Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

... czar Świąt Bożego Narodzenia ...

czwartek, 29 kwietnia 2010 17:35
 

Święta Bożego Narodzenia zapowiadały się szalenie rodzinnie i w moim przypadku niosły tyle samo radości, co niepokoju. Na wigilię byliśmy zaproszeni do rodziny Radka, a pierwszy dzień Świąt mieliśmy spędzić na zaręczynowym obiedzie w nowym domu mojej córci.
Ponieważ mój mąż nie poczuwał się do płacenia alimentów na dzieciaki, a ja sobie dobrze radziłam finansowo, nigdy nie zakładałam sprawy w sądzie, mimo nacisków ze strony faceta, z którym spędziłam razem parę kolejnych lat. Zaczęłam się domagać pieniędzy w pierwszym roku choroby, wprawiając mojego męża w osłupienie. Szok był na tyle trwały, że nie mogąc się pogodzić z wyrokiem sądu, od czasu do czasu zacinał się w płatnościach. Wbrew swoim przekonaniom, nie dając sobie rady, wezwałam na pomoc komornika. Dzięki jego staraniom tuż przed świętami na moje konto wpłynęła pokaźna sumka zaległych alimentów. Zamiast zostawić je na czarną godzinę, postawiłam zaszaleć, kupując dla wszystkich prezenty bez żadnych finansowych ograniczeń. We własnym pokoju poczułam przedświąteczną gorączkę, uzgadniając z dziewczyną Jaśka listę prezentów. Kiedy Agniecha zawiesiła na krzywej i chudzieńkiej choince, przyniesionej triumfalnie przez mojego tatę, światełka i perłowe bombki, nagle pojawiło się we mnie dziecięce drżenie magii Bożego Narodzenia.
        Mgliste wspomnienia dawnych choinek, wielometrowych łańcuchów klejonych z kolorowego papieru, białych gwiazdek, składanych z równo przyciętych pasków papieru, zapach świątecznych potraw wracały co roku. Najbardziej namacalnym było wspomnienie ostatniej wigilii, spędzonej z rodzicami w domu, zanim dla wygody i wypoczynku, zaczęliśmy jeździć na wczasy. Dom pachniał czystością i zagłuszającym wszystkie inne zapachem, leżących na segmencie w pokoju rodziców, pomarańczy. To były lata, kiedy cytrusy pojawiały się w domu raz do roku i wypełniały sobą dziecięce marzenia. Skończyłam nakrywać do stołu, rodzice jeszcze krzątali się w kuchni, położyłam się na wersalce i  patrzyłam w lampki na choince. Światełka odbijały się migocząc w balkonowej szybie, za którą iskrzył się biały, puchowy czas magicznej nocy. W radio cichutko dźwięczały kolędy, leżałam wsłuchana w szczęście, które przepełniało moje serce. Do dzisiaj pamiętałam cudny czas oczekiwania na kolację wigilijną, który niespiesznie odliczał minuty. Widziałam we wspomnieniach mamę, zapalającą świece, odmawiającą modlitwę i błogosławiącą dwanaście wigilijnych potraw. Później dzielenie się opłatkiem. Tata co roku życzył mi dobrych stopni w szkole i żebym była grzeczną dziewczynką. Mama sięgała po podniosłe życzenia z duchowej półki. Smak zupy grzybowej, czerwonego barszczu i ostry, trochę korzenny zapach kompotu z suszu, odtwarzałam przez wiele lat już w swoim domu. Chyba z powodzeniem, bo Agniecha uważała, że robiłam najlepszy barszczyk na świecie.
      Rodzinne święta czułam do rozstania się z moim mężem, ja wprowadzałam świąteczną magię, a on pięknie przyjmował moją rozmarzoną duszę. Razem tworzyliśmy cudny czas dla siebie i dzieci, w którym byliśmy ze sobą blisko, wdychając miłość. Później już nigdy więcej nie czułam magii świąt, objawiającej się w szczęściu bycia razem. Wyprawiałam wspaniałe święta, na stole zawsze odliczało się dwanaście potraw, pod choinką leżały coraz droższe prezenty, a ja byłam coraz bardziej samotna.
- Jak to ?- spytałam Jarka, który stanął w drzwiach salonu w płaszczu - Już wychodzisz?
- Przecież na mnie czekają. - odparł - No, mała, nie rób takiej smutnej miny.
- Ale zjadłeś tylko grzybową - stęknęłam.
- Mała - Jarek przytulił mnie do siebie - wiesz, że muszę.
- Wiem, biegaj i szybko wracaj - prosiłam.
Zostawałam sama z dziećmi, rozpakowywaliśmy prezenty, jedliśmy, bawiliśmy się klockami, sklejaliśmy modele samolotów, oglądaliśmy bajki; kładłam je spać i, pijąc kolejny kieliszek wina, czekałam na Jarka. Co roku spędzał wigilię u rodziców, którzy mnie nie akceptowali z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dla mnie zostawił żonę; po drugie, że miałam trójkę dzieci. Przez najgorsze sześć lat mojego prywatnego życia nigdy nie kazałam mu wybierać między nami, a jego rodziną, wierząc, że sam rozwiąże ten problem. Bojąc się rozbić nową, z trudem tworzoną rodzinę, żeby nie zabrać   dzieciom powoli odzyskiwanego poczucia bezpieczeństwa, tkwiłam w związku, który wypalił moją duszę. Jarek dojrzał do przeciwstawienia się rodzicom, kiedy moje serce zamknęło okiennice i drzwi na zawsze. Mimo coraz większej wewnętrznej pustki i zagubienia, wszechobecna we mnie iskierka optymizmu i dziecięcej radości sprawiała, że umiałam tworzyć magię, nawet gdy nie było jej we mnie.
    Dzisiaj moja córka tworzyła świąteczną magię w swoim domu, a ja byłam szczęśliwa, że mogłam być z nią jeszcze w tym czasie.
- Jeżeli będą to moje ostatnie święta, zostanie im cudne rodzinne wspomnienie - pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie, że kolejny raz żegnałam się z życiem.
Pojechaliśmy. Janek wniósł mnie na czwarte piętro starej kamienicy po okrutnie stromych schodach, już od drzwi kręciło się mnóstwo osób. Usadzono mnie w wygodnym fotelu, po kolei poznawałam rodzinę Radka. Był szum rozmów, brzęk talerzy, kolędy w telewizorze, coraz to nowe zapachy, uśmiechy, życzenia, prezenty. Patrzyłam na uśmiechnięte twarze moich dzieci i byłam szczęśliwa. Trochę mnie bolało, gdy patrzyłam jak Juleczka wędruje z rąk do rąk, a ja nie mogłam jej nawet pogłaskać. Pilnowałam się, żeby nie rozkleić się i nie ryknąć płaczem. Również jadłam i piłam powoli i ostrożnie, żeby się nie zakrztusić i nie wywołać paniki. Żegnając się ze wszystkimi, byłam dumna z siebie, że nie zrobiłam obciachu dzieciom i obiecałam Agnieszce, że przyjdę następnego dnia na obiad zaręczynowy.
- Czy mogę prosić o rękę pani córki? - Radek wyraźnie czekał na odpowiedź, kładąc mi na kolanach ogromny bukiet kremowych róż. Spojrzałam na Agniechę, patrzyła na mnie roziskrzonymi oczami i nagle zobaczyłam jak mi ją przyniesiono pierwszy raz do karmienia, jak stawiała nieporadne kroczki, idąc od mojego męża do mnie, pierwszą, poważną chorobę i moje przerażenie, zaśpiewaną piosenkę na Dzień Matki, buziaki na dobranoc, dorastanie, bunt, łzy i ufne oczy, czekające na moją reakcję po słowach - Zostaniesz babcią.
Kiwnęłam twierdząco głową, a Radek buchnął przed Agniechą na kolana, założył jej pierścionek i wręczył bukiet nasączonych czerwienią róż. Wszystko odbywało się jak w klasycznym, angielskim filmowym romansie, może z tą różnicą, że mama narzeczonego trzymała na rękach niemowlaka. Były oklaski, strzeliły korki od szampana, a młodzi słodko się całowali. Po paru godzinach jedzenia, rozmów, uśmiechów, pozowania do zdjęć Agniecha zabrała mnie do drugiego pokoju. Z ogromną czułością karmiła Julkę i zasypywała mnie informacjami, wyciąganymi z przeróżnych szufladek swojej pokręconej główki.
- Ach, mamo - nagle wykrzyknęła, aż dziecko zatrzepotało rączkami - zapomniałam ci powiedzieć, że założyłam twoje konto na Nasza Klasa.
Spojrzałam na nią pytająco.
- To taki portal, na którym mogą cię znaleźć dawni znajomi - wyjaśniała - Oczywiście ty też możesz szukać.
Miałam chyba troszkę niepewne spojrzenie, bo Aga zaśmiała się.
- Zaraz ci pokażę, jak nie będziesz chciała, zawsze można usunąć.
Dosunęła mnie do komputera.
- Widzisz, już sześć osób zaprosiło cię; poznajesz kogoś? - zapytała.
- Pewnie - uśmiechnęłam się do znanych, trochę zapomnianych nazwisk, zwłaszcza do jednego.
- Czy pamiętasz kolonie w Sułowie? - przeczytałam.
Oczywiście, że pamiętałam. Pierwszy raz wyjechałam sama na trzy tygodnie daleko od rodziców. Pierwszy raz byłam autentycznie samodzielna i może dlatego pierwszy raz się zakochałam. Był chudy, wysoki, miał długie, proste włosy i równo nad brwiami przyciętą grzywkę. Trzymaliśmy się za ręce, graliśmy w ping- ponga, oglądaliśmy mistrzostwa świata w piłce nożnej i kochaliśmy się szaleńczo. Krzysiek wyciął na drzewie nasze inicjały, a ja kupiłam zdjęcie jego grupy i przez następne cztery lata na nie zerkałam. Miałam czternaście lat, on był rok starszy.
- Mamo - wyszeptałam przez łzy - mamo, oooooch mamo, zakochałam się.
Mama tuliła mnie na peronie wśród tłumu rozwrzeszczanych, wracających do domu kolonistów.
- Ale tylko w jednym? - poważnie zapytała, choć jej oczy się śmiały.
- Oj, mamo, pewnie, że w jednym - odparłam, wycierając opuchnięte od płaczu oczy.
- O! To jest problem, bo gdyby w dwóch, byłabym spokojna. A dlaczego płaczesz?
- Bo mieszka daleko- chlipałam.
- A, to mi ulżyło, czyli nie muszę się niepokoić.
Patrzyłam na zdjęcie przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny, z krótko obciętymi włosami i szukałam w nim mojego Krzysia. Znalazłam i Agnieszka napisała - Oczywiście, że Cię pamiętam. Byłeś przecież pierwszą moją miłością, to dla Ciebie odrzucałam największych przystojniaków w liceum.
Uśmiechnięta i szczęśliwa wracałam późnym wieczorem do domu z synami. Kolejne dni spędziłam na szykowaniu się do wyjazdu do sanatorium. Święta Bożego Narodzenia znowu minęły błyskawicznie, tym razem pozostawiając miłe ciepełko w sercu. Nowy Rok miałam już spędzić na komfortowym wygnaniu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

... ojciec ...

czwartek, 22 kwietnia 2010 19:51
 

     Ostatnio poprosiłam tatę, żeby załatwił wizytę księdza. Jest taki zwyczaj w kościele katolickim, że ksiądz odwiedza chorych w domu w pierwszy piątek każdego miesiąca. W grudniu miał być u mnie pierwszy raz, dlatego pomyślałam, że będzie dobrze, jeżeli napiszę spowiedź. Wiem, że Bóg tego nie potrzebuje, ale ja bardzo potrzebowałam uporządkować swoje myśli. Musiałam z Nim pogadać od serca, troszkę uzbierało mi się pytań bez odpowiedzi. Za miesiąc, wreszcie po dwóch latach, dokładnie w sylwestra, miałam jechać razem z Gosią do sanatorium. Czułam, że nie tylko ja marzę o wyjeździe. Najbardziej pragnęli wolności bez chorej matki moi synowie, a i pani Kazi marzył się odpoczynek ode mnie. Ja również czułam się tak bardzo wszystkim i wszystkimi zmęczona, że zgodziłabym się na każdą odmianę. Liczyłam na to, że będąc wśród ludzi i mając zapewnioną całodobową opiekę, zejdzie ze mnie całe napięcie, które spinało moje ciało i serce. Wiedziałam, że ten niepokój bierze się z nieumiejętności akceptacji siebie samej i swojego więziennego życia. Co prawda nie mam kibelka w pokoju i nie zamykają mnie na klucz, ale czasem moje dzieci zachowują się jak najbardziej okrutni i wyrafinowani w sprawianiu bólu serca strażnicy. Wszystko stanęło na głowie w naszym życiu.
     Boże, wyrwałeś mnie z mojego życia. Jechałam sobie luksusowym, ekspresowym pociągiem. Siedziałam przy barku na wysokim stołku, eksponując zgrabne nogi, piłam kolejnego drinka. Obrazy za oknem szybko się zmieniały, tak samo ludzie obok. Czułam zawrotną prędkość i to mi w zupełności wystarczało. Wyciągnąłeś mnie bez pytania z pociągu i posadziłeś, wbrew moim protestom, na wózku inwalidzkim. Może uratowałeś mi życie, bo pociąg się wykoleił i nikt nie przeżył. Ale czy ja Ciebie o to prosiłam, Boże?! Zabrałeś mi wszystko i ja mam uwierzyć, że to dla mojego dla dobra. Mam być pokorna, cicha, bo tacy dostaną się do Twojego Królestwa. Muszę Ci, Boże powiedzieć, że jest to bardzo kusząca propozycja, tylko, że ja za cholerę nie mogę nauczyć się bycia pokorną i cichą. Na początku choroby sądziłam, że jesteś genialnym strategiem. Wierzyłam, że wyrwałeś mnie z mojego pędzącego życia, żebym zobaczyła ile pięknych rzeczy mnie  mija, żebym zauważyła piękno, które Ty stworzyłeś; żebym dostrzegła potrzeby moich dzieci; żebym przede wszystkim przypomniała sobie o Tobie i wreszcie Cię odwiedziła. Przyjąłeś mnie ciepło, na tyle ciepło, że nie chciałam od Ciebie odchodzić. Myślałam, że czekasz właśnie na mnie, że mi wszystko wybaczasz, że mnie bardzo kochasz, że już nigdy nie będę się czuła tak przejmująco samotna. Uwierzyłam w "Twój" list przeczytany przypadkiem na czyimś blogu.
" Jak się czujesz? Musiałem do Ciebie napisać ten list, aby Ci powiedzieć jak bardzo troszczę się o Ciebie. Widziałem Cię wczoraj, jak rozmawiałeś ze swymi przyjaciółmi. Czekałem na Ciebie cały dzień, mając nadzieję, że porozmawiasz ze mną. Dałem Ci zachód Słońca, abyś zakończył Twój dzień i chłodny powiew wiatru, abyś mógł odpocząć i czekałem... Nie przyszedłeś. To mnie zraniło, ale nadal Cię kocham, ponieważ jestem Twoim przyjacielem. Widziałem Cię śpiącego zeszłej nocy i chcąc dotknąć Twoich oczu, rozlałem światło księżyca na Twoją twarz, czekając na to, byś po przebudzeniu porozmawiał ze mną. Przygotowałem dla Ciebie tak wiele prezentów. Ty jednak obudziwszy się, nie przemówiłeś do mnie ani słowem i ufny jedynie w swoje siły, rozpocząłeś swój dzień. A ja w błękicie nieba, zieleni traw, w koronach kwiatów, strumieniach górskich, kroplach deszczu słałem do Ciebie wyznanie KOCHAM CIĘ ! Ubrałem Cię w ciepłe promienie słońca i nasyciłem powietrze zapachami natury. Moja Miłość do Ciebie jest głębsza niż ocean i większa od najgłębszej potrzeby Twego serca.
Proszę, porozmawiaj ze mną. Proszę Cię, nie zapominaj o mnie. Chciałbym podzielić się z Tobą tyloma sprawami. Nie będę Ci więcej przeszkadzał. To jest Twoja decyzja.
Wybrałem Ciebie i ciągle czekam, ponieważ jestem Twoim przyjacielem. Kocham Cię. Jezus."/ "Dziurawy kajak"- Jan Grzegorczyk/.
    Uwierzyłam Ci, przyszłam i właściwie przychodzę do Ciebie codziennie, może nie tak jak byś sobie życzył, ale nie zapominam o Tobie. A Ty Boże, wywinąłeś mi taki sam numer, jak mój biologiczny ojciec.
Żyłam sobie 24 lata bez jego obecności obok, nie myślałam prawie o nim, nie był nawet najdrobniejszą cząsteczką powietrza, którym oddychałam przez te wszystkie lata bez niego. Wystarczył jeden krótki list do mojej matki: czy jeszcze się uczę i czy nadal musi płacić na mnie śmiesznie niskie alimenty, żebym zapragnęła go spotkać. Napisałam do niego czy nie interesuje go, jak wyglądam, co robię i kim jestem, tylko, po tylu latach kompletnego milczenia, pyta w liście naskrobanym na kartce, krzywo wyrwanej z zeszytu, o marne pieniądze. Podałam mu nazwę akademika, w którym mieszkałam. Właśnie zaczęła się zimowa sesja, siedziałam w pokoju, obłożona książkami; taśma leniwie przewijała się ze szpuli na szpulę Leonarda Cohena, na poprawę humoru obżerałam się okrutnie ciągnącymi krówkami.
- Kaśka, telefon do ciebie - usłyszałam krzyk na korytarzu, po chwili rozległ się pod moim pokojem, z równoczesnym waleniem w drzwi - Kaśka, ojciec dzwoni!
Pobiegłam do telefonu
- Cześć tato, co się stało, że dzwonisz? Mów szybko, bo jutro mam egzamin i cały czas wkuwam. - wypaplałam, prawie nie biorąc oddechu.
- Katarzyna, tu OJCIEC.
- Wiem, - ledwie wystękałam - ale myślałam, że to mój prawdziwy ojciec.
- W takim wypadku dzwoni ten nieprawdziwy, córeczko - powiedział z wyczuwalnym uśmiechem.
        Umówiliśmy się w hotelu Forum, wówczas najbardziej ekskluzywnym miejscu spotkań. Szłam i zastanawiałam się w jaki sposób rozpoznamy siebie wśród tłumu gości. Nigdy nie widzieliśmy się nawet na zdjęciach, ojciec wiedział tylko, że mam długie, kręcone, rude włosy, a ja, że jest wysokim, szpakowatym facetem. Zdaliśmy się na intuicję, a ona zadziałała jak magnez. Nie wiem jak stanęliśmy przed sobą.
- Mamo, - pomyślałam - nic dziwnego, że straciłaś dla niego głowę. Mój ojciec wyglądał jak marzenie: wysoki, przystojny, ciemne, falujące włosy, lekko przyprószone srebrem na skroniach, zaczesane do góry, szalenie elegancki, w dziwnie niedbały, naturalny sposób. W ręce trzymał ogromny bukiet kwiatów, który mi dał trochę nieporadnie całując mnie w policzek. Poszliśmy do restauracji, delikatnie przytrzymał mnie za łokieć, przepuszczając w drzwiach przed sobą, pomógł usiąść na krześle, poprosił kelnera o wazon na kwiaty, cierpliwie czekał aż przejrzałam wnikliwie menu. Lekko się zdziwił, że jestem jaroszem. Rozmawialiśmy ponad cztery godziny, zadałam mnóstwo niebezpiecznych pytań, na każde odpowiadał, patrząc mi prosto w oczy. Wyszliśmy zakochani w sobie i nie mogliśmy się rozstać. Ojciec przepuścił dwa podmiejskie pociągi,  pojechał ostatnim, a ja stałam na peronie i machałam aż zniknęły światła pociągu. Przez pół roku jeździłam w jeden weekend do moich rodziców, w drugi do ojca. Był wymarzonym ojcem, rozumiał mnie bez zbędnego tłumaczenia, śmialiśmy się z tych samych dowcipów, fascynowały nas te same książki i filmy. Widziałam, że był bardzo dumny ze mnie, z tego co studiuję, jak się wysławiam, zachowuję, a przede wszystkim jak wyglądam. Do tej pory byłam przekonana, że jestem całkowicie podobna do mamy, ale ojciec miał rację, mówiąc, że nie mógłby się mnie wyprzeć. Zaraz potem dodawał, że oczywiście nie ma takiego zamiaru. W maju poznałam Andrzeja, mojego przyszłego, pierwszego męża, w lipcu poznał go ojciec, w sierpniu przywieźliśmy zaproszenie na nasz ślub.  
W Pałacu Ślubów na Starówce, wśród tłumu gości wypatrywałam bezskutecznie ojca. Oprócz mnie jeszcze moi rodzice z napięciem oczekiwali jego pojawienia się na ślubie. Wieczorem po obiedzie, kiedy mój mąż z zapałem wnosił mnie na drugie piętro kamienicy, w której wynajmowaliśmy kawalerkę, zaczepiła nas sąsiadka.
- Spóźniony telegram, na pewno z okazji ślubu.
- Pewnie od mojego ukochanego ojca! - wykrzyknęłam, a widząc zdziwioną minę sąsiadki, która znała mojego tatę, dodałam - Drugiego ojca.
- Jedni mają mało, a moja żona zawsze dostaje od życia więcej, niech pani spojrzy na mnie - wysapał Andrzej, przeciskając się ze mną przez drzwi. W mieszkaniu rzucił mnie na łóżko, a sam poszedł po szampana do kuchni. Kiedy wracał w pląsach do pokoju, spojrzałam na niego szeroko otwartymi, nieruchomymi oczami.
- Co się stało,  maleńka ? - zapytał. Bez  słów podałam mu telegram.
„Kasieńko stop 1 września umarł twój ojciec stop 4 września o 15.00 odbędzie  się pogrzeb na cmentarzu na Ogrodowej w rodzinnym grobowcu stop czekamy stop Teresa"
- O tej samej godzinie co my braliśmy ślub, chowano mojego ojca. Dlaczego o niczym nie wiedziałam? - popatrzyłam na Andrzeja załzawionymi oczami.
- Kochanie, bardzo dobrze, że nie wiedziałaś. Co byś zrobiła?
- Nie wiem, nie wiem, nie wiem, co bym zrobiła - powtarzałam w kółko - Czekałam na niego, miałam nadzieję, że się zjawi, a jego już nie było.
   Tak oto mój ukochany, odnaleziony ojciec, umarł sobie niespodziewanie na zator i odszedł w siną dal. Tak samo Ty Boże, wtedy, gdy zaczęłam Cię kochać, gdy wreszcie upewniłam się, że jestem Twoim dzieckiem, nagle zniknąłeś. Myślałam, że zaraz wrócisz, trochę było mi przykro, bo już się do Ciebie zdążyłam przyzwyczaić. Później poczułam się oszukana i się okropnie wściekłam.
      Przepraszam jednak za wszystkie złe myśli i słowa, które wypowiedziałam do Ciebie i przeciwko Tobie. Przepraszam za wszystkie zaniedbania, za zbyt małą wiarę, za zbyt duże oczekiwania, za mój brak radości, za to, że za mało Ci dziękuję, a za dużo wymagam. Proszę pomóż mi znosić moje życie, bo naprawdę nie mam już siły, gdy moje ciało i moja bezsilność dominuje cały dzień. Nie umiem wtedy nie narzekać i nie wściekać się na moją niepełnosprawność. Kochałam wolność, a teraz jestem jak dżem zamknięty w słoiku i nie czuję żadnej wolności, nawet duchowej. Trudno, Panie, zachować pogodę ducha, kiedy walczę ciągle z moim ciałem.  Jak mogę rozwijać się duchowo, kiedy mój dzień całkowicie zdominowała fizjologia. Nawet zrobienie kupy stanowi problem dla mnie i dla mojego otoczenia. Był i taki dzień, kiedy na kiblu siedziałam osiem godzin. Myślałam, że mi tyłek pęknie. Pani Kazia zostawiła mnie na ubikacji, bo Janek miał wrócić za niespełna godzinę, spóźnił się bagatela siedem godzin. Niestety nie udaje mi się zmusić organizm, żeby się wypróżniał tylko wtedy, gdy są domownicy. A jak mam się modlić, kiedy przez parę godzin walczę o to, żebym nie zrobiła pod siebie. Wolę jednak te problemy niż niekontrolowane, bezwiedne wypróżnianie się. Ale czy za to muszę Ci dziękować? Nie rozumiem Ciebie, Boże, jaki masz cel,  żeby tak cholernie nas doświadczać.
Teraz też, pisząc spowiedź nie mogłam utrzymać głowy, żeby wcelować w literkę. Wiem, że Ty wszystko wiesz i nie potrzebujesz, żebym do Ciebie pisała. Ale ja bardzo potrzebowałam czuć za co ksiądz będzie mi udzielał rozgrzeszenia. Tak bardzo bolała mnie szyja, próbowałam utrzymać prosto głowę i nie dawałam rady. Głowa cały czas opadała, podnosiłam ją z wysiłkiem, wstrzymywałam oddech, żeby nie drgnąć, z wytrzeszczonymi oczami trafiałam w literę i wreszcie pozwałam opaść głowie. Spojrzałam na zegarek, ostatnie zdanie pisałam pół godziny. Rozpłakałam się ze zmęczenia i bezsilności, nawet nie ze złości. Jeżeli w ten sposób trenujesz moją cierpliwość, to gratuluję Ci, Panie. Aż strach pomyśleć jak bym się zachowywała, gdybym miała problemy tej miary, kiedy byłam zdrowa. Tsunami przy mnie byłoby niewinną burzą.
   Zdrowi ludzie, kiedy mają czegoś dosyć zawsze mogą trzasnąć drzwiami i na przykład wyjść na spacer, mogą odreagować, dzwoniąc do przyjaciela, robiąc sobie jedzenie na jakie akurat mają ochotę, mogą wypić dobrego drinka, poczytać książkę czy wziąć gorącą kąpiel. Te proste czynności dają poczucie wolności, a żadnej z nich nie mogę samodzielnie wykonać. Nawet nie mogę powiedzieć tego, co myślę i czuję. Sama słyszę jak bardzo niewyraźnie mówię, jeżeli mnie to denerwuje, to jak musi drażnić innych. Chociaż czasem, patrząc trochę z boku, myślę, że przez niemożliwość wyrzucenia z siebie gwałtownych słów, na które nie raz miałam ochotę, uniknęłam niepotrzebnych scysji.
    Naprawdę jestem bardzo wdzięczna każdemu kto mi pomaga, dziękuję za każdy uśmiech i  życzliwe słowo. Zdaję sobie sprawę, że pomoc osobie niepełnosprawnej nie należy do łatwej, lekkiej i przyjemnej. Czasem jednak przez brak życzliwości, zniecierpliwienie, wrogie spojrzenie, czuję się nikim, jestem kompletnie pozbawiona godności, jakiejkolwiek wartości, tak jakbym budziła u innych wstręt i obrzydzenie.
   Ale są dni kiedy odbijam się od dna beznadziei i szybuję w przestrzeni marzeń, namalowanych Twoją ręką, Boże. Wtedy wszystko wydaje się możliwe, mam wielkie plany założenia ośrodka pomocy dla osób przewlekle chorych oraz mniejsze, przytulenia mojej nowonarodzonej wnusi, spacer po plaży o wschodzie słońca, kąpiel w wannie pełnej piany, wypicie bez krztuszenia się gorącego, aromatycznego kakao.
       Ksiądz przyszedł wcześniej przed opiekunką. Drzwi do mieszkania jak zwykle były otwarte, wszedł bez pukania, zajrzał do mojego pokoju, bo jest najbliżej drzwi wejściowych i stanął nad moim łóżkiem.
- Pani Kasiu, słyszy mnie pani ? - zawiesił głos jakby czekał na odpowiedz. - Jestem księdzem, chyba ojciec pani był u mnie, prosił, żebym przychodził tutaj - nadal mówił do moich pleców, a ja próbowałam dać jakieś oznaki życia. Wiedziałam, że mnie nie zrozumie, ale chciałam, żeby zaczekał na panią Kazię. Dziwnymi dźwiękami, które wydobywałam z siebie, leżąc na boku twarzą do ściany, próbowałam zachęcić księdza do zostania.
- Pani Kasiu, co mam zrobić? - w jego głosie brzmiała bezradność - Może przyjdę za miesiąc. Nie ma nikogo, tata pani powiedział, że będzie opiekunka.
- Zaraz będzie - wymamrotałam - Kaziu kochana, proszę przychodź szybko - telepatycznie w myślach wołałam. Zadzwonił domofon.
- Odbiorę - powiedział. Zaszeleściła sutanna - Kto tam ? - zapytał. Usłyszałam na schodach kroki pani Kazi, po chwili otworzyła drzwi.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus
- Na wieki wieków - odpowiedziała trochę przestraszonym i równocześnie zdziwionym głosem.
- Pani jest opiekunką chorej?
- Tak.
- Wszedłem do klatki, bo akurat ktoś wychodził, drzwi do mieszkania były otwarte - tłumaczył, kiedy pani Kazia zdejmowała buty i kurtkę.
- Zaraz posadzę chorą. Kasieńko! - zwróciła się do mnie - Mogę Cię posadzić?
Gdy już siedziałam na łóżku wskazałam wydrukowaną kartkę, na której napisałam moją spowiedź. Oboje spojrzeli na mnie zdziwieni.
- No, to mnie pani zaskoczyła - powiedział powoli - Tego się nie spodziewałem - dodał, czytając. Później udzielił mi rozgrzeszenia i przyjęłam komunię. Kiedy ksiądz wyszedł, popatrzyłyśmy na siebie i wybuchłyśmy śmiechem.
- Nieźle byłaś zaskoczona, widziałam to w twoich oczach.
- Jak usłyszałam obcy głos w domofonie, to mnie zmroziło, a kiedy zobaczyłam księdza, omal nie zemdlałam.
- Przecież wiedziałaś, że przyjdzie.
- Ale zapomniałam. Pierwsza myśl,. . .  no z czym kojarzy ci się ksiądz w domu chorego ?
- Mnie z ostatnią posługą.  
- Nie chciałam tego głośno powiedzieć, ale mnie też.
- No, ładnie, już mnie uśmierciłaś! - wykrzyknęłam, zanosząc się śmiechem.
Cały dzień miałyśmy doskonały humor. Pani Kazia, wychodząc do domu, obawiała się, że wybuchnie śmiechem w autobusie. Doradziłam jej, aby wtedy pomyślała, że to prawda. Ofuknęła mnie za mój czarny humor i wyszła.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

... nowe życia ...

środa, 14 kwietnia 2010 20:49
 

    Od kiedy Agniecha prawie dziewięć miesięcy temu powiedziała mi, że jest w ciąży, pomyślałam, że moje dziecko zaczęło szybko dorastać, może trochę za szybko. Po dwóch miesiącach moja córcia razem ze swoim chłopakiem Radkiem i jego przyjacielem Pawłem spakowali wszystkie ubrania, książki i ulubione drobiazgi Agi. I tak jedno dziecko wyfrunęło do innego domu, a ja zostałam troszkę osamotniona, pozbawiona największej domowej gaduły. 
       Ostatnio coraz częściej myślałam o Agnieszce. Szlag mnie trafiał, że nie mogłam być obok niej. Do czasu jej ciąży moja choroba męczyła mnie psychicznie, ale bardziej ze względu na mnie samą.  Teraz było zupełnie inaczej;  nie mogłam się uporać z tym, że nie było mnie przy niej, kiedy tak bardzo potrzebowała mojego wsparcia.  Serce mi  pękało, gdy słuchałam opowieści o szpitalu,  lekarzach i o tym jak ją obcesowo traktowali. Gdybym była zdrowa, to bym wydrapała oczy wszystkim lekarzom, którzy w obronie swojego godnego życia, strajkując narażali życie innych osób. Czułam się całkowicie bezsilna i kompletnie bezużyteczna.  Jeszcze gorzej bywało, kiedy myślałam o porodzie i dzidziusiu, i że nie będę mogła  w niczym pomóc. Nie będzie mnie w szpitalu, kiedy będzie rodziła,  nie będzie mnie, kiedy pierwszy raz będzie kąpała maleństwo, nie będę mogła ani trochę im  pomóc i czasem odciążyć. Nawet nie mogłam samodzielnie zadzwonić do mojego dziecka,  żeby dowiedzieć się jakie ma samopoczucie, musiałam korzystać z pomocy opiekunki.  
      Nie umiałam dawniej stworzyć normalnego domu. Myślałam chociaż, że uda się, żebym była cudowną babcią. Dlatego coraz bardziej nie znosiłam choroby, że nie pozwalała mi opiekować się moim dzieckiem. Wszyscy byli przy niej, tylko nie ja. Czułam jak pomału oddalamy się od siebie. Na badania jeździła z przyszłą teściową, woził ją przyjaciel Radka, rozmawiała ze wszystkimi, radziła się wszystkich. Chciałam jej tyle powiedzieć, tyle przekazać, tyle doradzić. Wpadała do mnie od czasu do czasu, próbowałam jej przekazać swoje doświadczenia trzykrotnej mamy. Tak mało mogłam i było mi z tym bardzo ciężko. Im bliżej porodu, tym większy miałam żal do siebie, życia, Boga, że siedziałam nieruchomo, zamiast na każdym kroku wspomagać córcię.  
- Kaziu? - powiedziałam do opiekunki, kiedy przyszła do mnie rano - Błagam Cię, żebyś zadzwoniła do Agi. Mam przeczucie, że albo urodziła, albo będzie niebawem rodzić.
- O rety, może tak być. Już dzwonię. Nie ma nikogo - powiedziała po chwili.
- Zadzwoń do Agniechy na komórkę.
- Włącza się poczta głosowa.
- Agniecha na pewno rodzi. Co ja mam robić ?  
- Czekaj. Na pewno cię powiadomią.
- Łatwo mówić : „czekaj". Zaraz zwariuję, jeżeli się nie dowiem. Kaziu, proszę, zadzwoń jeszcze raz
       Wreszcie zadzwonił Radek, wyszedł na chwilę z sali porodowej, żeby głębiej odetchnąć i trochę się uspokoić. Powiedział, że pierwsze skurcze pojawiły się około pierwszej w nocy, ale Agnieszka czekała na pewny znak - odejście wód płodowych. Około szóstej zauważyła krew, zrobiła taki alarm, że Radek roztrzęsionymi rękami wystukiwał numer teletaxi i prawie zapomniał o przygotowanych wcześniej dokumentach i rzeczach. Szpital był jeszcze zamknięty, czas od momentu, gdy zadzwonili, do chwili otwarcia drzwi, dłużył się okropnie. Agnieszka drżała, nie wiedziała czy z zimna, czy ze zdenerwowania. Badanie wykazało, że dziecko zaczęło swoją drogę do nowego życia. Położna stwierdziła regularne skurcze.
- Jeszcze trochę pani poczeka, zanim urodzi - powiedziała - Pan rodzi z żoną? - zwróciła się do Radka.
Wokół panowała cisza, lekarz smacznie spał, co jakiś czas przychodziła do nich siostra położna, żeby sprawdzić rozwarcie. Szło bardzo powoli, dlatego, żeby przyspieszyć poród siostra podłączyła kroplówkę. Radek był cały czas przy Agnieszce, wychodził tylko na chwilę, żeby zadzwonić do czekającej na wiadomości rodziny.
Trzymał ją za rękę, rozmawiał z nią; kiedy bolał kręgosłup - masował, kiedy miała suche usta - dawał łyk wody.  Była szczęśliwa, że jest przy niej osoba, która ją kocha i którą ona kocha. Ból stawał się coraz silniejszy, skurcze pojawiały się coraz częściej. Może ze zmęczenia, a może trochę z rozczulenia nad sobą, zaczęła płakać, a później, już nie panując nad reakcjami, zaczęła głośno krzyczeć.  
- Dlaczego pani płacze? - raczej retorycznie zapytała położna  - Niech pan pomoże żonie oddychać ! - rozkazała.
Radek robił sił się coraz bardziej przerażony, dlatego, żeby nie dać ponieść się emocjom, skoncentrował się na wspólnym oddychaniu.
Agniecha coraz częściej dostawała skurcze, nagle wszystko nabrało tempa, pojawił się lekarz i położna.
- Przyj! - rozkazał lekarz i nagle maraton zmienił się w sprint. Jedynym celem stało się jak najszybsze dotarcie do mety.
- Masz córkę - usłyszała.
Siostra położyła Agnieszce maleństwo na brzuchu, później umyła je, zawinęła w kocyk i położyła na łóżku obok niej. Razem pojechały na salę poporodową. Radek ucałował obie, pożegnał się z nimi i całkowicie wykończony pojechał do domu, żeby odespać pełną emocji noc.
       Następnego dnia świeżo upieczony tatuś i dziadek przyjechali po mnie, żebym zobaczyła wnusię. Jechałam do szpitala szczęśliwa, że choć na chwilę będę w centrum normalnego, radosnego, pulsującego życia, zanim znowu odstawią mnie na jego bocznicę. Miałam mokre oczy, kiedy zobaczyłam moją małą córeczkę, przy której na łóżku leżała jej córeczka. Obie wyglądały przepięknie. Aga miała w oczach słońce i niespotykany u niej spokój, cała jaśniała, a ja pomyślałam, że właśnie na tym polega cud narodzin i macierzyństwa.
- Mamo, na sali - mówiła, uśmiechając się Agnieszka - mamy sam babiniec, wszystkie trzy urodziłyśmy córeczki. Po przywiezieniu na salę, pielęgniarka ubrała maluchy w ubranka, które przywieźliśmy ze sobą z domu i położyła do plastikowych łóżeczek. Każda z nas od razu zabrała dziecko do siebie na łóżko. Leżałam i wpatrywałam się w moją córeczkę bez końca. Zabrali nam dzieci jedynie na pierwszą noc, żebyśmy mogły się wyspać, później zabierali małą tylko na szczepienia. Cały czas mam Julkę przy sobie. Powiedz, mamo, czy nie jest śliczna?
       Wyszliśmy od Agi, a już z windy wysiadali nowi goście, którzy tłumnie obie odwiedzali. Po upływie trzeciej doby od porodu, obydwie zdrowiutkie dostały wypis i pojechały do domu.
Wracając ze szpitala, z czułością myślałam o obu dziewczynach i uświadomiłam sobie, że właśnie zostałam babcią Julki.
17 listopada 2007 o godzinie 13.10 Agnieszka i Radek urodzili wspólnie swoje pierwsze dziecko, a przecież nie tak dawno, jakieś ulotne dwadzieścia dwa lata temu, 12 lutego 1986 r. o godzinie 16.20 urodziłam swoje pierwsze dziecko, córeczkę Agnieszkę. W tym czasie mój mąż, bez możliwości widzenia mnie, wydeptywał ścieżki na spacerniaku szpitalnych korytarzy. Do szpitala przyjechaliśmy wieczorem okropnie zdenerwowani, że za chwilę będę rodziła. Siostra zabrała mnie na badania i okazało się, że to fałszywy alarm. Lekarz zadecydował jednak, żebym została, bo akcja porodowa może się zacząć w każdej chwili. Zatrzasnęły się drzwi, bez słowa pożegnania z mężem, podreptałam w szpitalnej koszuli z reklamówką pod pachą za siostrą długim, białym korytarzem. Był ostatni dzień karnawału i dziewczyny na sali robiły imprezę. Wszystkie były w "blokach startowych", robiły zakłady, która pierwsza zacznie rodzić. Około pierwszej w nocy zabrali dziewczynę spod okna. Westchnęłam ciężko i delikatnie pogładziłam brzuch.     - Następne będziemy my, córeńko - pomyślałam. Próbowałam usnąć, ale zaczął się pojawiać coraz silniejszy ból brzucha. O godzinie trzeciej położna stwierdziła regularne skurcze.
- Jeszcze trochę poczekasz, zanim urodzisz - powiedziała.
Wokół panowała cisza, lekarz smacznie spał, co jakiś czas przychodziła do mnie położna, żeby sprawdzić rozwarcie. Szło bardzo powoli dlatego, żeby przyspieszyć poród, siostra kazała mi chodzić. Krążyłam już parę godzin, a nawet pies z kulawą łapą nie zabłąkał się w korytarzach szpitala. Czułam się opuszczoną i najbardziej samotną osobą na świecie.  Do dziś pamiętam białe kafelki na ścianach i mrugające na korytarzu jarzeniówki. Około dziewiątej rano położna ze względu na obchód, kazała mi wracać do łóżka. Nagle zaroiło się od lekarzy i studentów, i z ulgą zobaczyłam doktora, prowadzącego moją ciążę. Miałam z nim uzgodnione, że jeżeli zaistnieją sprzyjające warunki, będę mogła rodzić z mężem.
Bardzo się kochaliśmy, przez całe dziewięć miesięcy byliśmy ze sobą bardzo blisko. Lech ogromnie przeżywał, że będzie ojcem, dbał o to, co jadłam, trzymał mi głowę, gdy wymiotowałam, dotykał brzucha zawsze, kiedy dziecko się ruszało. Oboje nie mogliśmy sobie wyobrazić, że w tej najważniejszej chwili, kiedy będzie się rodziło nasze dziecko, nie będziemy razem. Uważałam za szalenie niesprawiedliwe, że wokół będą sami obcy ludzie, a nie będzie osoby najbliższej. Chciałam, żeby trzymał mnie za rękę; rozmawiał ze mną; kiedy będzie mnie bolał kręgosłup - żeby mi go masował; kiedy będę miała suche usta - żeby je zwilżał. Byłabym szczęśliwa, że jest przy mnie osoba, która mnie kocha i którą ja kocham.
     Były to lata, kiedy zaczynały działać szkoły rodzenia i eksperymentalnie odbywały się wspólne porody. Szlak, tak modnemu dzisiaj hasłu - rodzić po  ludzku, przecierał doktor Fijałkowski ze szpitala im Madurowicza w Łodzi. My mieszkaliśmy w Warszawie, udało nam się jednak przekonać lekarza na wspólny poród. Ponieważ nie było warunków na intymność, wszystko było uzależnione od zaistniałej sytuacji. Do końca mieliśmy nadzieję, że będziemy razem rodzic, jednak na sali porodowej równocześnie rodziłyśmy trzy i dlatego nie wpuszczono męża.
      Leżałam na łóżku, podłączona do aparatury i słuchałam bicia serca dziecka. Coraz częściej dostawałam skurcze, nagle wszystko nabrało tempa, pojawił się lekarz i położna.
- Przyj! - rozkazał lekarz i nagle maraton zmienił się w sprint. Jedynym celem stało się jak najszybsze dotarcie do mety.
- Masz córkę - usłyszałam.
To było wszystko. Tyle miesięcy oczekiwania, tyle godzin bólu  . . .  i to wszystko!
Zabrali mnie na salę poporodową, minął wieczór, noc, minął poranek, a ja nie widziałam swojego dziecka. Inne kobiety dostały maluchy do karmienia, nikt mi nie powiedział, dlaczego nie przywieziono mojej córeczki. Dopiero na obchodzie lekarz poinformował, że dziecko ma niedrożny kanalik łzowy i nie będzie przywożone do karmienia. Leżałam na łóżku i patrzyłam w sufit, kiedy inne, świeżo upieczone mamy, karmiąc tuliły w objęciach niemowlęta i nie mogłam opanować płaczu. Błagałam siostrę, żeby zabrała mnie do dziecka, żebym mogła je chociaż zobaczyć, ale ówczesne przepisy i wymogi higieny nie zezwalały matce pójść do własnego dziecka. Dlatego, kiedy wieczorem przywieziono Agnieszkę, nie mogłam się na nią napatrzeć, tym razem płakałam ze szczęścia. Bardzo cierpiałam zawsze, kiedy zabierali noworodki po karmieniu. Stukot blaszanych wózków na korytarzu zwiastował zabieranie dzieci, gwałtownie próbowałam obudzić córeczkę, żeby zdążyła zjeść. Za każdym razem powtarzał się ten sam problem: dziecko spało tak mocno, że nie mogłam go dobudzić i wbrew moim protestom, jeszcze nie nakarmioną, siłą wydzierano mi z objęć.
    Kontakt z mężem i rodziną miałam jedynie za pomocą liścików, które w dwie strony nosiła, wspomagana bilonem, salowa oraz dzwoniąc z żarłocznego, połykającego monety telefonu na korytarzu. Bardzo chciałam wyżalić się mojej mamie, że nie przywieziono mi dziecka na karmienie. Podreptałam długim korytarzem do automatu, wrzucając uparcie kolejną monetę, wierzyłam, że uda mi się połączyć. Nagle wszystko zrobiło się nieostre, dźwięki zaczęły odpływać, zrobiło mi się bardzo zimno.
- Jak można być tak głupią, żeby parę godzin po porodzie łazić tak daleko! - grzmiała jakaś siostra, a ja próbowałam pozbierać myśli - Gdyby wszystkie pacjentki tak się zachowywały, to byśmy dopiero miały urwanie głowy!  
   Następnego dnia dostałam liścik, w którym Lech napisał, że cała rodzina przyszła mnie odwiedzić. Niewiele myśląc, pognałam po schodach na parter i wpadłam prosto w objęcia mojego męża. Już mama, babcia biegły do mnie, kiedy znad ramienia mojego męża zobaczyłam wbite w nas, wyraźnie złe oczy siostry, która wczoraj na mnie krzyczała.
- Ludzie! Nie wytrzymam! - wrzasnęła, a ja odskoczyłam od Lecha jak nakryta przez rodziców małolata - Kto ci pozwolił tu zejść!
- Nikt - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Oczywiście, że nikt, bo nikt by nie wydał takiej zgody!
- Niech siostra się uspokoi - próbowała załagodzić moja mama - Córka tylko na chwilkę zeszła do nas. Zaraz wróci na salę.
- Nie zaraz, a natychmiast! Same problemy z pana żoną - zmierzyła mojego męża od butów po bujną czuprynę - Wczoraj zachciało się dziewczynce dzwonić do mamusi i musieliśmy zbierać ją z podłogi; później płakała, gdy się dowiedziała, że nie dostanie dziecka do karmienia i próbowała na nas wymusić, żeby ją zabrać na blok noworodków, bo musi zobaczyć córkę. Po co? Całe życie będzie na nią patrzyła. Teraz chyba chce zabić siebie i dziecko, zbierając zewsząd zarazki!
- Zmykam, żeby nie było większej afery, już i tak wszyscy na nas patrzą. Stańcie pod oknem, zaraz przywiozą maluchy do karmienia, to wam pokażę brzdąca przez szybę.
Wzięłam becik z córeczką i stanęłam w oknie. Na migi porozumiewaliśmy się ze sobą, mąż podskakiwał z radości, gdy z drugiego piętra przez szybę pokazywałam maleńką buźkę córeczki. Po upływie trzeciej doby od porodu, wreszcie w trójkę jechaliśmy do domu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

... nie pozwalaj na to Boże ...

piątek, 09 kwietnia 2010 22:56
 

    Może dlatego, że zniknęły słoneczne dni, a chłodne wieczory zastąpiły rozgrzane popołudnia, nagle przyszedł czas zmęczenia. Dręczyło mnie wszystko: nieprzespane noce zdrętwiałe w obolałym ciele, niechciane poranki, długie dni z monotonnymi, ciągle tymi samymi czynnościami, ludzie i ci życzliwi, i ci nieżyczliwi.
Leżałam na łóżku, wiercąc się na ile pozwalało moje nieruchome ciało i czekałam niecierpliwie na przyjście opiekunki. Nie chciałam wołać Janka, którego już budziłam w nocy, kiedy niefortunnie przekręciłam się na brzuch i nie mogłam oddychać. Myśl o przyjściu opiekunki z jednej strony dawała gwarancję na zmianę pozycji, z drugiej budziła niechęć do rozpoczynającego się dnia. Wiedziałam, że cały dzień będzie na NIE. Kiedy przychodziły takie dni, to co normalnie przełykałam, teraz stawało mi ością w gardle. Wszystko bolało bardziej, drażniło mocniej, irytowało silniej, przeszkadzało więcej. Chyba pani Kazia miała podobny nastrój, bo przyszła do mnie jak burza gradowa. Już fakt, że Michał otworzył dopiero za drugim dzwonkiem domofonu wyprowadził ją z równowagi. Słyszałam jak zaklęła pod nosem, zanosząc do kuchni kubek, w którym piłam jogurt. Trzaskając drzwiczkami szafek, czajnikiem, naczyniami, sztućcami, szykowała mi kawę. Przyniosła ją do pokoju, postawiła na komodzie i zamiast zająć się mną zaczęła odsłaniać rolety oraz przekładać jakieś papierzyska. Z taką samą siłą równocześnie marzyłam o zmianie ułożenia jak o tym, żebym nie musiała się budzić i zaczynać kolejnego koszmarnego dnia. Jeszcze nie wstałam, a już byłam tak bardzo zmęczona. Nie chciałam dotyku pani Kazi, całkowicie pozbawiony delikatności, niósł zawsze tyle zimna, szorstkości, bólu.
- Zły dotyk - pomyślałam, przypominając sobie sztywne palce, które wbijała mi w ciało nawet przy zakładaniu skarpetek, myciu twarzy płatkiem kosmetycznym czy szarpaniu włosów, nazywanym czesaniem. Nie chciałam wejść w rzeczywistość kurczowo trzymając się marzeń, w których byłam całkowicie samodzielna. Moja opiekunka miała chyba bardzo podobne odczucia, bo krążyła wokół mnie, nie mogąc się zdecydować, żeby mnie podnieść z łóżka. Może tak samo nie chciała mnie dotykać, jak ja nie chciałam poczuć jej dotyku.
Ściągnęła ze mnie kołdrę i jak szmacianą lalkę posadziła na wózku. Nie uśmiechałam się jak co dzień, a pani Kazia była termometrem mierzącym temperaturę moich emocji. Im bardziej byłam obolała, zmęczona lub po prostu dawałam sobie prawo do okazania negatywnych emocji, moja opiekunka dostrajała się do mnie. Cały świat wokół mnie wchodził na te same wibracje i wyśpiewywał minorową piosenkę. Wiedziałam, że scysja z panią Kazią jest nieunikniona. Zawsze drażniło mnie kiedy przy karmieniu siadała za blisko i wzdychając raz za razem, wydmuchiwała mi prosto w twarz powietrze. Dzięki temu doskonale czułam co jadła każdego dnia na śniadanie. Tego ponurego poranka wydawało mi się, że weszła w moją przestrzeń i zabiera mi możliwość oddychania. Codziennie wykonywała te same czynności i codziennie zadawała te same pytania, a ja codziennie na nie tak samo odpowiadałam. Kiedy wypiłam znowu za chłodną kawę i zjadłam śniadanie, w którym wypatrzyłam włos, pani Kazia była wściekła, a ja odkryłam w sobie instynkt sadystycznego zabójcy.
- Jedziemy do łazienki ? - zapytała i wyraźnie czekała na odpowiedź.
- Prawie dwa lata dzień w dzień powtarza się ten sam rytuał - pomyślałam i zamiast odpowiedzieć, ponuro spojrzałam na opiekunkę.
- No, nie wiem co mam robić, skoro nic nie mówisz - pani Kazia była wyraźnie zirytowana.
- Przecież zawsze jedziemy - burknęłam.
- Mogę się w ogóle nie odzywać - odpowiedziała z miną obrażonej księżniczki.
- Tak byłoby najlepiej - pomyślałam i ciężko westchnęłam.
     Powietrze zagęszczało się od naszych negatywnych myśli. Patrzyłam na panią Kazię, którą chyba lubiłam i czułam do niej autentyczną niechęć. Zauważyłam, że znowu zapomniała wziąć ze sobą ręczników, ale się nie odezwałam. Poprzedniego dnia, kiedy zwróciłam na to uwagę, fuknęła na mnie, że nie jest małym dzieckiem, żebym jej przypominała. Teraz gdy się zorientowała, że ich nie zabrała, miała pretensję, że się nie odezwałam. Uśmiechnęłam się z satysfakcją, patrząc jej bezczelnie prosto w oczy, co sprawiło, że pani Kazia zaskwierczała ze złości jak frytka na rozgrzanym oleju. Między nami temperatura galopująco rosła i siedząc sama w toalecie, zastanawiałam się, kiedy rozsadzi termometr. Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli nie zapanuję nad emocjami i pozwolę wylać się frustracji, spowodowanej ciągłą zależnością od zupełnie obcych osób, to bardzo szybko sprawię, że opiekunka zatrzaśnie za sobą drzwi na zawsze. Przypominały mi się wszystkie kąśliwe uwagi jakie wypowiadała o mnie i moim domu, traktowanie mnie i moich ograniczonych, skurczonych do minimum potrzeb jako ciężaru ponad jej siły. Ciągłe obrażanie się z byle powodu, grożenie odejściem, wypominanie, że bez niej umarłabym z brudu, głodu i pragnienia wracało w moich myślach jak bumerang. Próbowałam się skoncentrować na dobrych dniach, których było zdecydowanie więcej i wtedy pani Kazia, jak zwykle bez zapytania czy może, weszła do ubikacji. Ze złości na nie szanowanie i gwałcenie mojej intymności rozpłakałam się.
- O co chodzi tym razem ? - zapytała, patrząc na mnie jak na najgorszego wroga.
- Tyle razy prosiłam, żebyś nie wchodziła dopóki nie zawołam - wyjaśniłam, odwdzięczając się równie nienawistnym spojrzeniem.
- Przecież nie uroczę cię - prychnęła.
- Kaziu, nie o to chodzi - jęknęłam - Czy ty byś chciała, żeby ktoś właził, kiedy się załatwiasz?
- Przesadzasz - odparła i  wyszła z wysoko uniesioną głową.
     Zastanawiałam się kiedy do mnie wróci; czas mijał, a pani Kazia milcząc siedziała u mnie w pokoju. Czułam, że rozgrywała się między nami próba sił - kto kogo przetrzyma, kto się pierwszy odezwie. Gdzieś we mnie szeptało złośliwe licho:  
- Nie odzywaj się, będzie musiała do ciebie przyjść, nie dawaj za wygraną, pokaż jej, że masz jeszcze siłę.
Słuchałam swoich myśli i robiłam się coraz bardziej zacięta. Gdzieś w umyśle albo w sercu odzywał się głos rozsądku, który próbował się przebić przez zasieki zapiekłej złości. Byłam zaskoczona sobą i swoimi zdecydowanie prymitywnymi reakcjami, ale najwyraźniej gdzieś w mojej psychice została przekroczona cienka, czerwona linia odporności na przedmiotowe traktowanie.
- To nie jest ważne, że nigdzie nie wychodzę, że na okrągło jestem ubierana w te same ciuchy, czesana tak samo każdego dnia, że teraz za mną nie obejrzy się żaden facet, bo nadal byłam kobietą - myślałam, a deska coraz mocniej uwierała mnie w pupę. - Dlaczego moje odczucia nie są dla nikogo ważne, dlaczego gwałci się moją intymność, przekonując mnie, że jest zbędnym kaprysem kalekiej osoby. Najbardziej ułomne ciało okrywa jedynie duszę, czasem bardzo piękną duszę. Normalni ludzie wytyczają zasady nienormalnego postrzegania życia. Dla nich jestem psującym się jabłkiem, które należy wyrzucić z patery pełnej dorodnych, pięknych owoców - podsumowałam rozważania i zawołałam panią Kazię. We mnie jakby napięcie lekko zelżało, ale atmosfera nadal była ciężka. Opiekunka sadzała mnie na wózku i akurat zadzwonił telefon. Dzwoniła Aga, że jest przeziębiona i nie przyjedzie do mnie. Siedziałam bardzo byle jak i nie mogłam się wyprostować. Pani Kazia zaczęła opowiadać, co mówiła Agniecha.
- Kaziu, popchnij mnie do góry - przerwałam jej.
- Co? - zerknęła na mnie i relacjonowała dalej.
- Podnieś mi głowę do góry - powtórzyłam.
- Mam przestać mówić ? -  bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Nie mogę się podnieść - prawie wrzasnęłam - Pomóż mi!
- Nie krzycz na mnie, bo sobie nie życzę - odpowiedziała chłodno.
- Nie krzyczę na ciebie, tylko do ciebie, żebyś mi wreszcie pomogła - darłam się w myślach i próbowałam językiem mojego nieruchomego ciała wskazać problem.
- Podnieś się i powiedz wyraźnie o co ci chodzi.
- Właśnie nie mogę się podnieść - starałam się powiedzieć w miarę wyraźnie.
Nie zrozumiała mnie, nic dziwnego, bo głowę miałam zwieszoną i cała byłam zgięta w pałąk. Powtórzyłam kilka razy, nadal mnie nie rozumiała, sama siebie słyszałam, że mówię niewyraźnie. Myślałam, że się domyśli, widziała przecież jak siedzę i powtarzałam coraz głośniej, coraz bardziej zdenerwowanym głosem.
- Nie rozumiem: ble ble ble, nie mogę: ble ble ble. Czego nie możesz? - moja opiekunka zaczęła mnie przedrzeźniać, pytając, czy gdyby ona tak mówiła, to czy bym ją rozumiała.
- Zachowujesz się tragicznie, ja w takich warunkach nie mogę przecież pracować ! - wykrzyczała, a ja w tym czasie spróbowałam sama, na siłę odgiąć się do tylu. Udało się, ale zsunęłam się z wózka.
- Jesteś bezczelnie złośliwa - wysyczała - Zrobiłaś to specjalnie, żebym musiała cię poprawić i się z tobą szarpać - podsumowała.
       Przychodziła do mnie codziennie prawie dwa lata i w ogóle mnie nie znała, skoro podejrzewała, że mogłabym zniżyć się do takich prymitywnych chwytów. Coraz częściej ostatnio myślałam , że pani Kazia po prostu mnie i tej pracy nie lubiła, a była dlatego, że potrzebowała trochę dorobić. Wyszła, nie mówiąc nawet do widzenia, zatrzasnęła za sobą drzwi, zostawiając mnie na wózku, posadzoną byle jak, zesztywniałą i zestresowaną. Miałam żal do niej, do siebie za swoją niemoc, każda kolejna myśl potęgowała poczucie bezsilności, bezradności aż do odczucia całkowitego załamania. Malowałam czarne scenariusze, widząc się oczami wyobraźni przykutą do łóżka, podłączoną do respiratora, z odleżynami na ciele, zdaną na łaskę zupełnie obcych ludzi. Jak na taśmie filmowej przewijały się wszystkie scysje z opiekunkami, przepisy polskiego prawa i twarze tępych urzędników, bezdusznie je egzekwujących, komentarze i odzywki moich dzieci, oziębłość taty i ciągłe nakłanianie mnie przez wszystkich do zsyłki do hospicjum. Łzy leciały mi ciurkiem, zasmarkałam się cała, rozbolała mnie głowa i brzuch; czułam, że każda komórka mojego ciała jest obolała i nieszczęśliwa. Rozżalenie nad sobą rosło w umyśle, sercu i duszy; myślałam, że mnie rozsadzi albo udusi. Cała frustracja, złość i potworny żal eksplodował w wykrzyczanym monologu do Boga. Oskarżyłam Go chyba o każde nieszczęście jakie wydarzyło się na Ziemi, że na nie pozwalał. Zrobiłam szybki rachunek sumienia, stwierdzając, że mimo popełnionych błędów nie byłam i nie jestem taka zła, żebym zasłużyła na taki los i traktowanie.
- Jeżeli mówisz, że mnie kochasz, to dlaczego zezwalasz na tak wielki ból, nawet już nie ciała, ale serca, duszy czy co tam mam w środku? Każesz mieć wiarę, nadzieję, miłość. Mam wiarę w Ciebie, Boże! W to, że wiesz, co jest dla mnie najlepsze i prowadzisz do siebie. Słyszę, jak mówisz, że życie na Ziemi jest krótką drogą doświadczeń, próby i hartowania. Oczekujesz, że będę silna, dzielna i że Cię nie zawiodę. A Ty?! Czy Ty nie zawodzisz?! Mówisz o nadziei. Też ją mam, głupią nadzieję, którą mnie napełniłeś, że mnie kochasz, że się o mnie troszczysz i że zawsze jesteś przy mnie. Ale ja Cię nie czuję! Gdzie się podziewasz, gdy Ciebie potrzebuję, gdy wołam i błagam o pomoc? Wszyscy rodzice biegną, słysząc płacz swojego dziecka, biorą je w ramiona, tulą, ocierają łzy, pocieszają. Gdzie Twoja miłość, kiedy łkam sama i samotna, gdy nie ma Cię obok i  nie czuję, nie widzę żadnej pomocy? Czekam, że dotkniesz mojej głowy, że odczuję jakimś zmysłem Twoją boską obecność. Cisza, kompletna pustka wokół i we mnie. Nie chcę takiego życia! Skoro mi je dałeś, to teraz - do cholery!- mi je zabierz! Jestem taka zmęczona. Tak bardzo wyczerpana. Nie chcę żyć! Słyszysz mnie?! Nie chcę i nie daję już rady. A nawet przez Ciebie nie mogę się zabić! Nawet tego zabraniasz. Nienawidzę Cię!
       Po tych słowach zamarłam. Nagle nie było we mnie żadnej myśli, ani złej, ani dobrej. Wiedziałam, że nie miałam racji, ale potrzebowałam tego wewnętrznego krzyku. Czułam się tak, jakby we mnie eksplodował wulkan, wypluwając złość, strach, niemoc, bezsilność, żal. Gdy nastała cisza, zobaczyłam same zgliszcza, zniszczyłam siebie i wszystko wokół mnie.
- Tatusiu, przepraszam - wyszeptałam - Ty wiesz, że tak nie myślę. Nie daję jednak rady. Wiem, zawsze mi pomagasz, zawsze kogoś przysyłasz do pomocy; dajesz nadzieję i wiarę wbrew całemu ciężarowi, który mnie przygniata. Proszę Cię, zabierz mnie do siebie, nie chcę już więcej walczyć. Boli świat, który jest dookoła; wcale nie jest piękny, nie widzę w nim Ciebie. Marzę o słońcu, o ciszy brzmiącej najpiękniejszą muzyką, o lekkości ciała i duszy, o wolności. To będę miała u Ciebie, dlatego tak bardzo chcę być z Tobą. Tatusiu, nie odmawiaj mi, proszę, proszę zabierz mnie stąd. Na niczym mi już nie zależy, niczego już nie chcę. Pragnę jedynie poczuć się bezpiecznie, otoczona miłością i spokojem, który znajdę w Twoim magicznym, duchowym domu. Tam odzyskam siły, zanim ponownie zdecyduję się zejść na ziemię po kolejne doświadczenia.
     Mimo chwilowego wyciszenia cały dzień szedł pod górę, a ja z każdym krokiem czułam się bardziej zraniona i poobijana. Chłopcy, widząc moją słabość, z sadystycznym zacięciem znęcali się nade mną psychicznie i prawie fizycznie. Nie reagowali na moje wołanie. Żebym nie zakłócała im gry na komputerze, zamknęli drzwi swojego pokoju, wrzeszcząc na mnie wulgarnie. Nie mogłam się doprosić, żeby Janek mnie wziął do kibelka, brzuch mnie rozbolał od powstrzymywania. Dopiero, jak przyszła dziewczyna Jaśka, zmobilizowała go, żeby mi pomógł.
- Sama sobie wstań i zrób! - wrzasnął Michał, kiedy poprosiłam o herbatę - Myślisz, że nadal możesz rozkazywać? ! Nic nie możesz! Jesteś niczym! Już nie masz swojej firmy i pracowników, żeby się rządzić, więc zamknij mordę. My też nie jesteśmy twoimi niewolnikami. Nie! Nie zrobię ci herbaty! Nie wołaj, kurwa! - wrzasnął i trzasnął drzwiami.
Przez moment nie docierały do mnie słowa syna, a może zamarłam w pustce, chroniąc serce przed pęknięciem.
     W nocy Janek, oderwawszy się wreszcie od komputera przyszedł, żeby położyć mnie spać. Cały dzień wpłynął tak na mnie, że byłam obolała, zmęczona i sztywna jak ołówek. Próbował, kładąc mnie na boku, zgiąć mi nogę. Na co dzień nie było z tym problemu, teraz noga nie chciała drgnąć. Skoncentrowałam się na niej, siłą woli próbując zmusić ją do zgięcia.
- Mam Cię dosyć! - wrzasnął nade mną - Już lepiej, żebyś zdechła albo poszła do hospicjum! - szarpał się z upartą nogą, aż wreszcie skapitulowała w jego rękach.
       Leżałam drżąca, mokre prześcieradło lepiło się do policzka. Zapadła nagle cisza, rozsadzała uszy i serce matki. Zastanawiałam się nad tym, czym zasłużyłam na takie okrucieństwo, prawie jawną nienawiść od istot, które kochałam bezwarunkowo. Przełykałam łzy i leżałam nieruchomo. Wydawało mi się, że najdrobniejszy ruch wywoła lawinę jakiejś histerii, której nie będę mogła opanować. Bałam się nawet zamknąć oczy, patrzyłam na przesuwające się po ścianie cienie, które wywoływały przejeżdżające ulicą samochody. Zawiesiłam się w bezczasie, bezruchu, bezczuciu i bezmyśleniu. Tak, nawet bałam się myśleć. Trwałam w tym zawieszeniu, gdy nagle zrozumiałam, że moje dzieci obraziły się na mnie, na życie, na Boga za to, że byłam chora. Bóg jest niewidzialny, życie trudno spersonifikować, jedynie na mnie mogli wyładować swoją złość, strach i żal. Nie mieli żadnego wsparcia rodziny, bo nie mieli rodziny, szkoły to nie interesowało, a moje dwie pseudo-przyjaciółki zniknęły wraz z pierwszymi objawami choroby. Mój przybrany ojciec i przybrana ciocia zastrzegli, że po mojej śmierci nie będą się nimi interesowali. Ojciec moich dzieci zaszył się w swoim hipochondrycznym światku i dodawał im otuchy, czasem odbierając telefon, gdy do niego dzwonili. Moje dzieci bały się, że zostaną same. Widziały jak dzieciństwo umyka im między palcami, a wszyscy razem ze mną oczekiwali, że w magiczny sposób, z dnia na dzień dorosną i wezmą odpowiedzialność za siebie i za mnie. Ten lęk przerodził się w niekontrolowaną agresję i pretensję za zmarnowane życie do mnie.
Jasio nie mógł uporać się nie tyle z obciążeniem fizycznym, co psychicznym. Wiedział, że gdyby chciał na dłużej wyjechać nie miał kto go zastąpić. Przypomniał mi się tydzień, na który Janek wyrwał się do ojca. Poprosił swoją dziewczynę, żeby się mną opiekowała. Katia przeszła szybkie szkolenie u pani Kazi i obie byłyśmy nastawione optymistycznie.
Pierwszy wieczór spędziłyśmy, płacząc ze zdenerwowania. Katia tak się przejęła tym, że nie mogła sobie poradzić ze mną, że się załamała. Słyszałam jak dzwoniła z kuchni do Jasia, żaląc się, że nie da rady. Na początku próbowałam jakoś pomóc, ale jej przerażenie udzieliło się, no i moje ciało oszalało. Zesztywniałam cala, zaczęłyśmy obie płakać i gdyby nie pomoc przyjaciela Jaśka, który jako jedyny zachował zimną krew, byśmy się usmarkały po pachy, a Janek musiałby wracać z Radomia chyba odrzutowcem. Następnego dnia było o wiele lepiej, kolejne były bardzo dobre.
        Taki dzień jak ten, który mijał, wywoływał w każdym z nas najgorsze emocje, negację sensu życia, wiary w miłość, rodzinę a nawet zwykłą życzliwość. Zastanawiałam się jak chronić siebie przed deptaniem, poniżaniem i gwałceniem.
- Wszystko co dajesz innym, wraca do ciebie. Przesyłając uśmiech, ktoś zawsze go odwzajemni - gładząc mnie po włosach, tłumaczyła mi mama.
Może miała rację, ale tak trudno się uśmiechać z obolałym ciałem i poobijaną duszą. Każdego dnia ktoś gwałcił moją psychikę, a czasem czułam się jakby również gwałcono złym dotykiem moje ciało.
- Fałszywy uśmiech nie pomoże - pomyślałam - Jeżeli nie będę wewnętrznie świecić, to nie przyciągnę światła.
Wyobraziłam sobie swoją wewnętrzną radość, która przyciągała radosnych, życzliwych ludzi. Próbowałam otworzyć serce na dobro, wysyłając je do wszystkich i z wdzięcznością umieć je przyjmować. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że przyciągnę do siebie deszcz aniołów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

... proszę o ...

sobota, 03 kwietnia 2010 16:54
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; już prosiłam o pomoc przy wyjeździe do Indii teraz proszę o pomoc w wydaniu książki ;

potrzebuję 2850 na :
a. Projekt środka książki
b. Projekt okładki do książki
c. Skład tekstu
d. Naniesienie korekty
e. Przygotowanie do druku
jeżeli możecie mi kochani kolejny raz pomóc to będę szalenie wdzięczna
podaję mój numer konta
24 1240 3028 1111 0000 2835 0383
Bank Pekao S.A. II oddzial Łódź

na Wielkanoc życzę wszystkim moim czytelnikom miłości, spokoju i wiary
Kasia

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 628  

najlepsze przed nami

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184628
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl