Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

... czas czekania ...

wtorek, 25 maja 2010 18:40
 

 Po powrocie do domu rozpoczęłam ostatni etap walki o możliwość samodzielnego kontaktu ze światem. Była to walka długa, uciążliwa i samotna, bo rodzina, urzędnicy z instytucji z nazwy wspierających osoby niepełnosprawne robili wszystko, żebym zrezygnowała, załamała się, stwarzając ciągle nowe problemy.
- Katarzyna, niestety musisz pojechać i osobiście być przy złożeniu podania o dofinansowanie.
- Przecież wiedzą w jakim stanie jestem - pomyślałam - czy nie mogę wypełnić dokumentów w domu. Po co mam jechać, skoro nie mogę ruszyć nawet palcem.
- Może nie ma sensu załatwiać - tata głośno się zastanawiał - nie wiadomo w ogóle czy dostaniesz.  Dwa lata wcześniej w ramach cudownego programu likwidującego bariery w porozumiewaniu się osób niepełnosprawnych, po złożeniu sterty dokumentów i ponad pół roku czekania dostałam powiadomienie, że szanowna komisja przyznała mi dofinansowanie na zakup specjalistycznego sprzętu umożliwiającego pisanie i pełną obsługę komputera. Nie posiadałam się ze szczęścia, bo otrzymałam wystarczającą sumę na kupno upatrzonego wcześniej oprzyrządowania. Natychmiast "napisałam" do dystrybutora mail, żeby mi przysłał kamerę reagującą na ruch głowy. Mając na czole przyklejone metaliczne kółko, które "widziała" kamera, poruszaniem głową mogłam obsługiwać myszkę i pisać na klawiaturze ukazującej się na monitorze. Firma szybko odpisała, że najdalej za tydzień wyśle kamerę z dwoma programami niezbędnymi do korzystania z niej przez osoby niepełnosprawne oraz fakturę do rozliczenia z PFRONem. Zachwycona szybkością załatwienia, jak sądziłam, ostatniego etapu walki o samodzielność z bijącym sercem czekałam na przesyłkę. Przyszła po pięciu dniach, po dwóch udało mi się zmusić Jaśka do zainstalowania programów i wreszcie mogłam sama napisać listy do osób bliskich mojemu sercu. Co prawda nie mogłam jeszcze samodzielnie wysłać pocztą elektroniczną, bo nie byłam podłączona do internetu, ale to się miało lada moment zmienić. Trochę dziwiła mnie wiadomość pojawiająca się codziennie po włączeniu laptopa informująca, że każdego dnia pozostało mniej dni do końca działania zainstalowanych programów. Agniecha zapytała mailem firmę o kod potrzebny do wpisania, o który za każdym razem upominał się program. Dostałam szybko uprzejmą odpowiedź, że przy zakupie kamery przesyłają jedynie  demo trzydziestodniowe programów, których pełną wersję mogłam oczywiście u nich zakupić za (bagatela) ponad dwa tysiące, co przy mojej oszałamiającej rencie było niemożliwe do zrealizowania. Po trzydziestu dniach ze łzami w oczach patrzyłam na bezużyteczną kamerę i intensywnie zastanawiałam się jak sobie poradzić ze zorganizowaniem pieniędzy. Nie chciałam prosić o pomoc znajomych, bo nie tak dawno robili zbiórkę na mój wyjazd do Indii. Zostało mi cierpliwie czekać pół roku na możliwość ponownego złożenia wniosku o dofinansowanie programów i kolejne pół na odpowiedź PFRONu. Napisałam do nich w nowym wniosku wzruszające uzasadnienie dlaczego potrzebuję finansowej pomocy. Odczekałam krótkie siedem miesięcy, żeby dowiedzieć się, że tego roku otrzymane środki nie pozwoliły na uwzględnienie mojej prośby. Miałam przed sobą kolejny rok zamknięcia myśli w mojej głowie bez możliwości podzielenia się nimi z innymi ludźmi, a zaczynało mi tego coraz bardziej brakować. Dobrze, że pani Kazia, kiedy była w dobrym humorze, chciała rozmawiać ze mną na różne tematy. A w tym czasie akurat bardzo wiele działo  się w naszym kraju. Nigdy nie zaangażowana politycznie, tym razem z wypiekami na twarzy, śledziłam program tvn 24, który dzięki głównym aktorom zapewniał mi doskonałą rozrywkę, sensację, informację, a czasem nawet horror. Nie wiedziałam kiedy, wciągnęła mnie ta polityczna rozgrywka. Zdecydowanie określiłam się po jednej stronie i przeciwników zaczęłam traktować jak wrogów. Gdy odnieśli wyborczy sukces pomstowałam na swoich rodaków za moherowe upodobania. Już od rana, po przyjściu pani Kazi podczas śniadania obserwowałyśmy i komentowałyśmy bieżące wydarzenia napawając się wpadkami i niepowodzeniami rządu i kancelarii prezydenta. Miałam swoich ulubieńców w obu rywalizujących partiach - jednych słuchałam z uznaniem i szacunkiem choć nie bezkrytycznie, drugich "pierwszomajowe" przemówienia wzbudzały we mnie pobłażliwy uśmiech, ale częściej niedowierzanie i złość. Ich zwolennicy i równocześnie przeciwnicy chyba wszystkiego, sympatyczni staruszkowie wygrażali mi laskami z ekranu telewizora używając słów niestosownych do swojego wieku ani do miejsca, którego bronili przed reporterami. Sparingi liderów obu zawzięcie zwalczających się stron i kwieciste monologi przywódców tzw. przystawek przez cały rok dostarczały mi nie lada emocji. Dzień ponownych wyborów do sejmu podniósł mi adrenalinę jak przed skokiem na bangi. Po zwycięstwie preferowanego przeze mnie stronnictwa słuchałam z niesmakiem kąśliwych, często wręcz tandetnych uwag zdetronizowanych przeciwników politycznych i obrony coraz częściej też nie najwyższych lotów. Miesiąc jeszcze z uwagą obserwowałam niekończące się potyczki wiecznie zwaśnionych kumpli, roszady, złośliwostki, odgrzewane powiedzonka, gesty, miny, bezmyślne czy rozmyślne blokowanie ustaw korzystnych dla Polski. Z przerażeniem zauważyłam, że robiłam się coraz mniej obiektywna i coraz bardziej stronnicza, wpisując się w wytworzony ostry podział narodu. Moja tolerancja do odmiennych od moich poglądów legła w gruzach, zaczęłam w myślach wygrażać wojującym na pięści katolikom mocniej niż wojującym terroryzmem muzułmanom, a w ripostach słownych w czasie zaciekłych dyskusji w różnorakich programach telewizyjnych byłam bardziej błyskotliwa, zadziorna i chamska od dyżurnych, zaprawionych w debatach polityków. Kiedy moja niechęć przeniosła się do Pałacu Prezydenckiego i zaczęły mnie cieszyć niekorzystne uwagi na temat głowy mojego państwa, nie potrafiąc się zdystansować, po prostu zmieniłam pilotem kanał. Chciałam wrócić do normalności i poczuć się zwykłą Polką kochającą zarówno morskie wybrzeże, ciszę krainy jezior i majestat gór, jak górala, kaszuba czy ślązaka. Zerknęłam na program wybitnie rozrywkowy i zobaczyłam tych samych polityków tylko jeszcze bardziej zniekształconych niż na codzień. Następnego dnia odwiedziłam niewątpliwie inteligentnego dziennikarza, licząc na to, że z przyjemnością wysłucham wywiadu z interesującymi ludźmi. Niestety słyszałam właściwie jedynie prowadzącego, który wił się po skórzanej kanapie jak znerwicowany padalec, wymachując na przemian chudymi rękami i nogami, a na zadawane swoim gościom pytania, przekrzykując ich, sam ze swadą odpowiadał. Byłam widzem tego teatru jednego aktora przez kilka wieczorów i zaobserwowałam, że rozmówcy dla przypodobania się publice spektaklu zbyt często wpisywali się w jego luzacką formułę. Zwiedzając programy zajrzałam do pralni gdzie dwójka krytykantów maglowała wpadki gwiazd, doskonale przy tym się bawiąc. Zastanawiałam się co mnie obchodzi czy jakaś piosenkarka nosi majtki czy nie, jaką orientację seksualną ma znany choreograf, czy pasują do siebie ludzie zbyt oddaleni wiekiem, a aktorka deklarująca wiarę w ingerencję boską w jej życie musi mówić pod publiczkę. Odwiedziłam również lodowisko i mimo sympatii dla tańców na lodzie szybko uciekłam zmrożona krzykliwym IQ blond - różowej, samozwańczej królowej. Trochę dłużej gościłam na parkiecie tanecznym, ale spory dwóch kobiet z klasą zachowujących się w stosunku do siebie bez klasy zmniejszały doznania estetyczne. Nieopacznie kilka razy nie mając możliwości zmiany kanału, obejrzałam różne ekshibicjonistyczne reality show, w których anonimowi ludzie z nieprzepartą chęcią zaistnienia chwytali się kurczowo szklanego ekranu. Im głośniej krzyczeli, im więcej się nawzajem obrażali używając pikantnie dosadnego słownictwa, tym bardziej byli cool. Wszyscy byli przeciwko czemuś lub komuś, walczyli z terroryzmem na świecie, z głodem w Afryce, z aids i rakiem, z zanieczyszczeniem środowiska i dziurą ozonową. Zużywali całą energię na zniszczenie i dokopanie innym zamiast czynić tak, żeby w większości syzyfowa walka nie była potrzebna. Zauważyłam, że w mediach króluje hałas i chaos informacji, a większość prowadzących i biorących udział w popularnych programach wpisuje się w potarganą, luzacko-silikonową modę zajebiście przyjaznych fanom osobowości.
Zawsze ceniłam i podziwiałam kobiety za subtelną kobiecość, za wyraz oczu, uśmiech, ruch ręki, którą poprawiały niesforny kosmyk włosów i tym zwykłym gestem magnetyzowały wszystkich. Podziwiając Andrey Hepburn, Sofię Loren, Marylin Monroe czy Magdalenę Zawadzką nie umiałam zaakceptować rozwrzeszczanej kobiecości eksponowanej przez brak bielizny, wszechobecną, nachalną seksualność i odsłaniającą nawet najbardziej intymne sekrety sypialni paplaninę. Obserwowałam rozmaite wydarzenia ze świata, w którym jeszcze niedawno aktywnie uczestniczyłam i zastanawiałam się czy budzą we mnie niesmak dlatego, że siedziałam na wózku inwalidzkim. Może przemawiała przeze mnie zazdrość i zawiść osoby odsuniętej od świateł sceny i fleszy mediów?


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

... czasem dobrze, czasem źle ...

poniedziałek, 10 maja 2010 17:11
  I znowu cztery tygodnie śmignęły błyskawicznie. Dojechaliśmy do ośrodka trzy godziny później niż planowaliśmy. Śnieg sypał prosto w nas, okna parowały, a droga chyba cały czas prowadziła pod górkę, bo im było bliżej, tym okazywało się coraz dalej. Zajechaliśmy na miejsce, a ja po pięciu minutach chciałam uciekać. Nie dostałyśmy z Gosią wspólnego pokoju, moje łóżko stało po złej stronie - trudno byłoby mnie położyć do snu. U Gosi ubikacja się zapchała i okropnie cuchnęło. Obie, zamiast żegnać odwożących nas, zatroskanych o nas bliskich, byłyśmy bliskie załamania. Mama Gosi zupełnie nie rozumiała naszego stresu, natomiast Janek zaskoczył mnie spokojem i opanowaniem. Przekonał mnie, że Gosia jest obok i na pewno usłyszy, kiedy będę wołała, że mam zapewnioną całodobową opiekę i wreszcie, że mogą układać mnie do snu głową w nogach. Miał rację, mój syn, którego bym nie podejrzewała o racjonalne i męskie podejście do problemu, miał całkowitą rację.
    I znowu, jak dwa lata temu, przed północą zabrano mnie na salę balową; o dwunastej strzeliły korki, tyle że tym razem nie piłam szampana, później na korytarzu oglądałm pokaz ogni, strzelających w niebo znów nie widząc nieba. Spać poszłyśmy około drugiej, z ulgą odetchnęłam leżąc pod ciepłą kołderką i patrząc na wirujące za oknem płatki śniegu. Opiekunka ułożyła mnie sprawnie do snu, zgodnie z napisaną przeze mnie "instrukcją obsługi Kasi" i obiecała, że będzie zaglądać do mnie co dwie godziny.
- Może nie będzie tak źle, jak myślałam? - westchnęłam i uspokojona, zamknęłam oczy.
Dni mijały szybko wypełnione zajęciami, rozmowami, oglądaniem filmów do późnych godzin nocnych. Niby było podobnie, ale czułam się gorzej niż ostatnim razem. Miałam bardzo duży niedosyt zwykłego obcowania z innymi ludźmi. Liczyłam również na dużo więcej, na większą bliskość, na wspólne modlitwy, na większy kontakt między mną, a Gosią. Gdzieś nam to jednak umknęło, może dlatego, że nie mieszkałyśmy razem, może z powodu moich problemów z mową, może dlatego, że miałam za duże oczekiwania. Mój fizyczny stan ciała i troszkę osłabiona psychika sprawiały, że wszystko dotykało mnie silniej niż powinno.
Najgorsze były poranki, pośpiech (z jakim opiekunki wykonywały swoje czynności) sprawiał u mnie ogromny stres. Wiele osób uskarżało się na szarpaninę, pośpieszne ochlapanie wodą zamiast mycia, na rzadką kąpiel pod prysznicem - z braku czasu. Zdarzały się sytuacje, że musiałam wybierać między śniadaniem, a pójściem na zajęcia.
Całe szczęście, że trafiłam na opiekunkę, która w stosunku do mnie wykazywała dużo cierpliwości, starała się mnie zrozumieć i poznać moje potrzeby, zapamiętywała je i każdego dnia było lepiej. Ale jej napięcie, żeby zdążyć, udzielało się również mnie, dlatego próbowałam ograniczać swoje poranne potrzeby.
        Prawdziwy horror przeżyłam kilka razy, gdy, jak burza, wpadły dwie inne opiekunki naraz. Wiedziałam, że będą osoby, które nie będą mogły mnie zrozumieć albo nie będą miały wystarczającej cierpliwości, żeby chcieć mnie zrozumieć, dlatego miałam spisane ważne uwagi do opiekunek typu: nie mogę stać bez butów. Jeszcze nie zdążyłam złapać oddechu, żeby cokolwiek powiedzieć, a już siedziałam na kibelku, zsuwając się z niego, bo zesztywniałam jak ołówek. Próbowały bezskutecznie, na siłę wepchnąć mnie na sedes, zanim zgięły mi nogi i spastyka wreszcie puściła, byłam cała poobijana i szalenie zestresowana. Starałam się podejść do tego na luzie, zwłaszcza, że obie były roześmiane. Było nadal zabawnie, kiedy obie, żeby było szybciej, myły mnie, wycierały i ubierały. To cud, że jedynie majtki założyły tył na przód, tyle było zamieszania. Jedna zakładała podkoszulkę, szarpiąc się z moimi usztywnionymi rękami, a druga myła mi nogi. Czułam się jak na średniowiecznych torturach, rozciągnięta jak nietoperz na drutach. Przeżyłam dlatego, że obie były bardzo miłe i potraktowałyśmy to jako zabawną sytuację. Jednak, kiedy minął huragan, odetchnęłam z ulgą, dziękując Bogu, że tak nie jest na co dzień.
      Znacznie gorzej bywało, gdy pojawiały się pozornie miłe opiekunki, zaprogramowane na wykonywanie czynności, niestety bez kontroli jakości. Nastawione były na jak najszybsze wykonanie zadania, w ogóle nie słuchały chorego, dopiero płacząc albo krzycząc można było zwrócić ich uwagę na zaistniały problem. Na ogół były to drobiazgi, jak źle założony but, złe posadzenie na wózku, czy schowany dzwonek, którego Gosia nie mogła dosięgnąć. Te pozornie błahe sprawy, miały dla nas, niemogących samodzielnie nawet podrapać się po nosie, kolosalne znaczenie. Źle założona skarpetka przez cały dzień ugniatając stopę, powodowała silny ból, a za daleko postawiona na stole szklanka, uniemożliwiała picie.
Wszystkie opiekunki wykonywały te same czynności, dlaczego jedna zakładała najpierw majtki, a później naciągała spodnie, gdy druga ciągnęła razem do góry, zakładając krzywo lub robiąc ze zwykłych gaci stringi, jedna, zakładając adidasy, najpierw je rozsznurowała, druga na siłę wpychała stopę, nie zwracając uwagi na ból czy zagięte palce, jedna zanim wyszła z pokoju upewniała się, że wszystko jest w porządku, gdy druga wyleciała zanim zdążyło się ją jeszcze o coś innego poprosić. Przecież kolejne wezwanie zajmowało więcej czasu, tak samo ponowne założenie majtek. Czasem było jak w kawale, gdzie na budowie tak zapieprzali, że nie mieli czasu załadować na taczki. Nie raz tak bywało, że zanim Gosia albo ja zdążyłam wyksztusić jakąś prośbę, po opiekunce został tylko przeciąg. Cóż, nie przejmowały się naszymi problemikami, potrzebami, żyły własnym rytmem, nie zwracając uwagi na nasze spowolnione tempo.
      Wszystko rekompensowali cudowni rehabilitanci, z doskonałym podejściem do chorych: dowcipni, zawsze uśmiechnięci, no i przede wszystkim świetnie znający się na tym co robić z takimi nieboraczkami jak my. W nazywanym przez wszystkich akwarium - sali ze szkła do terapii rąk - siedziały trzy anioły. Ela, Renata i Dorota nie tylko usprawniały ręce, ale również leczyły nasze dusze. Wszyscy, choćby mieli paskudny nastrój, po pół godzinie ćwiczeń i rozmów, wychodzili od nich uśmiechnięci. Kiedy byłam w ośrodku pierwszy raz, mogłam jeszcze z dziewczynami pogadać, dzięki temu trochę się poznałyśmy, za drugim razem szło nam bardziej opornie, ale udawało mi się jeszcze szybko ripostować na ich szalone powiedzonka i dowcipy. Dlatego tym razem, kiedy rozumiały tylko pojedyncze moje słowa, przejęły inicjatywę i codziennie serwowały inną terapię. Najczęściej, oprócz rehabilitacji rąk, leczyły śmiechoterapią, czasem poddawana byłam psychoterapii i marzenioterapii. Zadziwiające jest to, że ludzie którzy mają otwarte na innych serca, mogą porozumiewać się prawie bez słów.
- Kaśka dzisiaj jedzie na piknik - powiedziała Renata, patrząc na mnie. Codziennie miałam na kolanach białe kocyki , na których trzymałam ręce i wtedy Renata śmiała się, że jadę do magla. Dziś kocyki poszły do prania i ręce trzymałam na złożonym w kostkę kolorowym pledzie.
- Daj mi te swoje chude łapeczki - powiedziała Ela, zaczynając ćwiczenia.
- Tylko jej, co nie złam - krzyknęła Renata - Siedzi dupką na wózku, a ciągle ma figurę modelki. Gdybym ja tak siedziała, to nie byłoby dla mnie rozmiaru wózka - dodała ze śmiechem.
- Masz kawałek czekolady - powiedziała Dorota, wkładając mi cząsteczkę do buzi - Musimy Kaśkę trochę podtuczyć.
- Pewnie, nie będzie nam tutaj szpanowała swoją chudą dupeńką - tańcząc lambadę i kręcąc przy okazji dość pokaźnym tyłeczkiem, powiedziała Renata.
- Grzechu? Powiedz nam na ile lat wygląda nasza Kasieńka ? - zapytała Renata, wjeżdżającego sportowym wózkiem na zajęcia zawsze uśmiechniętego faceta.
- Ale o co wam chodzi dziewczyny ? - zapytał lekko zdezorientowany - Na pewno nie więcej niż osiemnaście - dorzucił.
- Oooo!  - wykrzyknęły jednocześnie - Kurczę! Jaki gentleman! - dodała z podziwem Dorota.
- Sie wie, zresztą tyle tu ładnych dziewczyn, że dostaję zawrotu wózka - podsumował Grzesiek.
- Czego ? - zawyła ze śmiechu Renata - Jeszcze takiego powiedzenia nie słyszałam.
- Zawsze musi być pierwszy raz - mrugnął okiem do Renaty.
- Ja ci dam pierwszy raz ! - powiedziała, biorąc się za jego rehabilitację - Zobaczymy, mówią, że podobno zawsze boli.
- Kasiu! Ratuj!- jęknął Grzegorz.
- Już lecę ! - odkrzyknęłam.
- Widzisz? Z kim ja muszę pracować! - przesadnie ciężko westchnęła Ela, unosząc do góry roześmiane oczy.
- Ty jeszcze nie wzdychaj, zobacz, Kaśka nic nie mówi, tylko obserwuje. Będziemy dopiero wzdychać, jak nas obsmaruje w tej swojej książce - zawyrokowała Renata.
- Kasiu, napiszesz coś o nas ? - zapytała w tonacji małej dziewczynki Dorota.
- Pewnie - odpowiedziałam i dla pewności zrozumienia zamaszyście kiwnęłam głową.
- Na dzisiaj skończyłyśmy - powiedziała Ela - Chodź, zabiorę cię do pokoju od tych wariatek.
       Wieczorem, dla świętego spokoju, żeby nie musieć odpowiadać na pytania - Dlaczego? - jeździłam na dworek na wieczorki powitalne, pożegnalne, taneczne i kulinarne, organizowane w stylu filmu „Rejs". Siedziałam na wózku, uśmiechając się do wszystkich, jak zwykle w takich sytuacjach obecna i nieobecna zarazem. Przy tańcach co jakiś czas bardziej sprawna osoba brała mnie za rękę i machała nią w rytm muzyki. Patrzyłam na roześmianą i rozgadaną Gosię i miałam przeciwstawne uczucia. Rozumiałam, że wyposzczona samotnością i niewrażliwością bliskich na swoje potrzeby, lgnęła do ludzi. Nic dziwnego, że wybierała zdrowszych ode mnie. Nie rozumiałam tylko dlaczego zapominała o mnie i tak często zostawiała zupełnie samą.
Siedząc razem przy popołudniowej herbacie, kolejny raz powtarzałam Gosi to samo zdanie, żeby mnie zrozumiała. Nie dawałyśmy sobie  rady. Gosia cierpliwie słuchała, ja cierpliwie powtarzałam. Gosia próbowała odgadnąć słowo, nie trafiała i zabawa zaczynała się od początku. Przy dwudziestej próbie wszystko traciło sens, a to co chciałam powiedzieć przestawało być ważne.
- Wiedziałam, że tak będzie - mówiła załamana - Za mało się spotykałyśmy i przestałam cię rozumieć.
- Proszę cię, postaraj się - wołałam w myślach, a z oczu płynęły mi łzy, nad którymi nie mogłam zapanować.
- Kasiu, proszę cię, nie płacz. Spróbujmy jeszcze raz - zachęcała mnie, podjeżdżając bliżej wózkiem, żeby mnie lepiej słyszeć.
- Nie - kiwałam przecząco głową.
- Kasieńko, ostatni raz - nalegała Gosia.
Oczywiście się nie udało, co pogłębiło jeszcze bardziej naszą frustrację.
- Nie mam siły - myślałam, coraz bardziej rozczulając się nad sobą. Gosia, nie wiedząc jak mi pomóc, pojechała do swojego pokoju i zniknęła na cały dzień. Następnego poranka przy rytualnej kawie rozmawiałyśmy ze sobą, to znaczy Gosia, coraz mocniej się zacinając, mówiła o swoich odczuciach i emocjach, a ja odpowiadałam w myślach.
- Miałam rację,  że nie chciałam jechać tutaj.
- Dlaczego? - zapytałam na tyle wyraźnie, że mnie zrozumiała.
- Same problemy z tym się wiązały, przy załatwianiu i teraz też.
- Boże! O jakich problemach ty mówisz! Przecież chciałyśmy być razem! - krzyczałam - To, że czasem nie możemy się dogadać, to jeszcze nie koniec świata.
- Tak sobie pomyślałam, że gdyby nie twoja choroba, w ogóle byś na mnie nie zwróciła uwagi. Tylko dlatego, że jesteś chora, przyjaźnimy się - powiedziała kategorycznie.
Siedziałam jak zamurowana, nie mogłam uwierzyć w to, co mówiła. Jej argumenty mnie dosłownie zmroziły.
- Owszem, przez chorobę poznałyśmy się. Masz rację, że gdybym nie była chora, nasze drogi by się nie zeszły. Ale się zeszły! Pamiętaj, że jeszcze wtedy prowadziłam firmę, spotykałam się z mnóstwem innych osób, jeździłam samochodem i prowadziłam aktywne życie. A jednak przyjeżdżałam do ciebie często i chyba nigdy nie wyglądało to jakbym się nudziła z tobą dlatego, że nie masz matury czy mieszkasz sama z mamą. To nie ma i nigdy nie miało dla mnie znaczenia kto jaką szkołę ukończył, jest ze wsi czy z miasta, wyznaje tego czy innego Boga. Ważna była osobowość, to czy się dobrze przy danej osobie czułam, czy miałam o czym z nią gadać - myślałam.
- Jesteś z innego świata, wszyscy mnie o ciebie pytają, chcą, żebym opowiadała o twoim życiu, jak się poznałyśmy .
- Dlaczego? - ponownie zapytałam.
- Wiesz jak mi było trudno uwierzyć, że się do mnie odzywasz i mi pomagasz, kiedy się poznałyśmy w szpitalu. Dzwonili do ciebie sami znani ludzie. Robiłaś tyle rzeczy, o których ja mogłam jedynie pomarzyć.
- Miałam różnych znajomych, nie wszyscy byli ze świata estrady, mody czy biznesu. Po prostu akurat w tym czasie obracałam się w takim świecie, że miałam możliwość poznawać ludzi z tzw. górnej półki. Zanim założyłam agencję reklamową, prowadziłam firmę produkującą opakowania. Wtedy miałam kontakt z prywaciarzami i zwykłymi robolami po zasadniczej, którzy u mnie pracowali. Wielu z nich bardzo lubiłam i spotykałam się z nimi również po pracy.
- Sama widzisz, że jesteś inna, nawet w chorobie masz głowę podniesioną do góry.
- Ja tego nie czuję, bo czasem ledwie mogę utrzymać ją prosto - zażartowałam w myślach.
- Ja im tłumaczę, że ty jesteś normalną osobą - powiedziała, jakby się tłumaczyła przede mną.
-  Nie przesadzaj, trochę porąbana byłam i tak już zostanie - uśmiechnęłam się do swoich wspomnień.
- Mają do ciebie dystans tak, jak ja kiedyś miałam.
- O co chodzi? Gosieńko, czy sławni ludzie inaczej, za przeproszeniem, srają? Czy nie smarkają, kiedy płaczą albo nie bekają po piwie?
- Nadal uważam, że jesteś moją przyjaciółką trochę z litości.
- Gosiu, jesteś ze świata, którego nie znałam i na pewno nie chciałam poznawać. Ale nie mówię, że był gorszy od mojego, tylko całkowicie odmienny. Nie możesz mieć poczucia niższości wobec innych. W czym jesteś gorsza, według jakiego cholernego kryterium? Sami nadaliśmy i przyznaliśmy sobie prawo oceniania innych. Szalenie lekko wydajemy wyroki - ten jest dobry, a ten zły; ten jest mądry, a ten głupi. Wiele razy musiałam zweryfikować swoją ocenę ludzi czy zdarzeń. Tak właściwie nie mamy prawa osądzać innych, a nawet samych siebie. Od tego jest Bóg. Pozostaw więc ocenę siebie Bogu i... mnie, a ja uważam, że jesteś wrażliwa, inteligentna, mądra, masz wspaniałe serduszko, no i jeszcze na dodatek jesteś bardzo ładna i zgrabna. - tak sobie w myślach dyskutowałam z Gosia, a ona w zamyśleniu kończyła poranną kawę.
     Tego dnia mijałyśmy się. Wieczorem, przywieziona na aneks telewizyjny, oglądałam „Ucztę kinomana" i widziałam jak Gosia wracała do pokoju z wieczornych pogaduszek.
- Kasieńko, przepraszam, że wczoraj nie byłam u ciebie. Zasiedziałam się u Asi i Grześka, ale cały czas byłam myślami przy tobie - powiedziała.
Kolejny raz sprawiła, że nawet gdybym mogła mówić, nie wykrztusiłabym słowa. Właśnie to zdanie zawsze słyszałam, kiedy ktoś nie mógł do mnie przyjechać, zapomniał zadzwonić czy załatwić sprawy, o którą prosiłam." Nie byłem, nie załatwiłem, ale uwierz mi cały czas myślałem o tobie" . Gdyby wszyscy jedynie tak intensywnie o mnie myśleli, dawno bym umarła z pragnienia, głodu albo brudu. Całe szczęście, że byli przy mnie ludzie, którzy nie tylko o mnie myśleli, ale myśleli jak mi pomóc i co najważniejsze pomagali.
   Nie miałam siły, żeby powiedzieć, jak odbieram te słowa; poza tym znowu niewiele brakowało, żebym się rozryczała. Nie byłam tak silna jak dawniej, wiele rzeczy bardziej mnie bolało niż powinno. Na dodatek nie mogłam od razu wytłumaczyć co myślę i czuję, a to wywoływało stres u mnie i równocześnie u innych. Dlatego wybrałam milczenie, które Gosia odebrała jako moje zmęczenie nią i całą sytuacją, więc zaczęła unikać mnie. Przez opiekunki zapraszałam ją na kawę, uśmiechałam się do niej w jadalni, prawie trzy dni nie reagowała, mijała mój pokój i mnie, jakbym była obca. A ja utwierdzałam się w przekonaniu, że mój stan sprawia, że wszyscy, nawet ona, mają mnie dosyć. Miałam żal, że, kiedy ja byłam sprawniejsza od niej, przyjeżdżałam, czytałam jej, wyciągałam na msze, pocieszałam. Brakowało mi teraz, kiedy była ode mnie sprawniejsza, jej zainteresowania. Nie miałam pretensji, że jeździła do innych mieszkańców. Uwielbiałam patrzeć jak tańczy, śmieje się, rozmawia. Ale nigdy nie zaproponowała mi, żebym poszła z nią. Zauważyłam, że moje chwile słabości, a zwłaszcza łzy, bardzo ją denerwowały. Bardzo chciałam powiedzieć Gosi, że zawsze uważałam, że naszą przyjaźń zaaranżował sam Bóg, zawsze czułam w naszych spotkaniach odrobinę magii, tym razem mi jej zabrakło.     Przed przyjazdem do ośrodka, byłam bardzo zmęczona choroba, panią Kazią, zachowaniem moich synów i w ogóle całym życiem. Potrzebowałam pomocy innych, oczekiwałam wsparcia psychicznego oprócz rehabilitacji ciała. Siedząc w aneksie   
telewizyjnym, czekając na opiekunkę, która chyba zapomniała o mnie, zastanawiałam się dlaczego tak często wspominam Indie. Poczułam, że tam oprócz mojego ciała, leczono także moją duszę, a tego mi dzisiaj najbardziej brakowało. Chyba pomału godziłam się z ułomnością ciała, poddałam się, przestałam wierzyć, że będzie lepiej, przestałam walczyć. Nie mogłam natomiast pogodzić się z ospałością mojego serca i umysłu. Cały czas myślałam, że Bóg czegoś ode mnie oczekuje, a ja tak się skoncentrowałam na przeżywaniu choroby mojego ciała, że nie umiałam o niczym innym myśleć.
      Czułam się tak bardzo samotna, nieszczęśliwa, niezrozumiana, niepełnosprawna, niepotrzebna nikomu. Był poniedziałek i do ośrodka przyjechało sporo nowych osób. Co chwila ktoś przejeżdżał obok, witał się, zadawał jakieś banalne pytania, na które mogłam odpowiadać jedynie uśmiechem. Obok przejechał na wózku potężny mężczyzna i znowu doszło do standardowej wymiany uśmiechów. Minął mnie, po chwili zaczął zwalniać, poczym nagle zawrócił.
- Mam na imię Sławek, a ty ? - zapytał, wyciągając na przywitanie rękę.
- Kasia - odpowiedziałam, przełamując skrępowanie, które zawsze mi towarzyszyło przy konieczności odezwania się do nowej osoby.
- Asia ? - zapytał. Pokręciłam przecząco głową.
- Kasia - spróbowałam jeszcze raz, starając się mówić jak najbardziej wyraźnie.
- Ania ? - zapytał, a kiedy ponownie pokręciłam głową, uśmiechnął się i powiedział - Nie ważne, dopóki nie dowiem się, będę mówił do ciebie Kwiatuszku.
Było mi zupełnie obojętne jak będzie do mnie mówić, byłam zdruzgotana tym, że nie potrafię wypowiedzieć zrozumiale nawet swojego imienia. Bardzo chciałam, żeby już sobie pojechał i zostawił mnie samą. Uśmiechnęłam się do niego, chociaż zdecydowanie bliżej było mi do płaczu. Sławek wcale nie miał zamiaru odjeżdżać. Patrzył na mnie z zachwytem w oczach, wziął mnie za rękę i delikatnie pogładził po dłoni.
- Nie możesz mówić Kwiatuszku ani ruszyć tymi delikatnymi rączkami - powiedział, cały czas trzymając moje dłonie w swoich dużych rękach - Nic nie szkodzi, ja będę mówił do ciebie, a jak będę chciał się czegoś dowiedzieć będę tak zadawał pytania, żebyś mogła kiwnąć główką na tak albo nie.
   Nie za bardzo wiedziałam jak mam się zachować, choć nie miałam właściwie żadnych możliwości reakcji. Cokolwiek bym powiedziała i tak by mnie nie zrozumiał, uciec wózkiem nie dałabym rady, mogłam zacząć głośno krzyczeć, gdyby zrobił się bardziej namolny. Siedział, patrząc na mnie w milczeniu, nagle głęboko westchnął.
- Jesteś taka śliczna jak aniołek, mógłbym patrzeć na ciebie godzinami. Twoje oczy mówią więcej niż niejedne słowa.
    Zawsze umiałam reagować na męskie komplementy, znając swoją wartość na ogół je lekceważyłam, zdawkowo się uśmiechałam, traktując jako odwieczny element damsko- męskich gierek. Ale Sławek wydawał się prawdziwy, spontaniczny i szalenie naturalny. Mimo mądrych wypowiedzi psychologów, filozofów, teologów o zachowaniu godności w sobie, jako odrębnej od ciała wartości człowieka, którymi stale się karmiłam, moja ocena samej siebie spadała proporcjonalnie do stopnia niepełnosprawności. Dlatego teraz nie umiałam przyjąć komplementów, widziałam się rano w lustrze i doskonale wiedziałam, że nie zasługuję na takie słowa.
- Jak pięknie wyglądasz, kiedy się rumienisz, Kwiatuszku - powiedział wyraźnie zachwycony, a ja miałam ochotę przejechać go wózkiem.
- Dawno nikt ci nie mówił miłych słów, - stwierdził kategorycznie - ale teraz będziesz je słyszała ode mnie codziennie - dodał. Siedziałam na przeciwko Sławka i walczyłam z emocjami. Mówił okropnie bolesne dla mnie słowa i nie wiedziałam czy mam go nienawidzić, czy wybuchnąć płaczem z rozczulenia nad sobą.
- Kwiatuszku, dasz się jutro zaprosić na kawę? Opiekunka nam pomoże, żebyś nie musiała się martwić, że sobie nie poradzę - powiedział. Kiwnęłam twierdząco głową, będąc przekonana, że następnego dnia albo on zapomni, albo mnie się uda jeździć opłotkami, żeby na niego nie trafić.
- Kasieńko moja, Kwiatuszku, dzień dobry - usłyszałam donośny głos Sławka nazajutrz rano. - Widzisz, wiem już jak masz na imię - powiedział radośnie - Jadę na zajęcia; kawa wieczorem aktualna? - zapytał, a właściwie stwierdził.
     Opiekunka wiozła mnie po kolacji do jego pokoju, żartując, że mam fajnego adoratora. Twarz Sławka pojaśniała, kiedy mnie zobaczył, zachowywał się jak mały chłopczyk, który dostał oczekiwaną zabawkę. Na stoliku były przygotowane ciasteczka, różne wafelki i kilka torebek cappuccino, żebym mogła wybrać smak, który najbardziej lubię. Wybrałam ulubione waniliowe, opiekunka ustawiła kubek na równo ułożonych kocykach, wetknęła słomkę i wyszła. Znowu zaczęłam zawracać głowę Bogu, prosząc, żeby nie pozwolił mi się zakrztusić, zwłaszcza, że Sławek zaczął karmić mnie słodyczami. Robił to powoli, wkładając mi do ust małe kawałeczki, cierpliwie czekając aż połknę zanim mi dał następny. Było w nim tyle spokoju i czułości, że czułam się bardzo skrępowana. 
- Kasieńko, gdybyś mieszkała ze mną dbałbym o ciebie i rozpieszczał. Zasługujesz na to, żeby cię kochać i się tobą opiekować - mówił te i inne słowa, a ja słuchałam i miałam mieszane uczucia. Z jednej strony było to bardzo miłe, z drugiej tak irracjonalne, że mnie wkurzało. Nagle poczułam się znowu troszkę kobietką, z drugiej strony widziałam chorego faceta, który gadał bzdury do jeszcze bardziej niepełnosprawnej, chorej kobiety. Jedno musiałam przyznać, zawsze zjawiał się wtedy, gdy czułam się najbardziej osamotniona, najmocniej przygnębiona i smutna.
Czyżby mój dobry Bóg zesłał mi kolejnego anioła, który rozpościerając nade mną swoje ogromne, ciepłe skrzydła chronił mnie przede wszystkim przed okrutnymi myślami samej o sobie.

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 612  

najlepsze przed nami

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184612
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl