce nie została na noc. Potrafiła do późna się zagadać, potężnie razem ze mną wstawić się vermutem, mieć jeszcze tysiące różnych spraw do omówienia, mimo mojej propozycji pozostania, zawsze zamawiała taksówkę i wracała do swojego domu. Wszyscy znajomi i moi faceci nie mogli zrozumieć, dlaczego przyjaźniłam się z Alusią. Nie akceptowali jej sami z siebie, tolerowali ją tylko dlatego, że ja tego wymagałam. Właściwie ja jej też nigdy nie akceptowałam... Może nie samej Alusi, ile jej fryzury, stylu ubierania, zapachu perfum, sypiania z o wiele młodszymi, żonatymi mężczyznami ze swojej pracy, robienia pełnego makijażu zanim partner się obudzi, bardzo hałaśliwej, narzucającej się kobiecości. Bo Alusia była moją przyjaciółką, ciocią dla moich dzieci i matką chrzestną Michała. Dzieliłyśmy się radosnymi i smutnymi dniami przez dziesięć lat. Gdy skończyło się szaleństwo wrażeń, które zawsze dostarczałam i choroba "zabrała" mi nogi, Alusia po prostu zniknęła z naszego życia.
           Magdę poznałam, kiedy już prowadziłam własną firmę. Odpowiadała za promocję i reklamę w  przedsiębiorstwie budowanym, w którym była zatrudniona. Miło nam się rozmawiało i po kilku zawodowych spotkaniach, zaczęłyśmy się odwiedzać zupełnie prywatnie. Magda nie była ani ładna, ani brzydka, ani chuda, ani gruba, miała uroczy uśmiech i czwórkę czekoladowych dzieci. Dwie zwariowane, zapracowane mamuśki, samotnie i samodzielnie wychowujące gromadkę dzieciaków, bo mimo że wtedy mieszkałam z Jarkiem, czułam się wolną i całkowicie niezależną kobietą. Mój dom, jak magnez przyciągał wszystkich moich znajomych, również Magda bywała u mnie częściej niż ja u niej, a jej dzieciaki wielokrotnie nocowały u nas. Z czasem dostrzegałam coraz więcej różnic między nami. Ona była super konsekwentną, nieugiętą w swoich decyzjach mamą, ja zawsze ulegałam proszącym oczom moich dzieci; ona potrafiła nie wpuścić na noc do domu swojego naćpanego syna, ja tolerowałam różne wybryki moich; ona ukrywała swoich facetów przed dziećmi, ja przyprowadzałam ich do domu; ona pracowała za dużo, bo kochała pracować, ja dlatego, że kochałam swoją pracę.
    Kiedy zachorowałam Magda od czasu do czasu wpadała do mnie, a ja oczekiwałam, że pomoże mi złagodzić bunt całej mojej trójki. Uważałam zawsze, że była o wiele rozsądniejszą mamą i liczyłam, że widząc zachowanie moich dzieci, pomoże mi prostować ich dojrzewające psychiki. Ona jednak zniknęła na długie trzy lata i wróciła na moment, kiedy już nie mogłam mówić. Nie umiała odnaleźć się przy moim wózku ani zaakceptować tego, że chorowało tylko moje ciało, że ciało umierało, a nie ja. Bardzo potrzebowałam jej obecności, rozmów, empatii, zrozumienia moich duchowych potrzeb. Wyżaliłam się do niej, opisując wszystkie moje smuteczki, lęki i niepokoje. Otworzyłam całą duszę, wierząc, że Magda mnie zrozumie i odczuje. Po długim czasie dostałam wyczekiwany mail.
   "Wiem, że Ci bardzo ciężko. Bardzo bym chciała tę sytuację zmienić, ale nie wiem jak. Codziennie myślę o Tobie. Też chcę Tobie wiele powiedzieć. Cieszę się, że teraz mogę Cię wyraźniej zrozumieć, bo piszesz bardzo wyraźnie. Masz do mnie żal i to uzasadniony. Nie chcę się wykręcać, ale chcę, abyś zrozumiała i mnie. Wiem doskonale jak bardzo cierpisz, wiem, że potrzebujesz ludzi tych, którzy Cię kochają.
Pamiętam jak moja mama była chora i walczyła z chorobą ponad cztery lata. Na początku radziłam sobie jakoś, później, gdy nie mogła chodzić, zatrudniałam prywatnie pielęgniarki, aby w czasie, w którym pracowałam, mógł ktoś być. Miałam do wyboru zostać bezrobotną lub pracować i móc utrzymać rodzinę. Były ogromne problemy z  dziećmi, częściowo o niektórych Ci mówiłam. Ale nie chciałam truć głowy wszystkim. Ty miałaś własne życie - również niełatwe. Wiesz co było trudne? To, że mogłam liczyć tylko na siebie. Bóg dał mi zdrowie i proszę Go, aby pamiętał o mnie. Wiem, że jest w każdej mojej przeżytej chwili. Najbardziej na świecie kocham właśnie Jego. On mi dawał i daje siłę wytrwania. To, że jestem sprawna fizycznie i umysłowo tylko Jemu zawdzięczam.
 Patrząc na mamy cierpienie, przeżywałam jej tragedię. Wybrałam jednak pracę i wewnętrzne rozdarcie. W końcu mam poczucie, że nie byłam dobrą córką. Zdecydowałam się oddać mamę do prywatnego Domu Opieki. Pokarmy miała lejkowane, podawała je pielęgniarka. Śniadania, obiady, podwieczorki i kolacje na czas. Codzienna opieka lekarska i pielęgniarska. Właściwe leki podawane na czas. Co mogłam więcej zrobić? Ale czułam się winna tego, że mamę tam zostawiłam. Ona też była na mnie zła. Nie są to łatwe decyzje nie tylko dla chorych. I przez ten cały czas czułam i czuję się podle.
Kasiuniu kochana, takie samo uczucie towarzyszy mi teraz. Wiele razy, myśląc o Tobie, chcę wsiąść w samochód i przyjechać. ALE... Nie mogę się zmieścić czasowo w dobie. Ona jest za krótka. Dopiero gdy zasypiam, mogę pomyśleć o bliskich. O dzieciach za granicą, do których nie miałam czasu zadzwonić i o Tobie. Są to bardzo krótkie momenty, bo zasypiam z chwilą dotknięcia poduszki.
Mój Skarbie, ja wiem, że chcesz wizualnego kontaktu ze mną ... ale jak to zrobić? Gdybym miała swój dom, zabrałabym Cię do siebie, byś była blisko. Kochanie moje, to nie jest usprawiedliwienie, lecz opis mojej cząsteczki życia. Pamiętaj, że bardzo cię kocham i nie ma dnia, abym o Tobie nie myślała."
      Czytałam ten mail wielokrotnie, rozum się z nim zgadzał, a serce skuliło się i cichutko popłakiwało.
"Myślę, myślę i myślę, bo mam przecież w przeciwieństwie do Ciebie dużo wolnego czasu, no i wymyśliłam, że moja rodzina i znajomi, bo chyba nie mam przyjaciół, już tak się oswoili z tym, że jestem nieuleczalnie chora, że muszę nieuchronnie umrzeć, że kompletnie NIC nie robią, bo po co.
Wiesz, kochanie, powiedziałaś, że jak będę miała internet, wreszcie będziemy mogły się porozumiewać ze sobą. Piękne słowa, jak zawsze, ale również jak zawsze, tylko piękne słowa. O tak niewiele rzeczy Cię proszę, ciągle nie masz czasu. Może takie jest życie, że od prośby podobno przyjaciółki, ważniejsze są pieprzone faktury czy kolejne zlecenie. Jeżeli byłam taka sama, kiedy byłam zdrowa, to dobrze, że Bóg mnie zatrzymał, bo to wtedy byłam bardzo chora.
    Wierzę w to, że gdyby ktoś oddał mi kawałek swojego życia w moje ręce, stanęłabym na głowie, żeby załatwić to, o co mnie poprosił. Zawsze uważałam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nawet teraz tak uważam, tylko nikt mi w tej mojej wierze nie pomaga.
Ostatnio Twoja córka napisała do mnie, że w każdej chwili mogę umrzeć, a w niebie znowu będę piękna i zdrowa. Oczywiście, że ma rację, ale ja jeszcze nadal żyję i chyba nie po to, żeby wziąć prochy, poza tym nawet nie miałby mi ich kto podać. Byłam przyzwyczajona do działania i dalej działam głową, do realizacji moich pomysłów czy zwykłych potrzeb potrzebuję jednak pomocy innych osób. Nikt mnie nie czuje, jedynie Agniecha współodczuwa.
     Mówisz, żebym poważnie przemyślała sprawę pójścia do domu opieki, że jedynie tam będę miała odpowiednią pomoc. Co to znaczy odpowiednią? W dupie mam podawanie na czas posiłków, leków w ogóle nie biorę. Bez tego mogę żyć. Nie mogę i nie chcę żyć będąc jedynie karmiona, myta i wysadzana w toalecie. Jeżeli tego nie rozumieją najbliższe mi osoby: Ty, tata, ciocia, to nie uwierzę, że zaganiane opiekunki będą dbały o moją duchową strawę. A bez tego umieram!
   Magduś, proszę, żebyś nie mówiła nigdy nikomu jakie masz wyrzuty, że za mało czasu mi poświęcałaś, jak nie możesz sobie z tym poradzić, kiedy mnie już nie będzie. Zawsze jest wybór. Napisałaś do mnie wzruszający list o mamie, o tym że masz wyrzuty, że nie sprawdziłaś się jako córka. Nie chcę, żebyś jeszcze miała dodatkowe, że nie sprawdziłaś się jako przyjaciółka. Chcę, żebyś wiedziała, że niczego już od Ciebie nie oczekuję, lepiej dla nas obu; ja nie będę miała złudzeń, a Ty zobowiązań."
        Kilka dni później dostałam wzruszający mail od Wiktora.
" Cześć Kasiulku kochana, sorry, że dopiero odpisuję, ale nie zaglądałem dawno do poczty. Doskonale wiem co przeżywasz i co czujesz. Wiem również, że nie jest Ci łatwo z tym wszystkim, a co najgorsze nie potrafię Ci w tym pomóc. Gdybym miał własne mieszkanie tutaj i więcej czasu, zabrałbym Cię do siebie. Wierzę, że byśmy dali sobie jakoś radę, a przede wszystkim byłoby o wiele lepiej!! Wiem, jestem daleko i czasami żałuję, że zostawiłem tam wszystkich. Jest mi tu też czasami źle i myślę wtedy o Tobie. Chciałbym, aby czasami ten czas się cofnął, a Ty, abyś miała więcej uśmiechu na twarzy i wiary w to, że warto żyć i nie poddawać się. Najważniejsze, że byłbym obok Ciebie. Ale łatwo pisać, mówić jeśli sam czasami nie daję sobie rady w tych ciężkich czasach. Często mam wszystkiego dosyć, ale wiem że moje problemy to pikuś do tego, jakie masz Ty!! Kasiu, chciałbym Cię zabrać do siebie choć na parę dni, tylko wiem, że będzie to bardzo ciężkie do zrealizowania, ale będę się starał, aby do tego doszło. Może uda mi się podjechać w grudniu, w święta, jeśli tylko będę jechał do domu. Pamiętaj Kasiu, że jesteś bardzo głęboko w moim sercu i że zawsze, na ile będzie to możliwe, możesz liczyć na moją pomoc. Zawsze będę Twoim młodszym braciszkiem, który kocha Cię!! Tymczasem kończę i mam nadzieję, że będziemy dalej w kontakcie. Trzymaj się!!
Buziaki dla wszystkich. Wiki ".
        Właściwie oba maile były bardzo podobne, zapewniały o miłości, chęci pomocy i opieki, jednak czytając je miałam całkowicie odmienne uczucia. Słowa Wiktora nie były puste, zawsze miały pokrycie w czynach, dodawały otuchy. Magdy słowa były maleńką wysepką na cichym oceanie zapomnienia i dlatego zamiast koić, raniły.
     Przeczytałam w internecie o lipcowych konferencjach, które miał prowadzić charyzmatyczny ksiądz z Ugandy. Poczułam ogromną potrzebę spotkania o. Johna. Starałam się odczuć w sobie słowa - "niech się dzieje wola Twoja" i prawdziwie im zaufać. Nie za bardzo rozumiałam sens ogromu cierpienia na ziemi. Po ludzku zwyczajnie się buntowałam, kiedy moje uzależnienie od innych osób robiło się czasem nie do zniesienia. Kiedy przeczytałam, że o. John nigdy nie odmówił modlitwy za chorych, gdy go o nią poprosili, poczułam, że może będę mogła poczuć jego ręce na swojej głowie.     Napisałam do organizatora mail o sobie, o tym, że mam przyjaciółkę chorą od osiemnastu lat na inną neurologiczną chorobę, że poznałam ją w szpitalu i to ona przyprowadziła mnie do Boga i że obie poruszamy się na wózku z pomocą innych osób. Poprosiłam jeszcze o dwie osoby chore na SLA, które mogłyby przyjechać na spotkanie jedynie karetką. Błagałam o umożliwienie spotkania z księdzem Johnem Bashobora całej naszej czwórce. Myślałam, że mając setki listów, będę musiała uzbroić się w cierpliwość w czekaniu, ale bardzo szybko dostałam odpowiedź.
"Mam na imię Dominik i jestem założycielem społeczności Charyzmatycy.pl. Konferencje w Polsce zapowiadają się na bardzo liczne spotkania. Spodziewamy się ponad 15.000 ludzi, dlatego trudno mi teraz obiecać Ci spotkanie z o. Johnem. Wiele osób do nas pisze i dzwoni, fizycznie nie będzie możliwe, aby o. John modlił się z każdym, przy czym muszę przyznać, że gdy czytałem mail od Ciebie, poczułem, że powinniśmy spotkać się z Tobą...
Nie obiecuję, że do spotkania dojdzie, ale obiecuję, że będę o Tobie pamiętał i że postaram się zorganizować spotkanie prywatne. To nie frazes, a moja wiara... JEZUS CIĘ BARDZO KOCHA KASIU!".
    Czytając jego list, popłakałam się jak małe dziecko. Dla mnie to też nie był frazes, że Jesus mnie kocha. Ja to wiedziałam i czułam.
Przełamałam się, żeby jeszcze raz poprosić milczącą Magdę o pomoc w dotarciu do stolicy. Magda miała duży, wygodny samochód i była w końcu moją przyjaciółką. Uzgodniłyśmy wszystko i z nadzieją czekałam na magiczny dzień. Przez miesiąc odliczałam upływające dni. W tym czasie obaj znajomi chorzy z forum mnd umarli, co sprawiło, że kolejny raz pokłóciłam się z Bogiem. Wierząca mama Gosi stwierdziła, że jej córce na pewno już nic i nikt, nawet Bóg nie pomoże, a sama Gosia milczała.
W dzień wyjazdu przeżyłam lokalne trzęsienie ziemi, na którym najmocniej ucierpiało moje serce. Miałyśmy wyjechać o jedenastej rano, a o dziewiątej zadźwięczał sygnał przychodzącej wiadomości.
- Cześć Kasiu, tu Magda. W międzyczasie zmieniły się nasze obowiązki. Zylka w poniedziałek o 7:00 musi wyjść na egzamin praktyczny z prawa jazdy. W zeszłym tygodniu dostała termin egzaminu, nie można tego zmienić. Dwa dni temu, alarm w moim samochodzie odmówił posłuszeństwa. Jest cały czas otworzony, ponieważ, gdy się go zamknie, już się nie otworzy. Wczoraj był mechanik i stwierdził, że musi być założony nowy alarm, a z kluczyka samochodu nie można ani otworzyć, ani zamknąć, bo (prawdopodobnie) nie był nigdy używany (o czym sama nie wiedziałam). Są w nim także drzwi ryglowane, wejście do samochodu może nastąpić tylko przez szybę, a i tak nie odpali się silnika, bo jest jakiś imobilaizer, odcinający dopływ paliwa. Obiecałam Ci i chcę dotrzymać słowa, mimo dodatkowych nieprzewidzianych sytuacji. Napisz nam, o której godzinie chcesz wyjechać, będzie podstawiony dla Ciebie samochód. Kocham, pozdrawiam, życie to pasmo niekończących się niespodzianek.
     Niczego nie rozumiałam, byłyśmy umówione na konkretną godzinę, wiedziała o wyjeździe od dawna, a pisała tak, jakbym dopiero teraz ją poprosiła. Informowała mnie tuż przed wyjazdem o problemach, o których wiedziała wcześniej. Przecież nie chodziło tylko o transport, chciałam, żeby mi towarzyszyła bliska osoba, a ona chciała podstawić zupełnie obcą taksówkę, informując, że nie pojedzie ze mną.
- Ewuś, moja przyjaciółka, która miała mnie zawieźć, nie może; powiedziała że podstawi znajomą taxi; ale Janek nie chce ze mną jechać; o co chodzi Bogu ?? - klikałam do Fki, która kibicowała mi od samego ranka.
- Kasia! Miałaś być na trzynastą?
- Zmiana, mam jechać na mszę na osiemnastą.
- Kasiu, czy Ty jechałabyś tam na całą mszę? Ile by ta msza trwała?
- Tak, do końca ; chyba około dwóch, trzech godzin.
- Daj mi do Janka telefon...może uda mi się go przekonać - Fka postanowiła działać.
Kiedy ona rozmawiała z Jaśkiem, Magda przedstawiała kolejne argumenty: dlaczego nie chciała i mogła jechać ze mną. Właśnie w tym czasie zwierzyła się, że męczy ją agresja moich dzieci i nie ma ochoty ani siły przebywać w towarzystwie Janka. Czytałam to, co pisała z wypiekami na twarzy, a emocje rozsadzały mi serce. W tej samej chwili Agniecha nerwowo klikała, że nie wie jak mi pomóc.  
- Pogadaliśmy...ma się zastanowić - Fka wystukała.
- Dziękuję - westchnęłam troszkę uspokojona.
- Może chcesz, żebym z Wami pojechała? - zapytała.
- Bardzo bym chciała, żebyś za mną pojechała :) - odklikałam z nadzieją.
        Kiedy jedna przyjaźń rozsypywała się na drobne kawałeczki już nie do pozbierania, druga nieśmiało kiełkowała. Do tej pory z Fką znałyśmy się jedynie wirtualnie i bardzo bałam się naszego spotkania w realu. Obawiałam się, że mój wygląd mógłby w niej wzbudzać odrazę i będzie się czuła przy mnie nieswojo. Spędziłyśmy ze sobą ciepłe chwile, co prawda nie udało mi się spotkać osobiście z o. Johnem, ale nawet przez moment nie żałowałam wyjazdu. Tego dnia obie pozbyłyśmy się swoich lęków i zaczęłyśmy nowy etap znajomości, która z każdym dniem dodawała inny kolor z palety barw przyjaźni. Nadal rozmawiałyśmy ze sobą codziennie, czasem potrafiłyśmy przegadać na gg całe wieczory, a czasem wysyłałyśmy jedynie całuśne emotikonki, żeby zaznaczyć, że o sobie myślałyśmy i pamiętałyśmy. Czasem Ewka zbierała się w sobie i pokonywała miasto, żeby przez chwilę posiedzieć przy mnie i nakarmić smakołykami.   
        Przyszła kiedyś jak promienny zwiastun wiosny, która kiełkowała za oknem. Mimo, że od kilku dni miałam doła giganta, rozjaśniłam się jak światło, które wniosła ze sobą. Trochę się pokrzątała i usiadła przy mnie z radosną miną.
- Wypijesz zupkę pomidorową? Przyniosłam - powiedziała przymilnie.
- Nie - pokręciłam przecząco głową, a Fka zmarszczyła czoło.
- A może Kaśka zje jajecznicę? - zagadnęła.
Znów zaprzeczyłam.
- Marudna Śka - podsumowała.
- Mam ogromnego doła - wyznałam.
- Z jakiegoś konkretnego powodu czy tak ogólnie? - zapytała.
- Oooo, cholerka, powodów ci u mnie Ewuś, dostatek - pomyślałam.
- No... gadaj, szybciutko - ponaglała.
- Mam przeczucie, że niedługo . . . - nie mogłam utrzymać głowy, żeby kliknąć kolejną literę.  
- A kliknij tylko "u", to cię kopnę w tyłeczek - powiedziała i mruknęła ostrzegawczo.
- Tak mi się wydaje - wystukałam, a oczy mi się zaszkliły.
- Jak szłam na operację, byłam przekonana, że się nie obudzę po narkozie - tłumaczyła.
- Nie wiem, co czuję - powiedziałam.
- Pamiętasz, jak mi kazałaś wstawić fotkę białego tulipana w twoim profilu na "Nasza klasa" po twojej śmierci? Kiedy to było? Zamierzałaś umrzeć w Wigilię, prawda kochanie? - Fka figlarnie się uśmiechnęła, a ja głęboko westchnęłam.
- Widzisz, Kasiu, przeczucia zależą od naszych nastrojów - mówiła łagodnie - Masz gorsze dni, ale gdy miną, może będziesz miała przeczucie, że wyzdrowiejesz.
- Wolałabym teraz umrzeć, bo mam jeszcze troszkę pieniędzy dla moich dzieci, a później... - kliknęłam.
- Już nie kończ! Śka! I na takie bzdury czekałam z napięciem aż napiszesz! - wykrzyknęła.
- Oj! Ewka! - jęknęłam i zaczęłam się chichrać.
- Ty chyba nie chcesz, żebym mogła się dzisiaj randkować - stwierdziła, robiąc niewinną minkę.
Spojrzałam na nią oczami jak znaki zapytania.
- No, co, Śka, przekochałam się! Ale kiedy zobaczy moją minę po rozmowie z tobą, to nawet wiosna mi nie pomoże - westchnęła.
    Zły nastrój zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Fka wyjmowała z torby rzeczy, które przywiozła dla mnie. Na widok pomidorów, szczypiorku i jajek zamarzyła mi się pachnąca jajecznica. Zrobiłam słodkie oczy i powiedziałam, że jednak będę jadła. Fka uśmiechnęła się z aprobatą i pognała do kuchni. Karmiła mnie z miną zadowolonej mamuśki.
- Kasieńko, czy dasz sobie radę połknąć taki kawałek? - zapytała i pokazała na łyżce maleńki kawałeczek pomidora.
- Pewnie - odpowiedziałam.
Ewka zrobiła okrągłe oczy.
- To dlaczego tak się starałam, żeby podziabać aż tak drobniutko?
Ta zwykła uwaga rozbawiła nas, śmiałyśmy się ze wszystkiego do końca jej wizyty. Wieczorem Fka przysłała mi bajkę o zasmuconym smutku, którą znalazła w internecie.
     „Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka... chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle... dostrzegła przed sobą jakąś postać... Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała: - "Kim jesteś" ? Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały: - "Ja?...Nazywają mnie Smutkiem" - "Ach! Smutek!" - zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego. - "Znasz mnie?" - zapytał Smutek niedowierzająco. - "Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce". - "Tak sądzisz...? - zdziwił się Smutek - "To dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się? " - "A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?" - "Ja ...jestem smutny" -odpowiedział Smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego - "Smutny jesteś..."- powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową - "A co Cię tak bardzo zasmuciło?" Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył. "- Ach,...wiesz...", zaczął powoli i z namysłem, "Najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy". I znowu westchnął. - "Wiesz..., ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności. -"Masz rację", potwierdziła staruszka - "Ja też często widuję takich ludzi". Smutek jeszcze bardziej się skurczył -"Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany.  Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia." Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy : najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem. - "Ale...ale kim Ty właściwie jesteś?" -"Ja?"- zapytała figlarnie staruszka, uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko. -" JA JESTEM NADZIEJA "


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

... Ars Media ...

piątek, 18 czerwca 2010 18:24
 

Patrzyłam na swoje zdjęcia zaledwie z przed paru lat i myślałam - to ja. Ale to nie byłam ja. Między mną teraz, a mną ze zdjęcia rozpościerała się barwna łąka historii mojego życia - życia wypełnionego pracą i emocjami. Kolejny raz organizowałam spektakularny, dwu i półgodzinny pokaz mody sześciu firm z najwyższej półki, kolejny raz w Teatrze Wielkim. Próby trwały już dwa tygodnie, wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik: umowy podpisane, zaproszenia wydrukowane, bilety sprzedane.
- Jasna cholera, co mam zrobić ? - powiedziałam odkładając słuchawkę.
Cała moja ekipa przysłuchiwała się rozmowie z napięciem.
- No i dupa, nie będzie kolekcji Deni Cler - poinformowałam wszystkich.
- Jak to nie będzie ? - raczej retorycznie zapytała Monika.
- Przecież za dwa dni pokaz - zawiesił głos Andrzej.
- Program i zaproszenia wydrukowane, w radiu lecą spoty, prasa od tygodnia wali reklamę za reklamą. Jak oni to sobie wyobrażają! - wykrzyczał Konrad.
- Kasiu, co teraz zrobisz ? - spytała Żaneta - Nie mogą się wycofać, przecież dawno podpisali umowę!
- Wiem, wiem... Dajcie mi chwilę pomyśleć - zażądałam.
Przez głowę przelatywały mi miliony myśli, od najbardziej dzikich pomysłów po zupełnie ugodowe.
- My jesteśmy i będziemy w porządku zgodnie z umową. Ma być Deni Cler na scenie i będzie. Warszawka nas wystawiła to my im pokażemy, że nie można tak beztrosko zmieniać uzgodnień. Miesiąc temu centrala klepnęła umowę, a teraz jakaś kierowniczka, na dwa dni przed imprezą, mówi mi, że nie zdąży przygotować kolekcji! Ale my zdążymy! Konrad, zlecasz wycięcie półmetrowych liter ich logo, które nakleicie na duże, sztywne kartony. Wyjdzie z końca do samego początku sceny osiem modelek, boso, ubranych wyłącznie w te kartony, tworząc logo Deni Cler. Kiedy się obrócą, idąc z powrotem, będą zupełnie nagie. Oni wypięli się na nas, to my też pokażemy im tyłek - przedstawiłam moje przemyślenia pracownikom.
Wszyscy milczeli, chłopcy uśmiechali się i zacierali ręce, a dziewczyny patrzyły na mnie osłupiałe.
- Ja pierdolę - wybuchła wreszcie Iwona - Ona to zrobi, ona to na pewno zrobi.
- Kasieńko, czy przemyślałaś już wszystko? - zapytała niepewnie Monika.
- Nie - odpowiedziałam i wyszłam z sekretariatu zapalić papierosa.
Na próbie przedstawiłam swoją wizję i spytałam, które dziewczyny zgodzą się tak wyjść. - - Wiesz, że dla ciebie szefowa, zrobimy wszystko - powiedziała Borówka, jedna z modelek, które zgłosiły się na ochotnika.
Uśmiechnęłam się do nich z wdzięcznością.
- Czy na pewno wszystko dobrze przemyślałaś ? - spytała Beata.
Już druga osoba mnie o to zapytała, zaczęłam się poważnie zastanawiać, odkładając na bok emocje. Na pokazie osiem modelek zaczęło iść wolno, równiutko krok za krokiem do pięknej muzyki. Z ciemności stopniowo wyławiały je coraz silniejsze światła, żeby na początku wybiegu oświetlić je w pełni. Obróciły się z gracją w swoich kartonowych strojach i tak najkrótszy pokaz kolekcji Deni Cler na wygaszanych światłach i milknącej muzyce przechodził do historii. Następnego dnia od samego rana urywały się wszystkie nasze telefony. W brukowej prasie kipiało od sztucznie napędzanej sensacji. - Jeny, - pomyślałam - tyle wrzawy wokół kartonowych ubranek. . . Co by było gdybym w tym zaściankowym mieście zrealizowała swój pierwotny plan i pokazała ponad tysięcznej widowni osiem zgrabnych, gołych dupek!
Kompletnie cała ta medialna histeria o kolekcji "nabitej w karton" nie obchodziła mnie. Tak właściwie w tym zamieszaniu interesowała mnie tylko jedna osoba - pani Basia, właścicielka salonów Deni Cler w Łodzi. Zaufała mi, kiedy poprosiłam ją, żeby udostępniła kolekcję na pierwszy pokaz, który organizowałam. Na łódzkim rynku miały wówczas znaczenie dwie agencje i to one zgarniały śmietankę firm odzieżowych. Zgoda pani Basi na udział w moim pokazie otworzyła mi drzwi do innych dobrych salonów. Prasa sporo pisała o teatralnym pokazie mody nieznanej agencji, doceniając niekonwencjonalny sposób przedstawienia mody, oryginalne miejsce i znamienity zestaw firm prezentujących kolekcje. Udało mi się sprostać wymaganiom i oczekiwaniom pani Basi i od tego dnia rozpoczęła się nasza wieloletnia współpraca. Była jedną z najbardziej wymagających i najsurowiej oceniających moje poczynania osób. Czasem męczyły mnie jej wymagania, ale szanowałam je i akceptowałam. Obie doskonale wiedziałyśmy czego chcemy i konsekwentnie to egzekwowałyśmy. Z czasem przestała kontrolować moje pomysły, zaufała im pozostawiając mi coraz więcej swobody. Obawiałam sie, żeby ostatni pokaz, a właściwie jego brak, nie zakłócił jej relacji z dość kapryśnymi klientkami salonu. Po południu wreszcie zadzwoniła, całkowicie utożsamiając się z firmą, chłodno oceniła mój wyczyn. Co prawda przyznała, że wina leżała po stronie jej firmy jednocześnie jednak elegancko zerwała naszą współpracę. Po roku poprosiła mnie o modelki do prezentacji wzorów nowej kolekcji w salonie dla swoich klientek. Kiedy centrala wyraziła zgodę na realizację pomysłu pani Basi organizowania dwa razy w roku pokazów kolekcji Deni Cler na klientkach i dla klientek salonu, zaczęłyśmy ponownie współpracować. Miałam za zadanie reżyserować pokaz, wybrać i dobrać muzykę, ułożyć choreografię, nauczyć dojrzałe, bogate, eleganckie kobiety poruszać się po wybiegu. Panie były w różnym wieku, ale wszystkie doskonale zadbane, uśmiechnięte i pilne jak uczennice żeńskiego gimnazjum. Przez dwa lata byłam nie tylko ich nauczycielką ale również koleżanką z wybiegu. Spotykałyśmy się na cztery dni co pół roku, niektóre panie odchodziły, czasem dołączały nowe, lecz trzon ekipy pozostawał ten sam. Długie godziny prób przekąszane pizzą, popijane kawą i szampanem, adrenalina przed występem i gorączka w trakcie, zawsze nam towarzyszyły. Lubiłam te niekonwencjonalne pokazy, bo nie tylko przy nich pracowałam, ale również doskonale się bawiłam, aż do czasu kiedy... Nastały dni, które zachwiały moim życiem. Rozpędzona, próbowałam nadal załatwić milion spraw równocześnie; moja psychika gnała poganiana pomysłami, a ciało stopniowo stawiało coraz większy opór. W takim stanie pojechałam na kolejną biznesową rozmowę. Zabandażowałam nogę, żeby uniknąć niepotrzebnych podejrzeń i trochę chwiejnym krokiem weszłam do gabinetu dyrektora. Początkowo rozmowa przebiegała chłodno i oficjalnie, pod koniec rozmawialiśmy już w bardzo miłej atmosferze.
- Jestem szczerze przekonany, że rozpoczniemy współpracę - uśmiechnął się do mnie na do widzenia.
- Dziękuję za miłą rozmowę. Jutro wyślę faxem pełną kalkulację - uścisnęłam dłoń dyrektora.
- Pani Katarzyno - zawołał, kiedy prawie zamykałam drzwi za sobą. Zatrzymałam się w drzwiach. - Dobrze, że okazała się pani profesjonalistką, bo muszę przyznać, że na początku sądziłem, iż będzie mnie pani brała na litość - wymownie spojrzał na moją zabandażowaną nogę.
- Jest pani naprawdę wyjątkowo odważna, ja nie miałbym tyle śmiałości, żeby chory pokazać się na biznesowym spotkaniu - dorzucił.
Wyszłam na jeszcze bardziej sztywnych nogach, wsiadłam do samochodu i popłakałam się ze złości i z bezsilności. Następnego dnia w urzędzie zlikwidowałam firmę bardzo przepraszając moich pracowników. Tego dnia zaczęłam wstydzić się siebie i swojej choroby. Wiktora ówczesny facet prowadził firmę działającą na rzecz Unii Europejskiej i zatrudnił mnie na umowę zlecenie. Błyskawicznie przyswoiłam ogrom wiadomości, które musiałam telefonicznie przekazywać potencjalnym klientom. Umiałam przekonać do spotkania najbardziej opornych rozmówców i dzięki temu zupełnie nieźle zarabiałam. Sądziłam, że wzajemnie się wspieramy : on jeździł na umówione spotkania moim samochodem, ja przecierałam mu szlaki. Spędzaliśmy ze sobą we troje mnóstwo czasu - prywatnie cudnie się bawiąc i zawodowo nieźle prosperując. Wyliśmy ze śmiechu na tych samych filmach, wzruszały nas te same sceny w łzawych melodramatach, plotkowaliśmy jak najlepsze przyjaciółki, jeździliśmy razem na zakupy, doradzając sobie wzajemnie. W weekendy czasem wyjeżdżaliśmy z dzieciakami za miasto, a w czasie wakacji raz Andrew raz Wiktor wcielając się w rolę mojego męża albo brata towarzyszyli nam w wypoczynku nad morzem, coraz bardziej mi pomagając. Tak oto dwóch gejów tym razem, przez prawie dwa lata, wypełniało wiecznie brakujące i zmieniające się męskie ogniwo w życiu moich dzieci. Aż któregoś dnia Andrew złamał serce Wiktorowi i na długo zabrał mu spokój ducha, a firmom, z którymi współpracował zabrał pieniądze i zniknął, mnie również nie wypłacając ostatniej pensji. Od tego dnia grzecznie i z wdzięcznością witałam listonosza, który w państwowym garnuszku, regularnie co miesiąc, przynosił mi rentę w wysokości dawnych moich trzech dni pracy. Przez jakiś czas żyłam z pieniędzy na koncie, ale ponieważ nigdy nie odkładałam na "czarną godzinę" szybko się skończyły. Mój, choć już nie mój, Piosenkarz przez długi czas wspierał mnie finansowo, przesyłając pieniądze na moją rehabilitację. Niestety nie umiałam prawie z dnia na dzień zmienić stylu życia i większość pieniędzy nadal przeznaczałam na kosztowne utrzymanie domu tak, żeby dzieci jak najdłużej nie zdawały sobie sprawy ze zmian. A one przychodziły jedna za drugą. Ja jednak pozostawałam nadal, wbrew wszystkiemu i wszystkim przekonana, że jak zawsze sobie poradzę. Siedząc już na wózku zamieniłam olbrzymie mieszkanie w kamienicy, która na nieszczęście swoich lokatorów odnalazła prawowitych właścicieli, na nieco mniejsze, czteropokojowe na obrzeżach miasta. Nigdy nie żałowałam tej decyzji, co prawda przez nią pozbawiłam dwie osoby spokojnego snu.
- Gdybyś była małym dzieckiem wzięłabym cię na kolano i spuściła solidne lanie! Po co były ci cztery pokoje - utyskiwała ciocia ilekroć przekraczała próg naszego mieszkania, zwiększając ilości westchnień po lustracji pokoi dzieciaków - Nie mogę zasnąć przez ciebie, kiedy pomyślę ile pieniędzy wyrzucasz w błoto, zamiast...
- No właśnie zamiast czego? - pytałam.
- Ty mnie jeszcze pytasz!? - mówiła ze zdumionym oburzeniem i załamywała ręce patrząc znacząco na moje ciało.
Tata wiedząc, że od dawna nie miał żadnego wpływu na moje decyzje, przezornie milcząco wyrażał dezaprobatę. Zastanawiałam się czego oboje ode mnie oczekiwali. . . Że będę odkładać pieniądze w seksowną pończochę na czarną godzinę? Jakie pieniądze? Na jaką czarną godzinę? Przecież ta godzina trwała już parę dobrych lat! A może miałam odkładać pieniądze na marmurowy pomnik, żeby nie obciążać ich portfela. Nigdy nie czułam potrzeby gromadzenia żadnych przedmiotów - biżuterii, antyków, uznanych dzieł sztuki czy zakładania oprocentowanych lokat i kupowania obligacji. Wszystkie pieniądze "inwestowałam" ku zgrozie najpierw Jarka, później taty i ciotki w spełnianie bieżących pragnień, potrzeb, marzeń. Przez lata płaciłam szalone pieniądze za prywatną szkołę moich dzieci, za święta Bożego Narodzenia bez żadnych ograniczeń, wakacje nad morzem, zimowiska w górach, obozy organizowane przez renomowane biura podróży. Wydawałam również pokaźne sumki na siebie: na ciuszki, buty, bieliznę i dobre kosmetyki. Czy teraz żałowałam, słuchając złowrogich pomruków - trzeba było myśleć, kiedy miałaś pieniądze. O czym miałam myśleć? Na co bym teraz wydała zaoszczędzoną forsę? Na pewno poszłaby na moją rehabilitację, wizyty u bioenergoterapeutów, ulepszenia i nowości ze świata niepełnosprawnych. Czy byłabym na innym etapie choroby, bardziej sprawna czy mniej zestresowana? Wątpiłam w to. Może bym miała odrobinę lepsze samopoczucie gimnastykując się prywatnie, nie czekając na dziesięć godzinnych masaży, które po ciężkiej walce dostawałam na rok od NFZ. Na pewno nie musiałabym ponad trzy lata czekać na skompletowanie sprzętu do samodzielnego pisania na komputerze i serfowania w sieci. Ale czy te wszystkie udogodnienia warte były wspomnień wspólnych chwil szczęścia, które moje dzieci będą mogły zawsze wydobyć ze swoich serc, kiedy mnie już nie będzie. Wiedziałam, że każde z nich, tak bardzo odmienne od siebie, miało wspólną wszystkim cechę - brak zachłanności posiadania i wierzyłam, że nie będą mieli do mnie żalu, że pod siennikiem nie ukryłam wypasionych milionów. - Gdybym wygrał w toto-lotka dałbym ci wtedy na dobrą rehabilitację - miał zwyczaj mawiać tata. Słuchałam go, patrzyłam na jego zmartwioną minę i nawet nie chciało mi się do niego uśmiechnąć. Niedługo przed śmiercią mama popłynęła ze mną w niebezpieczną podróż wspomnień swojego małżeństwa z tatą, z którego bardzo chciała się wypisać. Mimo wielu spięć obie byłyśmy z tej samej bajki, tata za żadne skarby nie powinien się w niej znaleźć, a grał swoją rolę męża i ojca ponad dwadzieścia lat. Kiedy mama skończyła opowieść, wyrażając nadzieję, że zrozumiałam dlaczego chciała oddać tacie wolność, zobowiązała mnie do przyrzeczenia.
- Kasieńko, proszę, żebyś zawsze szanowała tatę i nie dała odczuć, że nie jest twoim prawdziwym ojcem; w końcu sama go wybrałaś! Dwadzieścia cztery lata wcześniej zapytałam mamę dlaczego inne dzieci mają tatusiów, a ja nie. Kilka dni później mama poprosiła młodego fotografa robiącego zdjęcia do programu telewizyjnego, którego była kierownikiem produkcji, żeby mnie odebrał ze żłobka. Widząc go zawisłam na jego szyi krzycząc do wszystkich dzieci, że przyszedł mój tatuś, którego nigdy nikomu nie oddam. I tak oto połączyłam dwie połówki całkowicie do siebie nie pasujących owoców. Z upływem lat coraz wyraźniej odczuwałam brak porozumienia. Tata nie tylko był z Marsa a ja z Wenus, ale miałam wrażenie, że jesteśmy z dwóch różnych galaktyk. Przez lata mama zgrabnie szyła więź między nami lecz kiedy odeszła, ściegi zaczęły puszczać. Nadal byliśmy z nazwy ojcem i córką, moje dzieci były z nazwy wnukami, a on ich dziadkiem. Kiedy odnosiłam zawodowe sukcesy bywał z żoną na wszystkich znaczących imprezach. Chwalił się mną jak obrazem przodka na ścianie, z którym łączy nas jedynie pokrewieństwo i zero więzi emocjonalnej. Gdy moje ciało stało się niesprawne, nawet nie nauczył się podawać mi herbatę, wymagając całkowitej odpowiedzialności i opieki nade mną od moich dzieci i kolejnych opiekunek. Miałam odczucie jakby się bał, tylko nie wiedziałam czy słabości mojego ciała czy wyostrzonej spostrzegawczości mojego mózgu. Mrzonki o wygranej na loterii i obiecaną pomoc uważałam za hipokryzję, w której tata całe życie robił specjalizację, żeby w podeszłym wieku sięgnąć po tytuł profesora niewątpliwie nadzwyczajnego. Kiedy mojemu ojcu nowotworzone państwo socjalistyczne za złe pochodzenie zabrało wszystkie nieruchomości, w tym samym czasie ojciec mojego taty będąc bogatym chłopem, przepijał kolejny hektar ziemi. Został mu stary, drewniany dom, do którego ja, a później moje dzieci jeździły na letnisko oraz zalesiona, z malowniczą łąką i studnią pamiętającą ubiegłe stulecie, ziemia. Ojciec taty miał dwóch synów i córkę, wszyscy oni mieli ochotę zagospodarować 1\3 ojcowizny, ale każda rozmowa na ten temat kończyła się stanowczym stwierdzeniem niekwestionowanej głowy rodziny: - jeszcze żyję. Ale pewnego dnia rankiem nie otworzył oczu. Wdowa ubrana w czarną suknię i pończochy oraz prawie cała wieś odziana w niedzielne ubrania, przy dźwiękach orkiestry strażackiej, którą sam założył, towarzyszyła mu do małego skrawka ziemi, jaką od tej pory miał zajmować. Odszedł do świata bez urzędów i nieodkurzanych urzędników, zostawiając dzieciom całkowicie zagmatwane sprawy spadkowe, które kłócące się ze sobą rodzeństwo rozplątywało przez wiele lat. Moja mama po pewnym czasie porzuciła marzenia o przytulnym, własnym domku w lesie pełnym grzybów, z bożonarodzeniowym świerkiem przed oknem. To samo radziła mi, patrząc jak z mężem i dzieciakami siedziałam w głębokiej trawie, malując w wyobraźni dom naszych marzeń. Kiedy spytałam tatę czy możemy liczyć, że przepisze swój kawałek na mnie usłyszałam: - przecież jeszcze żyję. Przestałam drążyć temat do czasu, kiedy moje dzieci zaczęły dorastać, a Agniecha założyła rodzinę. Na pytanie czy nie myślał o jakimś podziale, hmmm udziale, nooo może sprzedaży ziemi, poczerwieniał jak indyk szykujący się do ataku i wygulgotał niezrozumiałą dla mnie odpowiedź. Na ogół flegmatyczny zaskoczył mnie agresją i nieskrywaną niechęcią. Nie będę ukrywać, że we mnie wszystko się zagotowało i gdyby nie choroba podałabym na obiad potrawkę z indyka. Niebawem Agniecha, która miała zdecydowanie lepszy kontakt z dziadkiem poinformowała mnie, że tata chce sprzedać ziemię. Nie poprosiła, żeby im dał, podała tacie cenę, do której przymierzali się z Radkiem, nagrała mu dwóch potencjalnych kupców, ale nie zaakceptował żadnej kwoty. Miał siedemdziesiąt lat, wysokie ciśnienie, od dawna poważnie chore nerki, pogarszający się wzrok i pamięć, wygląd sześćdziesięciolatka, żonę, trzypokojowe, własnościowe mieszkanie, zbyt niską rentę i marzenie o wygraniu milionów w totka. Dlaczego taki człowiek mając na wyciągnięcie dłoni, może nie miliony, ale zupełnie pokaźne pieniądze nie sięga po nie? Miałby możliwość odwiedzenia miejsc zagubionych pragnień, odkrycia niepoznanych smaków, wypicia prawdziwego szampana i posmakowania czarnego kawioru, kupienia żonie bukietu stu pąsowych róż, a sobie eleganckiego garnituru z najwyższej półki i... sfinansować wymarzoną podróż córki po zdrowie do Indii. Dlaczego nie potrafił sprawić sobie i innym radosnej przyjemności? To takie dobre uczucie. Tata u schyłku życia, zamiast przekazać z uśmiechem wnukom leżącą od lat ziemię lub sprzedać ją i spełnić jakieś zamknięte w niedostępnej wieży dziecięce marzenia, wolał walczyć o kilka złotówek. Jeszcze niedawno na fali sztormowej moich emocji chciałam robić z niego potrawkę, teraz mogłam współczuć mu, że sam omijał swobodną, beztroską radość dawania i otrzymywania prezentów. Tej przyjemności nie pozbawiały siebie i mnie dwie Basie, wspomniana właścicielka salonów Deni Cler i prezes sztucznie utworzonej dla miasta Izby Mody. Z obiema firmami i paniami współpracowałam przez wiele lat, ale nigdy nie były w gronie klientów, z którymi utrzymywałam zażyłe, prywatne kontakty. Przed odkryciem pierwszych objawów choroby w moim ciele, podświadomość dostała już od niego alarmujące sygnały i próbowała się nimi ze mną w myślach podzielić. Na kolejnym biznesowo-przyjacielskim spotkaniu w trakcie rozmowy z dyrektorem znanego radia, które było patronem medialnym większości moich imprez mówiła wyraźnie do mnie - przeze mnie.
- Mariuszu, jestem tak bardzo zmęczona. Zastanawiam się jaki sens ma cała ta gonitwa, pogubiłam się i nie wiem czego naprawdę chcę - zwierzałam się, siedząc wygodnie w skórzanym fotelu i sącząc wyśmienity koniak.
- O czym mówisz ? - zapytał lekko roztargniony szukając jakiś dokumentów.
- Po co to wszystko, czuję jakbym robiła nie to, co powinnam, a przecież robię to co lubię i lubię to co robię. Trochę się zakręciłam. Nadążasz za mną ? - zapytałam. - Tak, tak. Mów dalej - odpowiedział nadal grzebiąc w biurku.
- Czasem chciałabym się rozchorować, żeby mieć wytłumaczenie, zwłaszcza przed sobą, że nie muszę niczego robić. Ot, taki mały urlop od aktywnego życia - westchnęłam. Mariusz gwałtownie się wyprostował i bardzo uważnie spojrzał na mnie.
- To znaczy, że nie chce ci się pracować... - zawiesił głos.
- Chyba tak - powiedziałam rozbrajająco szczerze.
Mariusz patrzył na mnie z przerażonym niedowierzaniem i miałam wrażenie, że czekał na wyjaśnienia.
- Naprawdę czuję się okropnie zmęczona i zamiast zwolnić tempo, cały czas podnoszę sobie poprzeczkę.
- To normalne, gdybyś była ciągle na tym samym poziomie i się nie rozwijała żadna poważna firma nie chciałaby z tobą współpracować - mówił bez śladu współczucia i uśmiechu.
- Praca to jedno, ale te wszystkie imprezy, bankiety, na których muszę się pokazywać, żeby nikt nie pomyślał, że wypadłam z obiegu - jęknęłam.
- Wiesz przecież, że nieobecni nie mają racji bytu.
- Wiem i to mnie wkurza! Po prostu nie chce mi się - brnęłam dalej w zwierzenia.
- Kaśka dosyć! Nie chcę tego słuchać. Zawsze miałem cię za silną, nieugiętą kobietę. Radzę ci jak przyjaciel - weź się dziewczyno w garść - powiedział chłodno, wcale nie po przyjacielsku.
No i wzięłam się z powrotem, wiedząc, że żaden z moich klientów nie miałby ochoty na wysłuchiwanie egzystencjalnych wątpliwości słabej kobietki, którą zatrudniali dla wzmocnienia swojej pozycji na rynku. Nadal wbiegałam po drabinie ziemskich sukcesów przy aplauzie publiczności. Wykonując kolejną sztuczkę zniknęłam nagle w obłoku niedomówienia. Zgromadzona publika przez chwilę zaciekawiona czekała na mój spektakularny powrót, patrząc jeszcze wyżej na samo sklepienie namiotu cyrkowego, później znudzona przedłużającym czekaniem rozeszła się do domów, czasem myśląc - ciekawe gdzie ona się podziała? Nikt specjalnie mnie nie szukał, ja też nie ułatwiałam zadania pozostając zamknięta w twierdzy swojego domu, nie machając nawet z okna białą chusteczką. Taką mnie odszukała Basia, potem druga, zapraszając do pracy, która była radosną odskocznią od codzienności jak w "Dniu świstaka". Trzy razy w roku zmuszałam ciało, za każdym razem, do coraz większego wysiłku. Od telefonu z zapytaniem - czy dasz radę zrobić dla nas pokaz? - zaczynały się dla wszystkich bardzo intensywne dni. Po gonitwie pomysłów w mojej głowie wybierałam najlepsze i w wyobraźni malowałam obrazy kolejnych wyjść, układając choreografię słyszałam odpowiednią do nastroju muzykę, widziałam oświetlenie i tworzyłam magię widowiska. Następne dni spisywałam swoje wizje ręką Wiktora, ukochanej opiekunki Marii, a nawet niechętnej pani Kazi. Próby prowadziłam jeszcze sama choć dotrzeć na nie pomagał mi Wiki, wnosił mnie z samochodu na rękach i sadzał na krześle w garderobie, gdzie panie przymierzały kolekcje i zapoznawały się ze wszystkimi dodatkami jak buty, torebki, paski, apaszki i wreszcie biżuteria. Na salę prób przenosił mnie Janek, stylista Deni Cler z Warszawy lub chłopcy obsługujący sprzęt nagłaśniający i oświetleniowy. Kiedy już nie mogłam utrzymać mikrofonu i zaczęły się problemy z mową w prowadzeniu prób pomagała mi Agnieszka. Zawsze byłam szalenie wymagającą w stosunku do siebie i do moich pracowników i tak właśnie potraktowałam moją nastoletnią córkę, oczekując od niej prawie czytania w moich myślach. Poddana presji despotycznej matki, zestresowana koniecznością zwracania uwagi dojrzałym paniom często na wysokich stanowiskach, bombardowana pytaniami, zmuszana przeze mnie do myślenia i działania z szybkością światła, spisywała się naprawdę doskonale. Kiedy Wiktor wyjechał, a Agniecha rozpoczęła pracę, pałeczkę w sztafecie "pomocna dłoń" przejął mój syn. Janek jeździł ze mną na próby, przenosił mnie w różne miejsca w zależności od potrzeby i co najważniejsze, siedział przy mnie, słuchając w napięciu mojego bełkotu i tłumacząc go paniom na ludzki język. Mój syn, który od najmłodszych lat cierpiał na nadpobudliwość ruchową, teraz tkwił obok patrząc na kolejne nieudane próby i te, które wszyscy za wyjątkiem mnie uznawali za udane. Przez trzy dni wracaliśmy do domu prawie w nocy. Byłam tak bardzo obolała, że kiedy znikało napięcie i odpowiedzialność, którą czułam, łzy same spływały mi po policzkach. Wszystko rekompensował kolejny dzień, który burzą oklasków żegnał kłaniające się modelki, wyrazy szczerego uznania, gratulacje, kwiaty, ciepłe słowa i gesty, na które nie mogłam odpowiedzieć i zareagować. Miałam wrażenie, że moje dzieci, zawsze obecne na pokazach z grupką swoich znajomych, w głębi serca patrząc na siedzącą koślawie na krześle matkę czuły odrobinę dumy. No i zadowolone oczy Basi i szeroki uśmiech Małgosi, jej córki, która to przedsięwzięcie w większości dźwigała na swoich barkach, przez wszystkie dni prób podtrzymując mnie na duchu i bardzo mi pomagając. Jeszcze więcej energii pochłaniały próby z około trzydziestoosobową bandą cudownych osób - ludzi poważanych w pracy i poważnych wiekiem, babć i dziadków. Ta grupa, wydawałoby się, statecznych osób godziła się odgrywać na wybiegu najbardziej zwariowane moje pomysły. Już w trakcie pierwszego czytania scenariusza wybuchali śmiechem i próbowali grać zabawne scenki, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Lekarze, prawnicy, urzędniczki państwowe, księgowe, byli sportowcy, gospodynie domowe, właściciele znanych firm przeistaczali się w niesforną, rozgadaną, trudną do opanowania grupę przedszkolaków. A na pokazie... Sześciu przystojnych, dojrzałych mężczyzn, w eleganckich garniturach przy muzyce kultowego serialu "Czterdziestolatek" szło po wybiegu uwodzicielsko się uśmiechając. Maszerowali swobodnie do końca podestu beztrosko się przyznając, że "czterdziesci lat minęło". Kiedy przy brawach widowni wracali, nagle na wygaszanych światłach zmieniała się muzyka, panowie zrzucali marynarki i kołując nimi nad głowami, w migoczącym świetle stroboskopu wyginali śmiało ciało w rytm przeboju z filmu "Madagaskar". Aplauz publiczności był tak duży, że modele zamiast zejść z wybiegu szaleli na podeście pobudzeni reakcją publiki.
"Dla takich chwil chciałam jak najdłużej pracować i cudnie bawić się z wami - Małgośka czytała na głos mój list pożegnalny po próbie generalnej ostatniego pokazu Deni Cler, który reżyserowałam - myślę, że nadeszła pora mojego rozstania, chociaż serce krzyczy NIE, moje ciało niestety nie daje rady. Nie chcę również was dłużej sobą obciążać - swoją słabością, zmęczeniem, a nawet wyglądem. A teraz daję wam kopniaka na szczęście, bądźcie jak zwykle piękne i dajcie czadu."


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

... www.mnd.pl/forum ...

wtorek, 15 czerwca 2010 19:02
 

Zmęczona programem telewizyjnym, który, bez możliwości zmiany kanału, musiałam ciurkiem oglądać, prosiłam o włączanie telewizora tylko na interesujący mnie film, program publicystyczny czy informacyjny. Większość czasu spędzałam kontemplując swoje życie i próbując jakoś ogarnąć aktualne domowe problemy. Czasem emocje, które towarzyszyły moim myślom zatrzymywały oddech i czułam się jakbym miała za moment utonąć zbyt długo nurkując w oceanie wspomnień. Minął kolejny rok i mogłam ponownie złożyć wniosek o dofinansowanie. Tym razem załapałam się w puli oczekujących na pomoc kochanego państwa. Zanim jednak otrzymałam odpowiedź, minęło kolejne siedem miesięcy, ale tuż przed wyjazdem do domu opieki na rehabilitację byłam uzbrojona we wszystkie potrzebne do samodzielnego korzystania z laptopa akcesoria. Po powrocie zaczęłam wylewać moje myśli, pisząc dla siebie i rozładowując w ten sposób gromadzone od lat emocje, uczucia i stres. Zaglądałam na "Naszą klasę" i korespondowałam z coraz większą ilością znajomych - dawnych i nowych. Zainstalowałam "Gadu Gadu" i miałam dzięki temu stały kontakt z Agniechą. Używałam go również jako alarmu w nagłych przypadkach. Odważyłam się zajrzeć po wielu latach na portal poświęcony SLA. Tym razem nie tylko przeczytałam naukowo-medyczne informacje oraz porady psychologa dla nieuleczalnie chorych i ich opiekunów ale zerknęłam na forum. Dopiero tam naprawdę dowiedziałam się prawdy o swojej chorobie, którą wszyscy nazywali bestią. Czytałam historie osób, które utraciły najbliższych, o wykańczającej walce z chorobą, o codziennych problemach, lekach, medycynie niekonwencjonalnej, prośbach, poradach. Pochłaniałam te wszystkie informacje i robiłam się coraz bardziej przerażona. Wiedziałam przecież o spustoszeniu jakiego SLA dokonuje w ciałach wybrańców, zdawałam sobie sprawę z nieuchronności szybkiej śmierci, ale mimo codziennie pogarszającego się stanu mojego zdrowia jakoś ta cała wiedza do mnie nie docierała. Teraz rozpaczliwe pytania, wołanie do innych ludzi o pomoc, ból, lęk, bezradność, niemoc, rozżalenie uświadamiały mi, że nie było dla mnie odwrotu. Było to przerażające odkrycie. Nie chciałam tam zaglądać, każdego dnia jednak po włączeniu laptopa pierwsze "kroki" kierowałam na forum. Przyciągała mnie wyczuwalna więź, wspólnota i chęć niesienia pomocy. Początkowo byłam jedynie biernym obserwatorem, z czasem coraz bardziej poznawałam tę specyficzną rodzinę. Nie byli już dla mnie anonimowi, znałam ich imiona, doskonale rozumiałam ich strach, współodczuwałam niemożność porozumienia z domownikami, znałam obojętność lekarzy. Wszyscy stawali mi się coraz bardziej bliscy, aż odważyłam się zaistnieć. Napisałam króciutko o sobie i o przebiegu choroby. Zostałam bardzo ciepło przywitana i zaczęłam aktywnie uczestniczyć w życiu forum. Po pewnym czasie zdradziłam, że piszę książkę o swoim życiu i chorobie i w dziale "Moja historia" zamieściłam jeden rozdział. Z bijącym sercem czekałam na komentarze. Było ich więcej niż się spodziewałam, wszystkie ciepłe, przyjazne i wręcz entuzjastyczne. Ośmielona, wkleiłam kolejny, a później kiedy kończyłam pisać rozdział często dzieliłam się nim na forum. Byli to moi pierwsi czytelnicy, którzy nie pozwolili mi na zwątpienie w sens pisania, dodawali siły, dzięki nim czułam się potrzebna, a wiedząc, że czekali na następne urywki książki nie przestawałam i chciałam dalej pisać. Zaglądałam na forum jakbym przychodziła w odwiedziny do dobrych znajomych, zwiedziłam wszystkie działy, przeczytałam nawet wypowiedzi sprzed wielu lat. Nie miałam jedynie odwagi zajrzeć do działu, który zbyt często informował o śmierci najbliższych. Dzień, który dopiero nadchodził, a w którym musiałam tam zajrzeć stał się jednym z najsmutniejszych w moim życiu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

... życiowy bałagan ...

środa, 02 czerwca 2010 19:17
 

 - Jak to nie przyjdziesz ? - zapytałam Jarka kompletnie zaskoczona.
- A po co ? - odpowiedział pytaniem.
Stałam w kuchni ubrana w małą-czarną z dużym dekoltem na plecach, na wysokich obcasach Versace, w peruce firmy, którą reklamowałam i pięknym makijażu. Jarek omiótł mnie wzrokiem.
- Żeby patrzeć jak faceci ślinią się, gapiąc na ciebie? - spytał beznamiętnie.
- Jeny, będą tam tabuny takich kobiet! Też będziesz mógł się pogapić - prychnęłam.
- Po co, skoro mogę do woli gapić się na twój tyłek codziennie - stwierdził w tej samej tonacji.
- O co ci chodzi!? - wybuchłam.
- Żebyś nie szła - odparł spokojnie i sięgnął po papierosa.
- Przecież w domu nie palimy - przemknęła mi myśl - oszalałeś! - wrzasnęłam - to moja impreza, mój pierwszy pokaz mody!
- A ja kim jestem? Nie jestem twój? Nie jestem - odpowiedział sam sobie.
- Tylko chciałam, żebyśmy poszli razem całą rodziną! Czy naprawdę o tak dużo cię proszę?! - warknęłam.
- Jaką rodziną? Tyle lat jesteśmy ze sobą, a ty się nawet nie rozwiodłaś - powiedział oskarżająco.
- Po co? - dałam się wciągnąć w rozmowę - Tłumaczyłam ci wiele razy, że nie czuję takiej potrzeby.
- No właśnie. Znowu ty. A może ja czuję potrzebę, żebyś była moją żoną.
- Ale ja nie chcę być twoją ani niczyją więcej żoną. Rety, czy musimy teraz o tym rozmawiać - jęknęłam.
- A dlaczego nie? Dla wszystkich masz czas, tylko nie dla mnie - oskarżał dalej.
- Jarku... - stęknęłam.
- Co Kasiu? Jako kto mam tam pójść? - zapytał.
- Jako mój facet, partner, przyzwoitka. Wybierz sam. - z trudem się opanowywałam.
- A może jako zwykły palant lub przydupas - odparł z sarkazmem.
- Nie chcę się kłócić. Naprawdę bardzo mi zależy, żebyś był - powiedziałam zerkając na kuchenny zegar - Zależy mi na twojej opinii.
- Zaprosiłaś tyle prasy, że jutro przeczytasz dużo bardziej profesjonalne komentarze - Jarek nie odpuszczał.
- Nie chcesz to nie. Mam to w dupie! - kończyłam rozmowę agresywnie, żeby zwyczajnie, bezradnie się nie rozpłakać.
- A czy ty przychodzisz do mojej firmy, kiedy zrobię nowe pudełko? - spytał gdy już zamierzałam odejść.
- Jesteś śmieszny - burknęłam pogardliwie - robiłam z tobą różne pudełeczka ponad dwa lata i wreszcie się uwolniłam.
Jechałam z dzieciakami na generalną próbę i wykrzykiwałam w myślach do Jarka ze złością, złośliwością, irytacją i bezsilnością. Synowie ubrani w eleganckie garniturki rozrabiali na tylnym siedzeniu samochodu, zupełnie nie czując tremy przed występem, Agnieszka zapięta pasami siedziała z dumą obok mnie, udając dorosłą, a ja kolejny raz, nie zwracając uwagi na łzy rujnujące perfekcyjny makijaż, zadawałam sobie pytanie:- dlaczego jeszcze jestem z tym facetem? 
Kiedy mój mąż na moją prośbę spakował walizkę i opuścił nasz dom, firmę i miasto, cały czas nie wiedziałam, czy podjęłam słuszną decyzję pozbawiając dzieci ojca. Mimo upływu wielu lat i kolejnych niewytłumaczalnych błędów mojego męża do tej pory nie wiem. Potrzebowałam wtedy spokoju po chwilowym zachłyśnięciu się odzyskaną wolnością. Jarek dosłownie terroryzował mnie swoją miłością. Przyznał się żonie, że mnie kocha i pogrzebał swoje małżeństwo. Zaczął żądać ode mnie szybkiego określenia się. Wydawało mi się, że jestem w nim zakochana ale myśl o wspólnym zamieszkaniu nie chciała na stałe rozgościć się w mojej głowie. Zdecydowanie lepiej czułam się z Darkiem, naszym pracownikiem, który po moim rozstaniu z mężem przyznał się, że od dawna mnie kocha ale zachowywał się jak prawdziwy przyjaciel, a może mnie w wiecznej naiwności tak się wydawało. Okazało się, że w naszej firmie było trzech facetów na zabój we mnie zakochanych. Kiedy po scenach zazdrości i psychicznego maltretowania Jarek nie zamknął za sobą na dobranoc drzwi mojego domu wcale nie byłam szczęśliwa. Poczułam dziwny ciężar, który ugniatał moje serce przez kilka następnych lat. A powinnam była się zorientować po pierwszym pocałunku i nocy spędzonej razem, że to nie był mężczyzna dla mnie. Ten facet po prostu nie umiał się całować, a ja uwielbiałam namiętne pocałunki. Wspólna noc pozostawiła bezsenne wspomnienie, nie z powodu mega wyczynów łóżkowych, ale dlatego, że nie mogłam odnaleźć się w jego objęciach i leżałam na swojej połówce materaca z daleka od jego oddechu i drażniącego zapachu. Kolejne lata pokazały jak niewiele nas łączyło. On spał na plecach, ja na brzuchu. On zasypiał, kiedy ja byłam pełna wigoru, a budził się, kiedy ja najsmaczniej spałam. On uwielbiał herbatę, ja kawę. On wolał prysznic, ja pełną piany wannę. On chrapał na filmach, które całkowicie mnie wciągały, ja udawałam, że oglądam horrory. On w przypływie gotówki kupował lodówkę czy szafę, ja wycieczkę do Tunezji. On lubił stare mercedesy, ja najnowsze bmw. On naprawdę mnie kochał, ja jego nie. W miłości patrzy się nie tylko na obiekt wielbienia przez różowe okulary, ale również postrzega się siebie w tęczowych barwach, wśród śpiewu ptaków. Czasem nie można się oprzeć odbiciu siebie w oczach innej osoby, ja widziałam w oczach Jarka wszystkie swoje najgorsze cechy, a nawet te, które lubiłam wydawały mi się wadami.
- Jezu, co ty ze sobą zrobiłaś?! - prawie wykrzyknęła nasza makijażystka, która dwie godziny wcześniej z zadowoleniem patrzyła na swoje arcydzieło na mojej twarzy.
- Proszę, nie pytaj - westchnęłam, siadając na krzesełku na przeciwko niej.
Pomału zaczęli się schodzić modele i modelki, wynajęci przeze mnie z innych agencji. Byli naprawdę dobrzy, błyskawicznie dostosowali się do mojego stylu pracy i chyba podobał im się nietypowo teatralny pomysł przedstawienia mody. Kiedy znudzona i zniechęcona powolnym rozwojem firmy, którą wymyśliłam i pierwszym przyniesionym zamówieniem ustawiłam na parę lat, pewnego natchnionego dnia wykrzyczałam Jarkowi jego zachowawczość i bez pytania o zgodę wypisałam się z naszej firmy, założyłam agencję wydawniczo-reklamową, po roku rozszerzyłam działalność o agencję modelek , po miesiącu zorganizowałam swój pierwszy pokaz mody. Pomysł i motto, a zarazem tytuł imprezy "Piękny biznes" miałam w głowie, ale nie miałam modelek i musiałam jeszcze przekonać do występu poważne i poważane biznes women - dwie właścicielki potężnych firm budowlanych, dużego salonu meblowego, dyrektorkę prestiżowych targów i znanej rozgłośni radiowej. Na codzień ubrane w eleganckie garsonki i uśmiechające się z dystansem do swoich klientów namówiłam do pokazania siebie takimi, jakimi chciałyby stać się chociaż przez chwilę. Jadąc jak zwykle za szybko i myśląc o tysiącu różnych spraw kątem oka zobaczyłam na ulicy piękną dziewczynę i gwałtownie zahamowałam.
Przyjęła moją wizytówkę i przyszła nazajutrz do firmy dlatego, że nie wyglądałam na napalonego na nią faceta. Ewa miała śliczną twarz, której słowiańskiej urody dodawały gęste, długie blond włosy i szaleńczo zgrabną figurkę. Ona załatwiła wszystkich młodych ludzi, którzy wzięli udział w moim inauguracyjnym pokazie i przez wiele lat firmowała moją agencję. Kiedy zgasło światło w ogromnej hali starej fabryki przerobionej na salon meblowy, tego wieczoru szczelnie wypełnionej nadlicznie przybyłymi gośćmi, patrzyłam na wybieg szeroko otwartymi oczami i z dudniącym sercem. Z ciemności wyłoniło się pięciu małych chłopców, ubranych w garnitury, równiutko jak na sprężynkach doszli do początku wybiegu. Mój syn wyjął z tornistra mikrofon i zupełnie bez tremy powiedział:
"- Mam na imię Michał, to mój brat Janek, a to moi koledzy z podwórka: Dawid, Wojtek i Krzysiek. Nie będę policjantem, nie będę strażakiem, będę biznesmanem. Wszyscy - z rozmachem wskazał na pozostałych - będziemy biznesmanami."
Obrócili się i wśród burzy oklasków podskakując z radości zeszli z wybiegu. Zawsze rozczulały mnie małe dzieci, zwłaszcza moje, dlatego na wszystkich przedszkolnych przedstawieniach ukradkiem ocierałam łzy wzruszenia. Tego wieczoru poklepywana przez moich pracowników, biłam i krzyczałam "brawo" ponownie rujnując makijaż. Pokaz minął szybko i sprawnie, później wyszły na scenę prawdziwe kobiety sukcesu, zaskakując publiczność wizerunkiem: dziecka kwiat lat sześćdziesiątych, gwiazdy Hollywood, wampa na motorze, w obcisłym, skórzanym kombinezonie, panny młodej i famme fatale ubranej tylko w długie, białe futro i czerwone szpilki. Nazajutrz prasa zamieściła więcej niż pochlebne recenzje, a ja rozpostarłam skrzydła do lotu. Szturmem zdobywałam nowe zlecenia i firmy, miałam coraz więcej pokazów, promocji i sesji zdjęciowych. Po pewnym czasie nie musiałam walczyć o nowych klientów, sami zgłaszali się do mojej agencji. Podobnie było z organizowaniem naborów dziewczyn na modelki, po kilku castingach nie było dnia, żeby jakaś młoda osóbka nie przekroczyła progu mojej firmy, która po dwóch latach z jednego pokoju zwiększyła powierzchnię do prawie trzystu metrów kwadratowych. W dniu kiedy ostatni raz zamykałam drzwi agencji wyrzuciłam do kosza umowy podpisane z ponad stu modelkami. Były to najbardziej intensywne, twórcze i spalające mnie lata. Praca stała się moim drugim domem, nie tylko dlatego, że spędzałam w niej dnie i noce ale z powodu atmosfery, którą tworzyliśmy. Byliśmy wielką rodziną z nieco narwaną, nerwową i wymagającą mamuśką, która jednak potrafiła utrzymać jedność i zapewnić w miarę dostatnie życie. Byłam szefową, mamą, przyjaciółką, powierniczką rozterek nastolatek i ich pocieszycielką. Może dlatego większość dziewcząt, które zawitały do agencji została w niej do końca. Były piękne, niektóre wręcz o porażającej urodzie, pozostawały jednak nadal radosnymi, trochę rozkojarzonymi i bardzo rozgadanymi nastolatkami. Czasem przychodziły kandydatki lub modelki z innych agencji, ubrane w markowe ciuchy i zbyt doskonały makijaż. Siadały niedbale naprzeciwko mnie, kładły na biurku idealne portfolio i pewne wrażenia, które na mnie wywarły, znudzone czekały na moją entuzjastyczną ocenę.
- Rewelacyjne portfolio - wykrzykiwałam z zachwytem.
- Tak... - wzdychały, jakby ziewały, czekając na dalsze komplementy.
- Zawsze fascynują mnie fotografowie, którzy z zupełnie przeciętnych dziewczyn potrafią zrobić gwiazdę - mówiłam z emfazą, kładąc akcent na słowo "przeciętna" i ciesząc się jak dziecko z psikusa.
Nigdy nie było między moimi modelkami niepotrzebnej rywalizacji, tak różne, przestrzegały jednej zasady - grania w tej samej drużynie. Opowieści o obcinanych guzikach, zerwanych ramiączkach od biustonosza, zepsutych suwakach, wodzie w butach i dziurawych pończochach tuż przed pokazem były jak egzotyczne bajki i nie dotyczyły mojej firmy. Myślę, że udawało nam się obalać wszystkie schematy i mity dotyczące modelek. Gdy zaczęłam wyjeżdżać z dziewczynami do Chorwacji, gdzie tańczyły w dyskotece, Jarek jednoznacznie ocenił mnie zmieniając nazewnictwo - z agencji modelek na towarzyską. Niektórzy klienci próbowali zaglądać w dekolt mojej firmy spodziewając się nie tylko wizualnych doznań.
 - Chciałbym, żeby promocja nowego samochodu była oryginalna i drapieżna - konspiracyjnym szeptem mówił do mnie dyrektor marketingu salonu samochodowego.
- Nooooo . . . - mruknęłam zachęcająco.
- Chcę wybrać jedną dziewczynę , żeby była twarzą tego auta . . . - rozłożył przede mną katalog.
- Niezłe autko - cmoknęłam z podziwem.
- Wiesz, myślę o takim kalendarzu jaki ma Pirelli - uśmiechnął się lubieżnie, odpinając guzik marynarki na wypasionym brzuchu.
- Nooooo - mruknęłam z uznaniem.
- Chciałbym, żebyś zrobiła dla mnie casting, żebym mógł osobiście obejrzeć atuty dziewczyn - wytarł chusteczką spocone czoło.
- Nie wystarczy, żebyś obejrzał portfolia i wybrał modelkę? - spytałam.
- Jestem odpowiedzialny za wybranie dziewczyny, lepiej, żebym zrobił to bezpośrednio - mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Znałam takich facetów ze swojego życia. Mieli zazwyczaj własne firmy lub wysokie stanowisko w znanych korporacjach, świetnie skrojone garnitury na niezbyt wysportowanych ciałach, duże limuzyny, sporo pieniędzy, elegancką żonę, parkę rozkosznych dzieciaków i ogromną ochotę na romans. Nie mieli klasy, gestu, fantazji a kwiaty, prezenty i kolacje fundowali z firmowej kasy. Wyczuwałam ich jak pies myśliwski. Odrzucałam lepkie zaloty takich adoratorów, od kiedy nauczyłam się mówić -"NIE" i tego samego wymagałam od moich młodziutkich, naiwnych modelek. Nie tolerowałam i uczulałam dziewczyny na pseudo sponsorów. Zgodnie z życzeniem klienta zorganizowałam casting, żeby mógł naocznie ocenić modelki. Oczywiście wcześniej przeprowadziłam matczyną pogawędkę z dziewczynami. Po dwóch godzinach dyrektor przyszedł pożegnać się ze mną.
- Jakie wrażenia? - zapytałam z zainteresowaniem.
- Nie wiedziałem, że prowadzisz klasztor, a twoje modelki zachowują się jak zakonnice! Żadna nawet nie chciała zdjąć bluzki! Zero profesjonalizmu! - stwierdził oburzony.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 619  

najlepsze przed nami

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184619
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl