Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

... migawki z dawnego życia ...

poniedziałek, 29 marca 2010 21:01
 

    O tym na co jestem chora, dowiedziałam się w trzecim roku choroby. Do tej pory lekarze nie umieli postawić diagnozy, a ja dosłownie każdego dnia widziałam zmiany w moim ciele. Choroba doścignęła mnie kiedy gnałam coraz bardziej pijana pracą, sukcesem, powodzeniem i . . . alkoholem.
- Mamo, w ogóle się nie starzejesz - powiedziała do mnie moja czternastoletnia córka.
- To źle ? - zapytałam.
- Chyba nie, - odpowiedziała z lekkim wahaniem - ale nie wyglądasz jak normalna mama.
- A jak Twoim zdaniem wygląda normalna mama ? - zaczęłam drążyć temat.
- Prawdziwa mama - Agniecha chwilę się zastanowiła - jeeest... jaaak mama Karoliny - dokończyła.
- Ratunku! - wykrzyknęłam - Chcesz, żebym była gruba?
- Oj, mamo, nie o to chodzi. Ale ty wyglądasz jak twoje modelki!
- Mam mieć na nosie okulary, nosić babcine ciuchy i buty bez obcasów, żeby wyglądać na mamuśkę trójki dzieci? !
- Nie, ale zamiast poważnieć, robisz się coraz młodsza!
- Ale jestem matką i czuję się jak matka, moja ty dorosła, mądra córeczko.
Zdominowana i ustawicznie kontrolowana przez mamę, dla moich dzieci próbowałam być raczej przyjaciółką i dobrym kumplem.
- Czyżbym przesadziła ? - zastanawiałam się, patrząc na siebie w lustrze.
Byłam z dzieciakami na wakacjach połączonych z pracą. W dzień robiliśmy wszystko co dusza i ciało zapragnęły, słoneczne popołudnia na kamienistej, chorwackiej plaży, słone kąpiele w morzu, wypady statkiem wzdłuż wybrzeży Adriatyku, eskapady samochodem, huczącym muzyką i śmiechem. Zauroczony mną szef chorwackiej mafii, którego rok później dogoniła przed własnym domem precyzyjna kula, rozkazywał kelnerowi przynosić szampana dla mnie. Dostawałam go na plaży, w każdej knajpce, w której na chwilę przysiadłam, na dyskotece, a moje dzieci obżerały się pucharami lodów. 
    Moja córka miała rację, nie byłam typową matką. Patrzyłam na kobietę w lustrze. Ładna - pomyślałam - zgrabna - dorzuciłam w myślach. Zerknęłam uważniej - wysokie kozaki na wysokich, zgrabnych obcasach, krótka sukienka, która odsłaniała chyba więcej niż zasłaniała, ale wszystko ze smakiem i naprawdę pasowało do mnie. Chyba nie wyglądam jak dzidzia-piernik? - pomyślałam z przerażeniem.
- Wyglądasz olśniewająco - powiedział na przywitanie mój przyjaciel, właściciel kompleksu dyskotek w Chorwacji. Był typowym południowym macho: mieszanka atawistycznej, zwierzęcej siły z wymuskaną, lśniącą elegancją. Muskularne ciało, rzeźbione na siłowni, spalone słońcem lub lampami solarium, nosił w jedwabnym garniturze. Mocno zarysowana broda i mocny dwudniowy zarost w aureoli długich blond włosów. Od paru lat modelki mojej agencji były latem ozdobą jego dyskoteki, a ja uwielbiałam czas, kiedy przyjeżdżałam doglądać interesu. Czułam żywioł ogłuszającej muzyki, wolność, nabierająca rozpędu po kolejnych drinkach, duszne spojrzenia facetów w różnym wieku i ich gorący oddech na mojej szyi podczas tańca. Nie byłam seksowną blondynką o długich, chudych nogach i wydatnym naturalnym czy silikonowym biuście, ale miałam coś co zawsze przyciągało mężczyzn po jednym moim spojrzeniu. Szalałam i zachowywałam się jak małolata, a nie dojrzała kobieta chociaż wiek dodał mi mądrości, a... może tylko kobiecego sprytu.
- Mogę postawić ci drinka ? - zapytał mnie po angielsku młody, dwudziestoparoletni, artystyczne potargany chłopak.
- Campari poproszę - swobodnie odpowiedziałam.
- Dla mnie przynieś whiskey z lodem - powiedział do wymuskanego, metrosexualnego faceta, z którym do mnie podszedł.
- Opiekujesz się młodszą siostrą ? - zapytał, zerkając na Agę, która przysunęła się do mnie bliżej - Mam na imię Marco - wyciągnął z uśmiechem rękę do Agniechy, moją przytrzymał odrobinę za długo.
- Ile masz lat ? - zagadnął Agnieszkę.
- Czternaście - odpowiedziała.
- A siostra ile?
Agniecha pytająco patrzyła na mnie, mrugnęłam porozumiewawczo.
- Zdziwiłbyś się chłopczyku, gdybyś wiedział - pomyślałam i powiedziałam tekst, którego nie znosiłam - A na ile wyglądam?
- O czym rozmawiacie? - zapytał kolega Marco, stawiając na stoliku przyniesione drinki.
- Ile lat ma Katerina.
Elegancik zmierzył mnie z góry do dołu.
- Stawiam na dwadzieścia pięć - powiedział.
- Ja daję dwadzieścia osiem - szelmowsko uśmiechnął się Marco.
- Wygrałeś - spojrzałam na niego.
- W nagrodę umów się ze mną jutro na randkę.
- Nie mogę, dzisiaj przyjeżdża mój chłopak - uśmiechnęłam się słodko z przyjemnością pijąc campari.
- Mamo? - zapytała później Agnieszka - Dlaczego powiedziałaś, że wygrał, przecież żaden nie odgadł.
- Dlatego, że Marco był bliżej prawdy, kochanie - odpowiedziałam, dając córce lekkiego pstryczka w nos.
    Te wakacje chciałam poświęcić zarówno dzieciom i pracy. Moja firma doskonale funkcjonowała, uwolniłam się z podcinającego skrzydła związku, poznałam nowego, interesującego faceta, a właściwie dwóch. Odwiozłam po północy dzieciaki do łóżek i wróciłam na dyskotekę. Tej nocy miał przyjechać Juliusz. Bawiłam się, mając z nim łączność przez komórkę.
- Kasiu. . . - zabrzmiał w telefonie tubalny głos Juliusza - Aniołku, nie wiem kiedy dotrzemy.
- Przecież mówiłeś, że jesteście blisko - powiedziałam, przekrzykując muzykę, głosem rozkapryszonej dziewczynki.
- Samochód się zepsuł. Tomek próbuje załatwić naprawę, ale nocą chyba się nam nie uda - tłumaczył.
- Nie chce tak!  - marudziłam - Ja chcę, żebyś już był!
- Mówisz i masz ! - krzyknął i w komórce usłyszałam muzykę z dyskoteki, a w wejściu zobaczyłam dwóch olbrzymich facetów. Pognałam przez salę, wskoczyłam w ramiona Juliusza, a on uniósł mnie do góry lekko i namiętnie całował. Zapomniałam zupełnie, że jeszcze rano nie chciałam, żeby przyjeżdżał. Dziewięć miesięcy wcześniej poznałam niespodziewanie znanego, polskiego piosenkarza. Nasza znajomość stopniowo, bez niepotrzebnych deklaracji stawała się coraz bardziej bliska i pociągająca. Poranny telefon od niego rozjaśnił jeszcze mocniej słoneczny dzień i ostudził uczucia do Juliusza. Teraz jednak, wśród żywiołowych pocałunków, wpatrzonych we mnie oczu, gorących słów i gestów uwielbienia, unosiłam się na fali rozgrzanych emocji. Hucząca muzyka, do której tańczyłam na cubo, wysoko nad parkietem specjalnie dla niego, kolejne drinki, rozgwieżdżone niebo przed wschodem słońca po wyjściu z dyskoteki, sprawiły, że wypełniła mnie dziecięca radość. Zdjęłam buty i pobiegłam po mokrej trawie. Juliusz rzucił się w pogoń za mną, a Tomek, lekko się chwiejąc, zbierał nasze buty. Do hotelu weszliśmy mokrzy po turlaniu się w trawie, roześmiani i pijani. Juliusz wnosił mnie na barana po schodach, w pokoju rzucił na łóżko i sam rzucił się na mnie, zaczął niecierpliwe ściągać moje majtki i nagle wstał, pobiegł do łazienki i zaczął wymiotować. Wbrew sobie wsłuchiwałam się w przerażające odgłosy, jak z fantastycznych filmów, w których obrzydliwy obcy potwór zjada ludzi.
- Wezmę zimny prysznic! - krzyknął i usłyszałam szum wody i jego wrzaski.
Po chwili nagi wszedł do pokoju, wskoczył do łóżka i przylgnął do mnie. Moje uczucia były tak lodowate jak jego ciało. Stopniowo rozgrzewały się tak, że rano, wybiegając do dzieci, krzyknęłam w drzwiach - To było mistrzostwo świata!
   Następny tydzień był pasmem niekończących się niespodzianek dla mnie i dzieci. Jedzenie w przeróżnych knajpkach, zakupy na ryneczkach, wypady do pobliskich miasteczek, zabawy w lunaparku, na plaży, w morzu, od rana popijane szampanem, piwem, campari, malibu i przywiezioną z Polski żubrówką. Wieczorem dyskoteka, gra na "jednorękich bandytach", taniec, wygłupy, drinki. Około północy odwoziłam dzieci na spanie, wracałam szaleć, później kochać się prawie do samego rana. Dzieciaki były w domu, w którym również mieszkały modelki, dlatego w razie zaspania byłam spokojna, że miał się nimi kto zająć.
- Pobudka! - zawołałam ściągając kołdrę z chłopaków - Agniecha wstawaj! - pociągnęłam córkę za nogi.
- Oj mamo! Ja chcę spać! - odparła naburmuszona, z powrotem wdrapując się na łóżko.
Chłopcy udawali, że śpią, zaciskając mocno oczy.
- Wstawajcie szybko, dzisiaj będzie bombowy dzień! - wykrzyknęłam radośnie, pakując potrzebne rzeczy.
- Wcale nie chcę - mruknął Michał, a Jasiek śledził mnie spod przymrużonych powiek.
- A szkoda, ze nie chcecie, bo Tomek z Juliuszem przygotowali dla was niespodziankę!
- Jaką ? - zapytał Michał, nie odrywając głowy od poduszki.
- Jak powiem, to nie będzie niespodzianki.
- Oj! Mamo! Powiedz. - Janek usiadł na łóżku.
- Nie powiem. Raz, dwa, trzy! Wstajemy! Bez żadnego marudzenia.
     Chłopcy zaciekawieni  pomału zwlekali się z ogromnego łóżka, Aga miała nieodgadnioną minę. Weszła w trudny okres, którego nie mogłam zrozumieć. Schowała się w kącie życia i nieruchomo w nim tkwiła. Próbowałam zarazić ją swoim entuzjazmem i wyrwać do świata ruchu, zabawy, radości, niestety z mizernym skutkiem. Może powinnam usiąść obok i wsłuchać się w jej tajemniczy smutek, ale zawsze brakowało czasu w moim rozerwanym życiu między dziećmi, prowadzeniem domu i firmy oraz coraz większym spełnianiem własnych zachcianek.
- Żabko! Weź kostium kąpielowy! Chłopcy, gdzie są wasze majtki?!
- Jestem gotowy. Idziemy ? - zapytał Jasiek.
- A zęby umyte ? - odpowiedziałam pytaniem.
- O rety! - Janek jęknął - A Michał śpi.
Zaabsorbowana szykowaniem rzeczy nie zauważyłam, że w połowie ubrany znowu, zwinięty w kłębek, leżał na łóżku.
- Misiek! Natychmiast wstawaj! - wrzasnęłam - Kurcze! Już na nas czekają - dodałam spokojnie.
Po chwili zbiegaliśmy na dół do samochodu, wrzuciłam wszystko do bagażnika, trzasnęły drzwiczki i ruszyliśmy na wysokich obrotach.
- Jasna cholera ! - wykrzyknęłam gwałtownie zawracając - Zapomniałam wziąć ręczniki! Jasiek leć do pokoju, torba stoi pod oknem.
Na parkingu w porcie nie było wolnego miejsca, wiec bez namysłu wjechałam na parking dla gości hotelowych.
- Wreszcie jesteście! - zawołał Tomek głosem, wskazującym na spożycie.
- Niemożliwe, żeby już był wstawiony - pomyślałam i bacznie zerknęłam na Juliusza.
- Witaj księżniczko - zagrzmiał Juliusz - Czekając na was, zdążyliśmy walnąć sobie szampana.
- Nie martw się, Kaśka, na łodzi mamy jeszcze dziewięć - zakrzyknął triumfalnie Tomek, pomagając Agnieszce wejść na łódkę.
     Wypłynęliśmy w blasku słońca błyszczącego na wodzie  na spokojne morze, od czasu do czasu marszczące się od silniejszego podmuchu wiatru. Chłopcy uczyli się sterować pod czujnym okiem właściciela łajby, Agniecha słuchała muzykę i popijała coca colę, a my walczyliśmy z szampanem. Około południa wpłynęliśmy do urokliwej zatoczki otoczonej skalistym brzegiem. Wskoczyłam z dzieciakami do wody, a za nami z dzikim wrzaskiem wpadli zupełnie na golasa Juliusz i Tomek. Na kolejnym postoju zjedliśmy w przytulnej restauracji obiad, składający się z owoców morza ze świeżymi, pachnącymi ziołami i oliwą sałatkami, popijając białym, wytrawnym winem, nalewanym ze szklanego dzbanka. Dzieci nie chciały eksperymentować i zamówiły po olbrzymiej pizzy. W drodze powrotnej towarzyszyło nam zachodzące słońce, które malowało na niebie bajkowy obraz piękna, powoli ustępujące gwiazdom i nieruchomo świecącemu księżycowi. Ze srebrzystym światłem nieśmiało konkurowała zawieszona nad kajutą latarenka, oświetlając nieco mocniej skrawek morza. Noc nie umiała odebrać ciepła, które zostawił dzień. Nie pamiętałam, kto rzucił pomysł kąpieli. Dzieciaki wrzaskiem aprobaty wyraziły gotowość i po chwili wszyscy baraszkowaliśmy w słonych wodach Adriatyku, tym samym zmuszając do kąpieli naszych aniołów stróżów. Musieli się sporo napracować, żebyśmy wreszcie bezpiecznie wdrapali się na łódź. Do portu dobiliśmy przed północą radośni, rozśpiewani i wstawieni.
- Kaśka? Gdzie zaparkowałaś samochód? Nie mogę znaleźć! - krzyczał Juliusz, kiedy ja serdecznie żegnałam się z właścicielem łódki.
Rozglądałam się bezradnie, chłopcy biegali po parkingu, szukając naszej toyoty. Wpadłam do hotelu i zapytałam o mój samochód w recepcji. Słodko uśmiechnięta recepcjonistka wręczyła mi ostemplowany kawałek papieru, potrzebny do odebrania auta z policyjnego parkingu. Tomek zdążył już zadzwonić po kierowcę taksówki, którą przyjechali tutaj z Polski dla większego luzu i niezaprzestania picia choćby piwa w czasie wielogodzinnej jazdy. Wsiedliśmy wszyscy do vana, podrzuciłam dzieci do domu i pojechałam odzyskać samochód. Kiedy wróciłam, Agniecha już spała, a chłopcy grali w karty na tarasie. Szybko wrzuciłam ich do ogromnego małżeńskiego łoża, przebrałam się, zrobiłam makijaż i pojechałam na dyskotekę. Było jak zwykle mnóstwo ludzi, muzyka zagłuszała każdą rozmowę, barman serwował nowe drinki, wszyscy spoceni obijali się o siebie. Wskoczyłam na cubo, żeby potańczyć swobodnie. Juliusz patrzył na mnie jakbym była najpiękniejszą i najbardziej seksowną kobietą świata. I chyba tak się czułam. Nagle wydało mi się, że tracę równowagę. Złapałam się za barierkę i dziwne wrażenie minęło. Kilka razy jeszcze poczułam jakby podłoga oddalała się ode mnie i za każdym razem, kiedy nawet lekko dotknęłam poręczy, to szalenie niepokojące uczucie znikało. Oczywiście przypisałam je zmęczeniu, alkoholowi i duchocie. Jednak, kiedy po wyjeździe Juliusza i Tomka zwolniłam nieco tempo - spałam więcej, piłam mniej, odpoczywałam więcej, szalałam mniej, a zupełnie niespodziewanie traciłam poczucie równowagi, zaczęłam się niepokoić.
- Mamo, nic ci się nie stało ? - krzyknęła Agniecha, kiedy na asfaltowej drodze na plażę potknęłam się, chyba sama o siebie i runęłam jak długa.
- Kaśka!  Pomóc ci ? - zapytała Ruda, moja modelka, zbierając z ziemi porozrzucane rzeczy.
- Nie - próbowałam zbagatelizować zajście, masując potłuczone kolana.
- Ale wywinęłaś orła!
- Omal nie dostałam zawału, kiedy upadłaś!
- Kacha! Kurcze, jak to się stało ? - przekrzykiwały się dziewczyny, które grupką szły za nami.
- To u nas rodzinne. Moja mamuśka, kiedy tramwaj gwałtownie zahamował, leciała wdzięcznie na wysokich szpilkach przez cały wagon. Zatrzymała się dopiero na kapeluszu gościa, który wepchnęła mu tak mocno na głowę, że aż denko odpadło. A moja córeczka wchodziła w bramę, taką co by i tir przejechał, rozgadana uderzyła nosem w słupek, stojący na samym środku. Nawet nie zdążyłam zareagować, bo byłam przekonana, że go widziała - opowiadałam, odwracając swoją uwagę od niewytłumaczalnego upadku.
      Po powrocie do Polski, Juliusz spontanicznie wprowadził się do mnie, jego mama wyjechała na letnisko z moimi dziećmi i synem Juliusza. W dzień po pracy jeździliśmy do nich ze sprawunkami, zostawaliśmy do późnego wieczora, a potem siedzieliśmy w różnych pubach z bardzo różnymi ludźmi, czasem do samego zamknięcia. Wysiadałam z taksówki i na sztywnych, nie swoich nogach kroczyłam do domu. Kolana nie chciały się zginać, a stopy nieposłuszne mi ustawiały się do środka.
     Lato minęło, złocista jesień opadła z drzew, nastały przedmroźne dni. Znów cały czas w biegu, chociaż poranki dłużej wylegiwały się ze mną w łóżku. Juliusz przejął na siebie obowiązek odwożenia dzieci do szkół.
Przed pracą tankowałam paliwo, Juliusz poszedł kupić papierosy, kiedy zupełnie niespodziewanie upadłam. Totalnie zaskoczona błyskawicznie się podniosłam. Nie rozumiałam jak mogłam przewrócić się, stojąc nieruchomo.
- Kocie, trochę się boję, co się okaże - szepnęłam do Juliusza, wchodząc do gabinetu profesora neurologii.
- Wszystko zaraz będziemy wiedzieć - idąc za mną, uszczypnął mnie w pupę, że prawie zapiszczałam.
     Profesor opukał wszystkie moje stawy małym młoteczkiem, drapał pod stopami, aż zaczęłam się śmiać od łaskotek, machał moimi rękami i nogami. Później sama machałam, celując przy zamkniętych oczach to w nos, to w ucho czy w brodę. Popisałam się serią przysiadów na całych stopach, palcach na jednej i obu nogach, zrobiłam jaskółkę i z dumą popatrzyłam na lekarza.
- Proszę wyciągnąć ręce przed siebie, zamknąć oczy i pójść parę kroków.
Dałam pierwszy krok i ogarnął mnie irracjonalny lęk, że tracę równowagę. Czułam się jak na wąskiej kładce nad przepaścią.
- Oj głupiutka, głupiutka - pomyślałam - idź spokojnie dalej - przekonywałam sama siebie.
Kolejny krok wywołał we mnie panikę. Otworzyłam oczy, przekonując siebie, że nic mi nie grozi.
- Wszystko w jak najlepszym porządku - z uśmiechem poinformował nas profesor - Te drobne zachwiania równowagi mogą być spowodowane przemęczeniem, brakiem witamin czy snu.
Zalecił zestaw witamin, długie spacery, zwolnienie tempa życia i jak najmniej stresu. Mimo szacunku dla jego wiedzy, po wyjściu z gabinetu profesora "receptę" wyrzuciłam do kosza.
   Zaczął się bardzo intensywny czas w firmie, domu i moim życiu uczuciowym. Z ilości zleceń byłam zadowolona, chłopcy pokochali Juliusza, a jego syna, który z nami spędzał weekendy traktowali jak brata, Agniecha dość obcesowo rywalizowała z Juliuszem o moje uczucia, a ja jak zwykle pomału zaczęłam się wycofywać ze związku, który zaczynał mnie ograniczać. Juliusz, chwilowo nie pracując, cały czas i energię poświęcał mnie i mojej firmie. Podziwiał moją pracę i próbował ulepszać, poprawiać i zmieniać wszystko z czym się nie identyfikował. Z pewnymi uwagami się zgadzałam, ale zdecydowanie się sprzeciwiłam, kiedy moją rodzinną atmosferę w firmie usiłował zamienić w układ zależności z systemem kar i nagród. Wakacyjne szaleństwo, które uczyniło ze mnie małolatę, zaczęło mnie stopniowo męczyć. Alkohol w rozmaitych, pysznych drinkach wchodził mi coraz łatwiej, niestety nie tylko w późnych godzinach. Mama Juliusza pomagała nam w prowadzeniu domu. Dawno nie miałam takiego psychicznego luzu, noszenia na rękach w rzeczywistości i w przenośni.
   Nie pamiętałam dlaczego przestawała mnie cieszyć nowa, fajniejsza rodzina. Może bolał mnie coraz bardziej ostry konflikt miedzy Juliuszem a Agnieszką. Może drażniły mnie nocne, łazienkowe odgłosy. Może przeraziła mnie propozycja małżeństwa  i sprawienia sobie dzidziusia. Może męczyło mnie uciążliwe zachowanie Juliusza po wypaleniu trawki czy kompletnie nieobliczalne po zażyciu chemicznego dopalacza. Może miałam dosyć chorobliwej zazdrości o facetów, zwłaszcza o mojego piosenkarza. Na pewno mój odwrót zaczął się w dniu, w którym, pełen radości Juliusz, zabrał mnie, żeby pokazać dom, który zamierzał kupić dla nas. Tego dnia zdałam sobie sprawę, że nie chcę z nim spędzić życia dopóki śmierć nas nie rozłączy. Zupełnie nie wiedziałam co miałam robić.
Coraz częściej uciekałam w telefoniczne, sympatyczne i niezobowiązujące rozmowy z piosenkarzem. Juliusz na początku tolerował nasze pogaduszki, zwłaszcza gdy zapewniłam go, że zostaliśmy tylko znajomymi. Oczywiście było to kłamstwo, bo nigdy nie powiedziałam piosenkarzowi o zaistnieniu Juliusza w moim życiu. Ograniczyłam jedynie częstotliwość spotkań, po każdym obiedzie w różnych miastach Polski grzecznie wracałam do domku. Ponieważ  miałam ustawioną w komórce jego piosenkę jako sygnał kiedy dzwonił, Juliusz słysząc ją, zaczynał dostawać furii, aż zażądał, żebym zerwała z nim wszelkie kontakty.
- Oszalałeś?! - wykrzyknęłam z oburzeniem - Jakim prawem mi zabraniasz?
- Bo jestem twoim facetem; to mało? - zaczepnie odpowiedział, nalewając sobie drinka.
- Wystarczająco dużo, żebyś mi ufał - powiedziałam dobitnie, ale równocześnie słodko.
- Chcesz? - zapytał, wskazując na whiskey.
- Nie, za dużo pijemy.
- Doprowadza mnie do szału ta jego piosenka. Nie dosyć, że na okrągło leci w radiu, to jeszcze w twoim telefonie - burknął.
- Nie podoba ci się? A wszyscy ją uwielbiają - zamrugałam rzęsami.
- Kaśka! Nie chcę, żebyś z nim nadal utrzymywała kontakt.
- Ale ja chcę! Bardzo go lubię i nie widzę powodu dlaczego miałabym zerwać tę znajomość.
- Bo ja go nie cierpię!
- Dlaczego ? - zapytałam.
- Dlatego, że byłaś z nim!
- Z tego powodu powinieneś nienawidzić jeszcze kilku innych facetów - zaśmiałam się.
- Szlag mnie trafia, że jesteś z nim tak blisko - powiedział, zaciągając się mocno papierosem.
- Ktoś się tutaj boi! Ktoś jest paskudnie zazdrosny! - przekomarzałam się.
- Bo nie mogę uwierzyć, że jesteś ze mną. Połowa bab w Polsce zabiłaby, żeby być z nim - zawyrokował.
- Oj! Ja głupia, co najlepszego zrobiłam, że wybrałam ciebie! Kocie, jestem z tobą, do cholery! Zaufaj mi!
- Zrób to dla mnie i więcej z nim nie gadaj.
    Tego dnia zmieniłam muzyczkę w telefonie i zaczęłam wyłączać komórkę po wejściu do domu. Piosenkarz nigdy mnie nie zapytał dlaczego przez sześć miesięcy nie miałam czasu zostać z nim na noc, skoro wcześniej spędzaliśmy ze sobą nawet cały weekend. Nie dziwiło go to, że wcześniej odbierałam telefon nawet o drugiej w nocy, kiedy dzwonił do mnie z trasy po koncercie, a teraz mógł się nagrać jedynie na pocztę głosową.
   Minęły święta Bożego Narodzenia, jak zwykle tragiczny sylwester, podczas którego po moim domu błąkała się banda naćpanych, zupełnie obcych mi ludzi. Coraz częściej miedzy mną a Juliuszem dochodziło do gwałtownych kłótni, po których wychodził na pijaństwo, a potem dzwonił do mnie i coraz bardziej bełkotliwym głosem tłumaczył swoje racje. Jednego nie można było nam odmówić, godzić umieliśmy się najpiękniej i najbardziej namiętnie na świecie.
    Moje niespodziewanie upadki, sztywne nogi i czasem odczuwalne spowolnienie ruchów, niepokoiły mnie na tyle mocno, że zdecydowałam się pójść na badania do szpitala. Szpital było widać z okien mojego mieszkania, dlatego codziennie dostawałam buziaka na dzień dobry i na dobranoc w bardzo nietypowych na odwiedziny godzinach. Dzieciaki, wracając ze szkoły, wpadały do mnie, żeby chwilę pogadać, a moja asystentka wieczorem robiła ze szpitalnego łóżka biuro, relacjonowała cały dzień pracy, a potem notowała moje uwagi.
- Był już obchód? - zapytał Juliusz, wsadzając głowę do sali.
- Tak, przemknął pół godziny temu jakiś lekarz.
- Mam ze sobą niespodziankę - powiedział, uśmiechając się szeroko.
Otworzył drzwi z rozmachem i zobaczyłam roześmianego chorwackiego przyjaciela.
- Miro, co ty tutaj robisz?! - wykrzyknęłam, wyskakując z łóżka.
- Przyjechałem do Polski, poszedłem na obied i od razu zgledal Juliusza i Tomka. No i przyszedł z nim.
- Kocie, jak ja się cieszę, że jesteście! - z radości podskakiwałam jak mała dziewczynka - Nie przeszkadzamy ci? - zwróciłam się do sąsiadki obok.
Oprócz nas na sali leżała jeszcze starowinka, która cały czas spała.
- No, to super! Dziewczyny, mam jeszcze jedną niespodziankę ! - Juliusz wyjął spod kurtki butelkę koniaku, a z kieszeni dwie pękate koniakówki.
- No, Kaśka, nie moglimy przyjść z pustymi rukami - widząc moje przerażone spojrzenie, Miro słodko powiedział i zrobił niewinną minkę.
Juliusz tymczasem nalał koniak do kieliszków, poczęstował sąsiadeczkę; poczułam rozkoszne ciepło, przełykając złoty trunek. Przez następny tydzień codziennie, bardzo późnym wieczorem, delektowałyśmy się, sącząc koniak z pięknych kieliszków i zastanawiałyśmy się czy dolać babci do kroplówki. Rozgrzana alkoholem, postanowiłam wymknąć się niepostrzeżenie na noc do domu i wrócić przed porannym obchodem. Założyłam na pidżamę szlafrok, patrząc na śnieg sypiący za oknem, zjechałam windą, prawie na paluszkach podeszłam do drzwi wyjściowych, szarpnęłam za klamkę i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu drzwi okazały się zamknięte.
- Dokąd panienka się wybiera? - usłyszałam i zobaczyłam zasuszonego portiera, który wyglądał, jakby uciekł z prosektorium.
- Do domu - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Patrzyliśmy na siebie. Portiera kompletnie zatkało, a ja nie mogłam wymyśleć niczego przekonującego.
- Niech panienka wraca do swojej sali, żebym nie musiał wzywać ochrony - wykrztusił wreszcie a ja grzecznie podreptałam na górę.
    Zostałam dokładnie przebadana, wykluczono odkleszczową boreliozę, nie znaleziono stwardnienia rozsianego ani żadnej innej choroby neurologicznej, wszystkie badania wykazały, że jestem, może ździebko przemęczonym, okazem zdrowia. W przeddzień wypisu ciśnienie podskoczyło mi bez zażycia koniaku. Zadzwonił mój piosenkarz, że jest w Łodzi u sponsora i przyjdzie mnie odwiedzić. Ponieważ Juliusz wpadał do mnie kilka razy dziennie, obawiałam się spotkania obu panów przy moim łóżku i stanowczo odmówiłam.
    Wyszłam tydzień przed Walentynkami, które po królewsku świętowałam w Kazimierzu, chodząc po apartamencie hotelowym w seksownej, czerwonej bieliźnie, ale zauważyłam z przerażeniem, że nie mogę utrzymać się na wysokich obcasach. Miesiąc później, po kolejnej niewytłumaczalnej kłótni na moim palcu zaświecił przeprosinowo-zaręczynowy pierścionek, a po następnym miesiącu Juliusz wyprowadził się ode mnie. Nie mogąc uporać się z emocjami, zadzwoniłam do piosenkarza i jeszcze tego samego wieczora jechałam do niego z Agniechą, wchodząc w ostatni związek damsko-męski w moim życiu.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

...jednak mogło i było gorzej ...

środa, 24 marca 2010 17:04
 

         Następnego dnia z przerażeniem odkryłyśmy z opiekunką, że osłabiona pobytem w szpitalu, nie mogłam utrzymać się na nogach przy przesadzaniu z łóżka na wózek i z wózka na kibelek. Nogi miałam mięciutkie jak szmaciana lalka. Za oknem spadł śnieg, przypominając, że niedługo Boże Narodzenie.
- Jakie ono będzie ?- pomyślałam ze smutkiem.
       Chłopcy powiedzieli, że olewają Święta, Agniecha wpadła, jako świeżo upieczona studentka, w ciąg klubowych spotkań i stale nie było jej w domu. Nie mogłam zmobilizować nikogo ani do świątecznych porządków, ani do stworzenia odświętnej atmosfery. W ostatnim zrywie matczynej troski poprosiłam panią Kazię, żeby zadzwoniła do dwóch moich znajomych z prośbą o podzielenie się ze mną wigilijnymi potrawami. Obie stanęły na wysokości zadania i w Wigilię miałam wypełnioną smakołykami lodówkę. Po południu wpadł tata, przywożąc ciasto, które upiekła jego żona. Czułam się jak myśliwy, który upolował obiad dla całej rodziny. Dzieciaki obżerały się co chwila, wpadając do kuchni, całkowicie zapominając o mnie. Gdyby nie opiekunka, leżałabym całe dnie głodna, brudna i zupełnie opuszczona. Nie miałam siły, żeby czegokolwiek wymagać, byłam tak zniechęcona, że nie prosiłam ich nawet o herbatę. Marzyłam o tym, żeby to nie były nasze ostatnie wspólne święta. Nie chciałam odejść, zostawiając tak koszmarne wspomnienie.
Na szczęście szybko minęły, po nich równie koszmarny Sylwester, w trakcie którego przez mój dom przetoczyło się ponad trzydzieści osób, a niektóre z moich dzieci zapomniały złożyć mi życzenia po północy.
       Pani Kazia codziennie rano, unosząc rolety, wpuszczała coraz więcej słonka. Zimową pogodę przepędzały coraz dłuższe dni, wnosząc światło do mojego pokoju i serca. Mimo pozornej monotonni ciągle coś się działo. Agniecha rzuciła studia, wpędzała się w coraz większą nerwicę w pracy, a w lutym zaszła w ciążę, mimo zabezpieczenia.
      Janek namiętnie szukał pracy, siedząc przed komputerem. Przyniósł do domu szczeniaka, ratując go przed utopieniem i zajadle kłócił się z Michałem, który( kruchy w środku ) bronił się przed Jankiem coraz silniejszą agresją, całkowicie zaprzestał chodzić do szkoły i przestał mnie zauważać. Ja odpuściłam walkę o moje ciało, nie zaprzestałam walki o internet i program umożliwiający pisanie. Kichałam z powodu alergii na sierść i zaczęłam interesować się polityką.
       Szczeniak, nie uczony i nie wyprowadzany na dwór, sikał w całym domu, ze szczególnym upodobaniem na dywan w moim pokoju. Pani Kazia tyle samo narzekała co uśmiechała się. Przychodziła do mnie codziennie już prawie rok i coraz głośniej klęła, wchodząc rano w kałuże, które psiak robił spokojnie przez całą noc.
        Wiosna, jak zawsze, buchnęła nagle i otworzyła balkon w moim pokoju. Z prawdziwym zachwytem patrzyłam na zieleniącą się trawę i listki brzóz, których każdego dnia było więcej. Aga wyfrunęła założyć nowe gniazdo, Janek często jeździł na działkę do swojej dziewczyny, Michał, zamknięty w wirtualnym świecie, nie wychodził prawie z pokoju.
        Pewnej nocy, kiedy obudziłam się jak zwykle z bólu ciała, usłyszałam dziwny szum. Dźwięk dochodził z kuchni i stawał się coraz bardziej intensywny. Nagle zdałam sobie sprawę, że taki dźwięk wydają smażące się frytki. Zaczęłam nasłuchiwać odgłosów życia z pokoju Michała, jakiegoś ruchu, klikania w klawiaturę, czegokolwiek. Odpowiedzią była kompletna cisza, którą zagłuszały, podskakujące na patelni, frytki. Wzięłam głęboki wdech i rozdarłam się najgłośniej jak mogłam. Odczekałam chwilę, ponownie zaczerpnęłam powietrze i rozdzierająco krzyknęłam - Michał -! krzyczałam tak bez żadnego efektu przez parę godzin, licząc na to, że, jeżeli nawet Michał się nie obudzi, to sąsiedzi, zaniepokojeni hałasem, zadzwonią do nas albo na policję. Na dworze robiło się jasno, a w mieszkaniu coraz ciemniej. Gęsty, czarny dym nie pozwalał oddychać, zachrypniętym głosem nadal wołałam syna. Wyobraźnia malowała najczarniejsze scenariusze, które odganiałam siłą woli. Zaczęłam nawet wyobrażać sobie, że pod wpływem stresu i dla ratowania życia dziecka, jakimś cudem odzyskam siły i podniosę się z łóżka. Przypomniała mi się baśń Andersena, w której sparaliżowana od lat babcia, widząc, że wnuczek za chwilkę spadnie ze stromych schodów, nieoczekiwanie zerwała się z wózka, aby go uratować. Próbowałam poruszyć ciałem, ale ono leżało nieruchome, spięte krzykiem, zesztywniałe z bólu.
- Jezu! Matka? Co tak śmierdzi? - zapytał zaspanym głosem Michał.
Nagle ocknął się, zaklął ostro, poleciał do kuchni i pootwierał wszystkie okna. Kłęby czarnego dymu uciekały przez nie stopniowo, ukazując coraz więcej przedmiotów w pokoju. Kątem oka zerknęłam na zegarek, dochodziła szósta. Byłam zmęczona i wykończona, Michał poprawił mi nogi, zamknęłam oczy i usnęłam.
- Ja pierdolę - usłyszałam głos Janka i jego kroki po domu.
- Mamo, co tu sie porobiło ? - zapytał przerażonym głosem. Zadzwonił domofon.
- Jezu, Maria, co tu się stało ? - zapytała równie przerażona opiekunka.
- Nie wiem, właśnie wróciłem do domu. Chyba coś się spaliło - mówił Janek, krążąc po mieszkaniu.
- Boże przenajświętszy! - wykrzyknęła pani Kazia, przewracając mnie na plecy.
Poprzedniego dnia zostawiła mnie czyściutką i pachnącą, a zastała. . . twarz  czarną, jakbym całą noc spędziła w kopalni. Siedząc na wózku, objechałam mieszkanie i nie wiedziałam czy zacząć się śmiać, czy płakać. Wybrałam pierwszą opcję, kiedy spojrzałam na psiaka, który z brązowo-rudego, stał się kruczo-czarny. Ryknęłam niepohamowanym śmiechem, budząc dezaprobatę pani Kazi, która już widziała piętrzące się problemy. Faktycznie, trzeba było pozmywać wszystkie naczynia, odmalować ściany i sufit w kuchni i w przedpokoju; umyć meble i okna, przez które każdy dzień wyglądał na pochmurny i deszczowy.
        Dwa tygodnie później pani Kazia, wycierając mnie po myciu, zrobiła ogromne oczy, bo wyjęty z szafki ręcznik był w sadzy. Takie niespodzianki przytrafiały się za każdym razem, kiedy docierałyśmy do nieużywanych wcześniej rzeczy.
            Nasilające się ataki bólu, dodatkowo podnosiły adrenalinę. Eliminowałyśmy z jadłospisu stopniowo kolejne produkty - wyrzuciłam jajka, pozbyłam się surowych owoców, a później warzyw, wyeliminowałam mleko, sery oraz pieczywo. Kiedy po kaszce mannie na wodzie i gorzkiej herbacie, zwijałam się z bólu, zaprzyjaźniony przez ciągłe wezwania lekarz pogotowia, zadecydował o konieczności jazdy do szpitala. Tym razem wszystko miało być inaczej. Agniecha zadzwoniła na komórkę do znajomego lekarza, który pracuje na izbie przyjęć. Wojtek powiedział, żebym przyjeżdżała, to mnie przyjmie. Lekarz z pogotowia szykował nosze, opiekunka moje rzeczy, a Janek uzgadniał przez telefon z Agnieszką grafik odwiedzin. Znów po pół roku jechałam do szpitala trzęsącą się karetką, w myślach, jak mantrę powtarzałam słowa - Wszystko będzie dobrze. Spojrzałam na panią Kazię, która jechała ze mną i uśmiechnęłyśmy się do siebie. Próbowałam skierować myśli na radośniejszy temat i przypomniałam sobie jak poznałam Wojtka.
       Były wakacje, zaliczyłam pierwszy rok studiów i wyjechałam na pierwszy w życiu obóz studencki. Wojtek był studentem medycyny na ostatnim roku, wysoki, potężnie zbudowany, z gęstą, czarną brodą wzbudzał zainteresowanie wszystkich dziewczyn. Mnie traktował jak młodszą siostrę, klepał po ramieniu, przestrzegał przed chłopakami, pomagał poznawać radości studenckiego życia. Po wakacjach spotkaliśmy się jeszcze raz na  poobozowej imprezie i kontakt się urwał.
      Dwadzieścia lat później, przy głośno puszczonej muzyce, przed lustrem w dużym pokoju układałam choreografię do pokazu. Kilka razy wydawało mi się, że słyszę pukanie w ścianę, ale zajęta pracą, nie zwracałam uwagi na nie. Nagle coś zadudniło w moje okno, aż podskoczyłam do góry. Za chwilę zobaczyłam w oknie szczotę na kiju, którą ktoś walił w szybę. Chwilkę potrwało zanim zorientowałam się, co się dzieje.
- O! Żesz ty! - pomyślałam o jakimś przewrażliwionym sąsiedzie i złośliwie podgłośniłam muzykę. Szczota ponownie załomotała. Co prawda puszczałam cały czas ten sam utworek, ale była dopiero szósta po południu. Trochę potrwała walka na szczotę i decybele, w końcu sąsiad odpuścił, a ja spokojnie dokończyłam układ. Dwa dni po tym zdarzeniu, rozwieszając pranie, zauważyłam na sąsiednim balkonie dużego, zwalistego faceta, o którego nogi ocierał się rudy kot.
- Jasna cholera! - pomyślałam - Przez dwa lata, jak tu mieszkam, nigdy nikogo nie widziałam, a teraz musiał się dziad napatoczyć.
Starałam się pozostać niezauważona, więc cichutko wieszałam ubrania nawet ich nie roztrzepując. Tymczasem facet jakimś zmysłem wyczuł moją obecność, obrócił się...
-Wojtek ! - wrzasnęłam radośnie.
- Pantera? - zapytał z niedowierzaniem, używając zapomnianego pseudonimu z czasów, kiedy chodziłam ubrana wyłącznie na czarno. Niewiele brakowało, żebyśmy się sobie rzucili w objęcia. Gadaliśmy ze sobą na tyle długo, że pranie prawie wyschło.
- Cudnie cię widzieć - powiedział rozpromieniony Wojtek, wybiegając do mnie w izbie przyjęć.
- Nie to, że tutaj, ale tak ogólnie - roześmiał się ze swojego tłumaczenia- Pokazuj brzuch, Kasieńko.
       Pani Kazia załatwiła wszystkie formalności i zostawiła mnie spokojną, że nic mi nie grozi. Leżałam na korytarzu, czekając na zwolnienie miejsca w sali.
- Witam, pani Kasiu - spojrzałam na lekarkę, która uśmiechała się do mnie - Na pewno mnie pani nie poznaje, moja mama chodziła u pani w pokazie „Babcia i dziadek na topie" .
Pamiętałam i odwzajemniłam równie serdeczny uśmiech.
- Jak masz taką opiekę, to nie zginiesz, Kasieńko! - zakrzyknął Wojtek, który przyszedł na oddział zobaczyć, co się ze mną dzieje.
           Po mniej więcej dwóch godzinach zawieziono mnie do sali, usiłowano pobrać krew i podłączono kroplówkę. Po południu wpadła Agnieszka, powiedziała w skrócie o mojej chorobie, zapewniła sąsiadki, że jest ze mną kontakt, że wszystko rozumiem, że nie jestem głucha, ślepa i niedorozwinięta, a jedynie nie ruszam się i niewyraźnie mówię. Cudnie było słyszeć córcię, jak z zapałem tłumaczyła paniom, że właściwie wszystko mogę, że jestem całkowicie zdrowa, tylko... No, właśnie... przecież tylko nie mogę paru rzeczy!     Agniecha zrobiła mi herbatkę, pokazała paniom, jak należy mi ją podać, ucałowała mocno i pobiegła do swojego domu. Około dwudziestej pierwszej przyjechał Janek i ułożył mnie wygodnie na boku; zasypiając pomyślałam, że dam sobie radę. W ciszy i całkowitej ciemności podziękowałam Bogu za odchodzący dzień i poprosiłam, żeby się mną opiekował. Może za mało dziękowałam albo prosiłam, bo przeżycia kolejnych dni zachwiały moją wiarą w człowieka.
Drugi i trzeci dzień pobytu minął bez żadnych badań i informacji, pani Kazia myła mi twarz, zęby, dłonie, dawała śniadanie, herbatę i uciekała do domu. Wieczorem przychodził Janek i układał mnie do snu. W ciągu dnia nic się nie działo, ataków nie miałam, badań również, leżałam i zastanawiałam się nad tym, co ja tutaj robię. Wszystko przebiegało zgodnie ze szpitalnym obrządkiem; o szóstej rano dźwięczały termometry, zaraz potem, hałasując wiadrami, wkraczały salowe i myły przedpotopowym mopem podłogi; później - jak w przedszkolu - na śniadanie wjeżdżała zupa mleczna, wszyscy spieszyli się przed obchodem, przed obiadem, przed końcem pracy, przed kolacją, przed nocą; ciągła bieganina, zamieszanie i jeszcze chorzy, którzy mieli jakieś wymagania i oczekiwania.
       Kiedy poprosiłam o basen, siostra w pośpiechu podłożyła go, nie przykryła mnie i stanęła obok, czekając aż się wysikam. Mimo, że pęcherz miałam wypełniony po brzegi, po całej nocy i kapiących od rana kroplówkach, zacięłam się. Nie mogłam wysikać się, leżąc odkryta z obstawą siostry, która z prędkością karabinu maszynowego powtarzała pytanie:- Czy już?
- Nie mam czasu, żeby stać nad tobą - powiedziała, zabierając pusty basen. Po chwili przyniosła olbrzymiego pampersa, ubrała mnie w niego i kazała sikać. Nigdy jeszcze nie miałam na sobie pieluchy, ale byłam przekonana, że nie przetrzyma powodzi. Dlatego, kiedy przyszła inna pielęgniarka, ponownie poprosiłam basen. Samo słowo „basen" udawało mi się wymówić na tyle wyraźnie, że mnie zrozumiała. Zdziwiona, że wołam basen, mając na sobie pampersa, zaczęła mi go zdejmować. Zauważyłam, że dostałam okres, siostra również zobaczyła plamę i głośno skomentowała.
- Robi teraz pod siebie kupę i nawet nie czuje - stojąc plecami do mnie, informowała panie na sali.
- Nie! - rozdzierająco krzyknęłam - Dostałam okres.
- Dobrze, dobrze - powtarzała pielęgniarka, ponownie zakładając mi pampersa.
- Nie! - próbowałam protestować - Chcę basen!
-  Córka mówiła, że ona czuje, kiedy potrzebuje się załatwić - tłumaczyła moja sąsiadka.
- Co pani za głupoty mówi - siostra uniosła głos - Wystarczy spojrzeć na nią, widać w jakim stanie jest; tacy ludzie nie mogą niczego sami kontrolować.
- Nieprawda! - wrzasnęłam - Chcę basen - dodałam z uporem.
- Po co basen? Robi pani kupę do pampersa, zaraz wrócę, to zmienię na nowego - mówiła do mnie głośno i powoli jakbym była zarówno głucha, jak i potężnie upośledzona.
- Nie robię kupy! - równie głośno mówiłam - Mam okres.
- Nie zwracajcie na nią uwagi - przekonywała panie - Może się uspokoi, bo nic do niej nie dociera.
    Leżałam rozdygotana i walczyłam, żeby się nie rozpłakać. Panie siedziały cichutko, nie wiedząc, jak mają zareagować. Zamknęłam oczy jak małe dziecko, któremu wydaje się, że w ten sposób staje się niewidzialne. Zdecydowałam się jednak załatwić do pampersa i, tak jak przewidziałam, całe łóżko pływało. Kiedy pielęgniarka przyszła ponownie, załamała ręce i pobiegła po pomoc. Rozebrały mnie z mokrej koszuli, podłożyły suche prześcieradło i... w tym momencie zaczął się obchód. Ponieważ leżałam w klinice, na salę razem z lekarzami wtargnęła pokaźna grupa studentów. Siostry, które się mną zajmowały, dyskretnie usunęły się na bok, zostawiając mnie na łóżku kompletnie nagą! Lekarz konsultował pierwszą osobę, zawołałam siostrę, żeby mnie zakryła. Żadna nie zwróciła na mnie uwagi, dlatego zaczęłam coraz głośniej się domagać przykrycia.
- Ciszej, przeszkadza pani lekarzom - wreszcie któraś zareagowała na moje krzyki.
Próbowałam poruszyć ciałem, żeby się domyśliła, powiedzieć, wykrzyczeć, wywrzeszczeć moją niemoc, bezsilność i potworne skrępowanie. Najgłośniej krzyczały moje oczy, którymi błagałam o ratunek. Obchód przybliżał się, a ja dostałam jakiejś przeraźliwej, wewnętrznej histerii. Rozpłakałam się i nie mogłam zapanować nad szlochem i spazmami, które spinały mi ciało. Lekarze w ogóle nie reagowali, pielęgniarki uciszały mnie, a studenci, jak małe, wiejskie dzieci z rozdziawionymi buziami, gapili się na mnie. Bolało mnie każde spojrzenie, dotykało, brudziło, raniło. Miałam nie tylko obnażone ciało, ale byłam goła cała - psychicznie, duchowo, emocjonalnie. Nie mogłam się opanować, płakałam, łkałam bez opanowania, z każdą chwilą czułam się bardziej rozżalona, nieszczęśliwa i upokorzona.
        Pielęgniarki, wbrew moim protestom, na siłę założyły mi cewnik, robiły to nerwowo i  sprawiły mi ogromny ból. Kazały mi się zamknąć, mówiąc, że nie mam nic do gadania. Ubrały mnie w olbrzymią, płócienną koszulę zawiązywaną na plecach, krzyczały, żebym się uspokoiła, a ja wyłam w środku i wyłam na całą salę. Na chwilę się uspokajałam, po czym przed oczami stawała mi moja potworna bezradność i rozżalenie nad sobą brało górę.
     Panie próbowały mnie pocieszać, co wywoływało jeszcze większy szloch. Pani Kazia zastała mnie spuchnięta od płaczu, na moją relację zareagowała w typowy dla siebie sposób, że przecież nic nie może na to poradzić. Żadnego ciepłego słowa, współczucia.
- Może i dobrze - pomyślałam, kiedy wyszła - Bo bym się jeszcze mocniej rozczuliła. Po południu wpadła Agnieszka. Niesamowite, może dlatego, że bardzo chciałam przekazać jej cały ból i frustrację, zaczęłam mówić wyjątkowo wyraźnie. Aga wysłuchała mnie z napięciem, a kiedy powiedziałam, że chcę na własną prośbę wyjść do domu, bez słowa sprzeciwu wstała i poszła do pokoju lekarzy. Wróciła z pielęgniarką, która usunęła felerny cewnik. Dwie godziny później wpadł do szpitala Janek, gotowy wysadzić w powietrze wszystko i wszystkich. Dobrze, że była nowa zmiana, bo inaczej krew by się polała. Wyobrażając sobie krwawą masakrę, opuszczałam szpital wtulona w ramiona syna, który, nie czekając na szpitalny wózek, złapał mnie na ręce i zaniósł do samochodu.  
         Przez miesiąc brałam przepisane w szpitalu leki i przeżycia szpitalne zaczęły rozmywać się jak koszmarny sen. Przestałam z lękiem obserwować swoje ciało i oddychałam spokojnie uwolniona od bólu. Dlatego nie rozpoznałam wroga, kiedy po pół roku, podszedł mnie( jak zwykle) niepostrzeżenie. Najpierw poczułam się, jakbym zjadła przysłowiowego woła, tyle, że mój był nafaszerowany weselnym tortem. W rzeczywistości wypiłam poranną kawę i zjadłam banana, rozdziabanego w jogurcie. Pani Kazia zawiozła mnie do kibelka, podała herbatę, której nie miałam już siły wypić. Wróciła po paru minutach, zabrała kubek, mamrocząc pod nosem, że nie ma czasu, żeby czekać, aż ja się zdecyduję wypić, że ma swoje życie i nie ma zamiaru zostawać dłużej.
      Ból stawał się nie do wytrzymania, nie miałam siły tłumaczyć, jedynie głową pokręciłam, kiedy chciała mnie rozebrać do mycia. Zdezorientowana i zirytowana zapytała czy wracam do pokoju, odpowiedziałam, że tak. Nie wiem co usłyszała bo wyszła. Ponownie zawołałam do niej, nadal nie rozumiała mnie, nic dziwnego, bo wydawałam z siebie nieartykułowane dźwięki. Wściekła zabrała mnie do pokoju, kiwałam głową, żeby mnie położyła.
- Boże! Co się z tobą dzieje? -  mówiła szarpiąc mnie, żeby naciągnąć mi majtki - Przecież nie mogę w takich warunkach pracować. Nie dosyć, że przychodzę do ciebie świątek-piątek, to jeszcze ty masz swoje fochy! - wykrzyczała.
- Kaziu, nie mam siły, tak bardzo mnie boli brzuch - wystękałam.
- Nie mów do mnie, bo i tak nic ciebie nie rozumiem - powiedziała, obciągając mi bluzkę - Nie wiem co ja mam zrobić.
- Połóż mnie na łóżko - poprosiłam.
- Co? - rzuciła zniecierpliwiona.
- Połóż mnie na łóżko - powtórzyłam.
- Nie wiem co mam robić, mów wyraźniej - patrzyła na mnie z nie ukrywaną złością.
- Połóż mnie na łóżko - kolejny raz podjęłam próbę wyraźnego powiedzenia tych paru słów.
- Nie mam czasu, żeby bawić się w zgadywanki. Muszę zdążyć na autobus, bo też mam rodzinę - dodała z przekąsem.
- Zawołaj Michała - prawie zawyłam, nie chcąc dopuścić, żeby wyszła i zostawiła mnie w takim stanie.
- Nie musisz na mnie się wyżywać i pokrzykiwać.
Trzęsłam się z bólu, nerwy mi puściły i zaczęłam płakać. Wierzyłam, że Michał mnie zrozumie. Pani Kazia, wzdychając ciężko, wyszła po syna. Dopiero wtedy udało mi się wydusić, że mam atak. Wówczas jej stosunek do mnie zmienił się. Była autentycznie przestraszona, podała mi nospę, powiedziała, że zaczeka pół godziny, żeby mi podać drugą. Przyznała się, że do głowy jej nie przyszło, że mogę znowu mieć atak. W łazience myślała, że kazałam jej wyjść, bo będę robić kupę. Niezły obciach, ja umierałam z bólu, a ona myślała, że sram.
     Jak wyszła, czuwał nade mną Michał, początkowo sądziłam, że mi przejdzie i dam sobie radę.
- Matka, wezwę pogotowie - twierdząco zapytał Michał.  
- Poczekajmy trochę, wzięłam dwie nospy - cichutko powiedziałam
- Ale... powiesz, jakby co?
- Powiem.
          Michał wyszedł z pokoju, a ja próbowałam siłą woli uśmierzyć ból. Próbowałam wszystkich znanych metod medytacji, działania na podświadomość, mantr i modlitw, wydawało mi się jakby ból ucichł.  
- Jak się czujesz? - zapytał syn, wróciwszy po chwili.
- Chyba lepiej.
- Jak mówisz chyba, to znaczy, że nic się nie zmieniło.
- Będzie dobrze - przekonywałam Michała i samą siebie.
- Dobrze cię znam, nie chcesz prosić o pomoc, żeby nie robić kłopotów, ale pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżać do chorych.
- Mam dosyć być ciężarem dla was - odpowiedziałam.
- Co ty, matka, mówisz? - powiedział - Gdyby nie ty, dawno bym nie żył. Mówiłem ci kiedyś, że już parę razy chciałem popełnić samobójstwo, ale powstrzymała mnie myśl, że ty byś tego nie przeżyła.
        Serce mi zamarło, bo to, co ja brałam za szantaż emocjonalny i chęć zwrócenia na siebie uwagi, było jak najbardziej realną groźbą. Poczułam się fatalnie, że ja sobie choruję, a moje dzieci bez żadnego wsparcia biegają w życiu samopas. Michał jak zwykle zbagatelizował temat. Żeby mnie rozśmieszyć zrobił wyliczankę, co by było, gdyby.
- Widzisz matka, więc, gdybyś ty umarła, ja od razu bym się zabił, Janek by się zamknął w sobie, zaczął pić albo by nie wytrzymał i też się zabił, Agniecha by się załamała i nie miała siły zajmować się Julką. Dlatego matka musisz żyć!
       Nagle atak przyszedł jak tsunami, z potworną siłą, zabierając mi nawet możliwość oddychania. Michał, płacząc, trzy razy dzwonił na pogotowie, musiałam tragicznie wyglądać, bo był naprawdę przerażony.
- Po co ja ciebie słuchałem i nie zadzwoniłem po pogotowie - cały czas powtarzał - Jak ci się coś stanie, nigdy sobie nie daruję, że cię posłuchałem.
       Nie mogłam utrzymać głowy, on mi ją podtrzymywał. Najgorsze były chwile, kiedy odpuszczałam walkę z moim ciałem i przestawałam oddychać. Pierwszy raz czułam spokój, gdy nie oddychałam, żadnej paniki, po prostu cudowne uczucie, że mogę wreszcie odpocząć, że nie muszę się wysilać. Wtedy Michał szarpał mnie i kazał mi oddychać. I znowu dla niego podejmowałam walkę. Nie wiem, czy gdyby Michała nie było przy mnie, czy bym się nie poddała. Bezwiednie wołałam mamę.
- Nie rozmawiaj z mamą, jej tu nie ma, rozmawiaj ze mną - błagał.
       Tego dnia dostałam ogromną dawkę niespodziewanej miłości, która przyniosła mi nowe siły.
- Czasem w życiu najgorsze tragedie przynoszą największe korzyści - pomyślałam.
Idealnie do tej sytuacji pasowało zdanie polskiej pisarki Aldony Rozanek..." Nawet nieszczęście może stać się przyczyną szczęścia". 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

... czy może być jeszcze gorzej ...

sobota, 20 marca 2010 15:49
         Rozbłysły jarzeniówki, dwie pielęgniarki wtargnęły do sali.
- Witam moje panie, pobudka, koniec lenistwa! - wykrzykiwała jedna, zabierając (wcześniej wetknięte pod pachę) termometry.
- Myjemy się? - zapytała mnie druga.
Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i z zapałem kiwnęłam głowa, żeby nie odeszła. Nalała wodę do miski, która stała na stołku pod zlewem i zanim zdążyłam zareagować czy zaprotestować przejechała mi twarz i tyłek tą samą szmatą, wyciągniętą znikąd. Nie zapytała czy mam mydło i gąbkę, a ja oczami wyobraźni widziałam, jak tą samą szmatą hurtem myje cały oddział. Przerzuciła mnie na plecy, podniosła zagłówek, nie ułożyła równo poduszki ani mnie i pobiegła dalej kąpać innych nieboraczków. Walczyłam, żeby nie osunąć się z poduszki, leżąc głową na ścianie, napięta i wygięta jak łuk, poddałam się.
- Nikt nie widział, że dziewczyna opadła? - zapytała oburzonym głosem lekarka - Zaraz panią poprawimy.
- Nie ma czasu, żeby zaglądać do chorych - absurdalnie tłumaczyła się pielęgniarka. Spojrzałam na nią zdziwiona, a moje myśli wypowiedziała na głos lekarka.
- Od tego jesteście - wycedziła przez zęby.
Sprawnie podciągnęły mnie do góry, wygładziły poduszkę, usadziły równo, pod kolana podłożyły koc, przykryły dobrze kołdrą.
- Dziś też damy  kroplówkę, może uda się pobrać krew; słyszałam, że wczoraj były problemy; o dwunastej jedziemy na USG - poinformowała mnie z uśmiechem.
- Wygodnie pani leży ? - kiedy skończył się obchód zapytała jedna ze współlokatorek, a ja skinęłam twierdząco.
- Przyjdzie ktoś do pani ? - zapytała druga, a ja ponownie kiwnęłam głową, wierząc, że lada moment zjawi się pani Kazia. Tymczasem pojawiło się śniadanie i siostrzyczka, która na siłę próbowała wepchnąć mi je do buzi.
- Niech pani otworzy usta!- rozkazała zniecierpliwiona, wpychając mi pajdę chleba - Zwariować można z tymi chorymi! Co pani myśli, że ja mam czas ślęczeć tutaj?
Mówiąc to siłowała się ze mną, nie słuchając moich wcześniejszych prób wyjaśnienia, że nie będę jadła ani nie zważając na całą pantomimę ciała, krzyczącego: NIE!!! Siedziała na przeciwko wściekła, a ja wewnętrznie drżąc, spokojnie patrzyłam prosto w jej oczy i z siłą, co najmniej pitbula, zacisnęłam szczeki. Patrzyłyśmy na siebie, ona próbowała zmiażdżyć wzrokiem moje ego i zmusić do kapitulacji, a ja chłodnym, nieruchomym spojrzeniem, odpierałam jej atak. Po chwili odłożyła kanapkę i ogłosiła światu zwycięstwo.
- Nie chce, niech nie je. Niektórzy chorzy potrafią wykończyć człowieka - powiedziała, oczekując aprobaty od pań na sali.
- Na upór nie ma lekarstwa - dodała już w drzwiach, wymownie zerkając w moją stronę.
      Wolałam uchodzić za upartą i strojącą fochy niż dać się zadławić kanapką z pasztetem. Leżałam, uśmiechając się do swego małego zwycięstwa. Zawsze wszelkie wzrokowe potyczki wygrywałam. Potrafiłam spojrzeniem zaintrygować, kusić, okazać bezgraniczne uwielbienie, ale i pogardę, mogłam ignorować i mrozić. Jeden raz przegrałam walkę, może bardziej osiągnęłam niezamierzony efekt.
         Byłam buntującą się nastolatka i próbowałam cały świat przekonać do swoich racji. W czasie ostrej wymiany zdań, na tyle wyprowadziłam moją mamę z równowagi, że uderzyła mnie w twarz. Stałyśmy naprzeciwko siebie. Mama przestraszona swoją reakcją i ja, hardo patrząca prosto na nią. Wzrokiem wołałam, że nie da rady mnie złamać. Wymierzyła mi drugi policzek, krzycząc, że będzie dotąd mnie biła, aż nie opuszczę oczu. Przełykałam łzy, patrząc na mamę coraz bardziej wyzywająco. Zamachnęła sie kolejny raz, nagle zatrzymała rękę i wrzeszcząc, żebym wynosiła się do swojego pokoju, sięgnęła po papierosa. Leżąc twarzą w poduszce, tłumiłam szloch, a z pokoju rodziców dobiegał mnie płacz mamy.
        Nie wiedziałam dlaczego przed oczami stanęły mi wszystkie życiowe sytuacje, których klaps w policzek był głównym bohaterem. Może dlatego, że jest symbolem chwilowej władzy uderzającego i wymierzonego upokorzenia. A mnie upokorzenie, podczas pobytu w szpitalu, było podawane jak pastylki.
     Szliśmy na akademię pożegnalną ósmych klas, ubrani odświętnie, mając przed sobą słoneczne wakacje i dorosłe życie w liceum. Chłopcy przepychali się, podszczypując dziewczyny. To, na co większość moich koleżanek reagowała głupawym chichotem, we mnie budziło agresję. Gdy poczułam czyjeś ręce na mojej pupie, obróciłam sie gwałtownie i zdzieliłam zaskoczonego chłopaka w twarz. Na chwile wszyscy zamilkli, po czym chłopcy zaczęli kpić z niego, że dał się pobić dziewczynie. Kilka dni później, kiedy wychodziłam ze szkoły, po odebraniu świadectwa, otoczyła mnie grupka starszych chłopaków.
- Piotrek? To ta niunia, która cię walnęła ? - zapytał drągal, napinając muskuły.
- Tak, to ta - odpowiedział szalenie speszony mój szkolny kolega.
- Trochę będzie szkoda obić taką buźkę - dorzucił inny.
- Honor kumpla najważniejszy, ku. . . a - zaklął łysy, chyba trzydziestoletni facet z wytatuowaną na przedramieniu fioletową, cycatą babą.
- Dawaj Piotrek! Szybciej, póki nikogo nie ma - zachęcał go muskularny typek.
- Nie, ja nie muszę - tłumaczył się z oczami wbitymi w ziemię.
- Nie pękaj, stary. Wal niunię tak, jak ona walnęła ciebie - ktoś dopingował.
- Tylko się nie rozpłacz - cały czas powtarzałam w myślach do siebie, patrząc z pogardą na Piotrka, który stał między kumplami z podwórka, czerwony jak burak.
- Jeżeli jej nie walniesz, to od nas dostaniesz wpierdol, za zawracanie nam dupy - stwierdził łysy.
- Nie lubię, kiedy się przy mnie klnie - powiedziałam zaczepnie.
- Oooo, lala się stawia - zawyli - Mamy panienkę z dobrego domu.
- Uważaj Piotrek, bo ta mała ma większe jaja od ciebie  - zaśmiał się łysy i popchnął Piotrka w moją stronę.
Chłopak bardziej klepnął mnie w policzek niż uderzył, inni nie mieli oporów. Dostałam od każdego po razie, każdy uderzył w ten sam policzek.
- Zapamiętaj mała, że mężczyzn należy szanować - rzucił na odchodne łysy.
Wydęłam pogardliwie usta i ze spokojem powiedziałam:
 - Tchórze!
 Zagwizdali z uznaniem i poklepując Piotrka, odeszli. Siedziałam w parku ponad godzinę, żeby nie wrócić do domu z płonącym polikiem. Przez ten czas zepchnęłam to przeżycie do najdalszej szuflady w moim mózgu z napisem „do zapomnienia" . Nigdy nie zapłakałam z tego powodu, nawet teraz, kiedy nieoczekiwanie wspomnienie wróciło w szpitalnej sali, nie obudziło żadnych emocji.     W przeciwieństwie do kolejnego, które zatrzęsło mną, usztywniając zarówno moje ciało jak i serce.
Coraz trudniej było mi się poruszać, po ostatnim upadku miałam złamane żebra i niestety od tego czasu nawet balkonik nie pomagał chodzić . Za to do pomocy, udowadniając sobie swoją wielkość i wspaniałomyślność, rwał się facet, którego (po koszmarnych latach wspólnej wegetacji) wreszcie wyrzuciłam z mojego i dzieci życia. Niestety zawsze wracał jak bumerang, oburzony i zdziwiony, że żyję, oddycham, śmieję się bez niego. Ponownie odrzucony, udawał płytę chodnikową, po której biegłam do pracy. Był lusterkiem w samochodzie, w które patrzyłam przy wyprzedzaniu, słuchawką mojego telefonu, wycieraczką pod drzwiami i kołdrą, którą przykrywałam się do snu. Jedynie tym mogę wytłumaczyć jego niepojętą wiedzę o moim życiu. Dlatego, kiedy pożegnałam się z moim Piosenkarzem, śmiertelnie wystraszonym moją śmiertelną chorobą, Jarek sfrunął z nieba do pomocy, jak superman. Miałam wrażenie, że moją chorobę traktuje jako należną mi karę, a siebie kreuje na misjonarza, z miłością pochylającego się nad trędowatym. Z poświęceniem zaczął ulepszać nasze życie, kierować moimi myślami, znowu po swojemu wychowywać i pouczać moje dzieci. Kiedy zwrócił Agnieszce uwagę, że mi nie pomaga, a ona mu pysknęła, uderzył ją w twarz. Agniecha z godnością wyszła, a ja uwięziona w swoim ciele, nie mogłam rzucić się na niego, żeby przegryźć mu gardło. W mało subtelny sposób podziękowałam za pomoc i ostatni raz wyprosiłam ze swojego domu. Jarek równie ciepło pożegnał się ze mną, nazywając niewdzięczną suką, której niepotrzebnie oddał serce i lata życia. Nie umiałam rozmawiać o tej sytuacji z córką, nie chciałam bardziej jej krępować, licząc, że sama do mnie przyjdzie. Może dlatego, że jej nie ochroniłam, dwa lata później, pomagając mi, zniecierpliwiona moją niemocą, podniosła na mnie rękę, nie wymierzając jednak uderzenia. Nie wiem dlaczego tego wspomnienia nie mogłam upchnąć do szuflady zapomnienia.
         Coraz bardziej przygnębiające myśli, przerwało wejście pani Kazi. Narzekając na odległość, którą musiała pokonać, uczesała mnie, umyła zęby, nakarmiła, podała herbatkę. Gadałyśmy ze sobą i wtedy pierwszy raz napisałam „ instrukcję obsługi Kasi". Potem moja opiekunka przekonywała panie, że można mnie zrozumieć, wsłuchując się w to, co mówię, dodatkowo patrząc na moje usta. Pokazała jak mi podać picie, tabletkę, jedzenie i pojechała do domu.
          Tego dnia nikt mnie już nie odwiedził, czego późnym wieczorem nie omieszkały głośno skomentować moje panie.
      Kolejny poranek przywitał mnie, obolałą po nieprzespanej nocy, zimnym termometrem i hałasem porannej krzątaniny salowych. Nikt z personelu szpitala, mimo wcześniejszych informacji, że w domu siedzę na wózku, nie próbował mnie na nim posadzić. Wcześniej dla wygody ściągnięto ze mnie majtki, teraz zadecydowano, że jeszcze mniej problemu będę sprawiała, mając założony cewnik. Leżałam na starym, niewygodnym łóżku, przez cienki, twardy materac czułam wszystkie jego łączenia i metalowe pręty. Moje panie naprawdę próbowały rozmawiać ze mną, każdą próbę, a tym bardziej udane porozumienie, nagradzałam promiennym uśmiechem.
     Pani Kazia poinformowała mnie, że będzie przychodzić do mnie co drugi dzień, dlatego bardzo oczekiwałam przyjścia Agniechy. Wpadły wieczorem z przyjaciółką, rozćwierkane narobiły sporo zamieszania, niewiele mi pomogły, ale swoją obecnością zdecydowanie poprawiły mi humor.
          W nocy nie pomagało liczenie baranów, kóz i innej rogacizny; dwa zastrzyki w tyłek na sen i przeciwbólowy też niewiele zmieniły. Wpatrzona w ścianę modliłam się o nadejście dnia, jakby miał cokolwiek zmienić. Zmieniono mi jedynie pozycję z leżącej na pozornie siedzącą, unosząc zagłówek. Kręgosłup, kość ogonowa i pięty, obciążone stale ciężarem ciała, bolały niemiłosiernie. Na moje użalanie i łzy bólu pani Kazia i Janek, którzy przyszli tego dnia, mieli tę samą odpowiedź.
- Co ja ci na to poradzę?!
     Okazało się, że z mojego organizmu całkowicie wymiotło potas, dostałam jeszcze dwie dodatkowe litrowe kroplówki, łącznie sześć litrów płynów, monotonnie kapiąc, odmierzało czas.
        Po południu niespodziewanie pojawił się tata.
- Jestem prosto od lekarza! - zakrzyknął triumfalnie od wejścia - Dzień dobry miłym paniom - dodał, kłaniając się w pas.
- Jestem tatą Kasi - przedstawił się szarmancko, całując wszystkie panie w rękę.
- Jak sie czujesz ? - zapytał mnie i jak zwykle, nie słuchając prób mojej, w miarę wyraźnej odpowiedzi, zaczął pogawędkę z paniami.
- Widzicie, panie, w jakim stanie jest córka? - głęboko westchnął, patrząc na mnie smutno - Nic niestety nie można poradzić - ponownie westchnął jak stary parowóz i zamyślił się.
- Córka ma SM? - zapytała sąsiadka spod okna.
- Nie, ma stwardnienie zanikowe boczne - powiedział konspiracyjnym szeptem, spoglądając na panie, jakby sama nazwa choroby miała je powalić z nóg.
- To jakaś odmiana SM? - padło kolejne pytanie, unosząc tatę na katedrę wykładowczą. Będąc w swoim żywiole dyskusji o chorobach, tłumaczył paniom wszystkie objawy SLA. Przy rokowaniach dla chorego, opisując kolejne etapy niszczenia ciała, aż do nieuchronnej śmierci, szeptał złowieszczo, unikając mojego wzroku. Panie kiwały głowami ze zrozumieniem, wszyscy ciężko- raz za razem - wzdychając, wywoływali przeciąg. Cud, że mnie nie wywiało z sali. Próbowałam tacie wytłumaczyć, że nie mogę z bólu wyleżeć, ale robił tylko coraz bardziej zasępioną minę, stękał i załamywał ręce. Zamiast do mnie, odezwał się do pań.
- Widzicie, panie, córka się denerwuje, że jej nie rozumiem, ale to nie jest moja zła wola. Same słyszycie, jak niewyraźnie mówi - tłumaczył się.
- Była opiekunka u córki i zupełnie dobrze się dogadywały - stwierdziła jedna z sąsiadek.
- To co innego - zaoponował tata - Są ze sobą na co dzień.
- Syn i córka też ją rozumieją - dodała inna z chorych.
- Ja, niestety nie mogę, po prostu nie rozumiem - usprawiedliwiał się z ponurą miną.
- Wie pan co? - głosem nieznoszącym sprzeciwu odezwała się „belferka"  -  Tak sobie obserwuję; córka, jak sam pan mówi, jest w bardzo ciężkim stanie; to gdzie pan był przez te pięć dni, które tu leży?
Grzeczny uśmiech zniknął z twarzy taty.
- Nie muszę się pani tłumaczyć! - odparł lodowatym głosem.
- Wcale tego nie oczekuję, chcę powiedzieć tylko, że przez półtora dnia nie wiedziałyśmy nawet, jak podać dziewczynie herbatę - równie chłodno odpowiedziała.
- Przecież ma swoją rodzinę: trójkę dzieci - próbował wyjaśniać.
- A pan? To niby kto? Obcy? - zapytała.
- Nie wiem do czego pani zmierza - agresywnie powiedział tata.
Miał dokładnie taką samą minę, jak wtedy, gdy dwa lata po śmierci mamy, zastał mnie w mieszkaniu rodziców, przeglądającą książki po mamie. Potraktował mnie jak złodzieja-włamywacza. Purpurowy ze złości oskarżył, że bez jego wiedzy weszłam do mojego, jeszcze niedawno temu, domu i chciałam wynieść książki. Owszem chciałam wziąć te, do których miałam największy sentyment i które czytałyśmy razem z mamą. Ponieważ tata chciał wiedzieć co chcę zabrać, umówił się ze mną na następny dzien. Kiedy przyszłam, zastałam go, zmieniającego zamek w drzwiach.
          Rok później sprzedał mieszkanie, nie pytając mnie o zgodę. Tak samo zrobił z samochodem po mamie.
- Jesteśmy razem dopiero pięć dni i udaje nam się zrozumieć o co Kasia prosi. Ja bym postawiła diagnozę, że córka choruje na brak miłości - dokończyła.
- Nic pani nie wie, żeby nas osądzać - burknął. - Katarzyna - zawsze tak do mnie mówił, kiedy był wściekły - Będę jutro, bo umówiłem się z lekarzem. Do zobaczenia - kiwnął głową i zniknął za drzwiami. Patrzyłam w miejsce, gdzie przed chwilą stał i nagle uświadomiłam sobie, że nie lubię taty. Kocham go, ale zdecydowanie nie lubię.
- Przepraszam, Kasiu, jeżeli czymkolwiek cię uraziłam - powiedziała „nauczycielka", wycierając mi łzy, których nawet nie poczułam.
         Przed nocą, z nadzieją, wypięłam dupkę do zastrzyków, niestety ponownie nie przyniosły snu. Zdrętwiała, sztywna, spocona z bólu jęczałam na tyle głośno, że moje panie dzwoniły po pielęgniarkę. Za kolejnym dzwonkiem siostra, po zgięciu mi zesztywniałej nogi, usiadła przy mnie i zaczęłyśmy rozmawiać! Zrozumiała mój ból, przerażenie niemocą, lęk przed całkowitym uzależnieniem i pragnienie śmierci. Zaczęła mi opowiadać różne życiowe historie, dziwnym trafem dając mi odpowiedź na wiele moich pytań. Wychodziła na chwilę, żeby pomóc innym chorym i wracała do mnie. „Przegadałyśmy" do końca jej dyżuru, trzymała mnie za rękę, poprawiała ułożenie nóg i dzięki niej przetrwałam kolejną noc. I niech ktoś powie, że nie ma aniołów!
       W porze poobiedniej sjesty prawie równocześnie przyszli do mnie tata i Janek, dlatego, mając w Jaśku tłumacza, próbowałam wymóc przez nich wymianę leżanki. Wszyscy mieli łóżka z możliwością podniesienia do góry całych pleców, moje unosiło jedynie głowę. Przez materac czułam wszystkie szczebelki.
      Tata poszedł w tej sprawie do pokoju lekarzy, a ja próbowałam przekonać syna, żeby przywiózł mi z domu materac. Poparła mnie „nauczycielka", przysłuchująca się naszej rozmowie. Okazało się, że mieszka w pobliżu i zaproponowała pomoc w przywiezieniu materaca. Janek umówił się z jej mężem i wieczorem obaj triumfalnie wnieśli materac do sali. W tym czasie tata wywalczył zmianę łóżka.
- W dupie się chorym przewraca - komentowały pielęgniarki.
- Mało mamy roboty? To sobie wymyśliła! - młodziutka siostra z miną schorowanej dziewięćdziesięciolatki spojrzała na mnie ze złością.
- Jak my to cholera mamy zrobić?! Przecież ona ma cewnik! - wściekała się druga.
- Ciszej! Ordynator kazał - zasyczała pielęgniarka, wyglądająca tak, jakby sama potrzebowała szybkiej reanimacji.
- Na raz, dwa, trzy - cztery siostry złapały za rogi prześcieradło i przerzuciły mnie na nowe łóżko.
      Byłam tak szczęśliwa, że nie zwracałam uwagi na ich uszczypliwe komentarze. Po sześciu dniach męczarni czułam się jak królowa, siedząc wysoko na poduszce, mając pod tyłeczkiem wygodny materac. Trzy kolejne noce minęły spokojnie, z czego najbardziej cieszyły się moje sąsiadki.
         Ostatniego dnia na porannym obchodzie dowiedziałam się, że z powodu bezruchu cały metabolizm przebiega ospale i wszędzie, gdzie to jest możliwe osadzają się różne paskudztwa. U zdrowych-chorych ludzi wszelkie kamienie usuwa się operacyjnie, ja najprawdopodobniej takiego zabiegu bym nie przeżyła. Dlatego szczelnie przykryta kocem jechałam do domu trzęsącą karetką razem ze swoimi kamyczkami w woreczku żółciowym i nerkach.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

... gdy rzeczywistość przerasta ...

poniedziałek, 15 marca 2010 21:53
 

           Obudziłam się o brzasku, przez plandekę namiotu rozzuchwalone latem słońce świeciło jak oszalałe. Wszyscy w obozie jeszcze spali, cichutko wyszłam ze swojego namiotu i zachłysnęłam się porankiem. Las, wśród którego stał rozłożony obóz, pachniał życiem. Buchało z każdego zielonego liścia, śpiewu ptaków i marszu zapracowanych mrówek. Idąc powoli ścieżką, przeskakiwałam pomiędzy nimi, szanując ich malutkie życie. Niewiele brakowało, żebym zrobiła miotłę z gałęzi i wzorem buddyjskich mnichów zamiatała drogę przed sobą, żeby nie nadepnąć żadnego żyjątka. Byłam szczęśliwa, że byłam, żyłam, oddychałam, czułam. A czułam całą sobą! Skóra cieszyła się delikatnymi promieniami słońca, które ją muskały. Włosy bawiły się z wiatrem, oczy napawały pięknem, uszy śpiewały z ptakami, lśniące powietrze gładziło moje płuca, a mnie przepełniało szczęście.
    Jezioro świeciło błękitem nieba; wpatrzona w nie, usiadłam na molo. Wolność, najbardziej ceniona przeze mnie wartość życia, była we mnie i dookoła mnie. Zdjęłam podkoszulkę i w samych majtkach wskoczyłam do wody. Płynęłam niespiesznie przed siebie, obserwując brzegi jeziora. Lekko mrużyłam oczy, płynąc do wschodzącego słońca, z prawdziwą rozkoszą czułam chłód dotykającej mnie wody i jej smak, kiedy łapałam ją w usta. Nie wiem czy szeptałam, czy śpiewałam układaną wtedy modlitwę. Wówczas wydawało mi się, że słowa do wymyślonej melodii to zwykła, radosna piosenka.
        Dzisiaj wiedziałam, że była to najpiękniejsza modlitwa bezinteresownej miłości do życia, podziękowania za możliwość przeżywania radości istnienia, zachwytu nad otaczającym światem. Nauczona, że dziękuje się za coś, prosi o coś, cieszy z czegoś, jest się szczęśliwym z powodu, nie prosiłam o nic, cieszyłam się z niczego, byłam szczęśliwa bez powodu i dziękowałam za wszystko wokół. Czy doceniane życie za samo to, że jest nam dane, nie byłoby dla nas łaskawsze? Cały czas szarpane, przeklinane, poganiane, znienawidzone z czasem się buntuje i odpłaca właścicielowi zdradą, wypadkiem, chorobą.
         Jaka była moja wiara? Ochrzczona zgodnie z wyznaniem rzymsko-katolickim, wieczorem, jako małe dziecko, składałam rączki do Bozi, prosząc o zdrowie dla mamusi, tatusia i dla siebie. Później niewiele miałam do czynienia z kościołem, Bóg - według księdza, prowadzącego katechezę - był groźnym ojcem z oczami dookoła głowy, dostrzegający każde moje potknięcie i surowo je oceniający. Według mojej mamy był kochającym tatusiem, wybaczającym wszystkie przewinienia. Wybrałam dobrego tatusia i zamieniłam zimny kościół, w którym zabraniano nawet się roześmiać, na zalaną słońcem polanę, pachnący żywicą las, nadmorski brzeg.
     Wierzyłam, że nade mną czuwają dobre anioły, a do Boga mogę modlić się wszędzie, bo wypełnia cały świat. Nie zmuszana przez rodziców, nie przyjęłam sakramentu komunii i bierzmowania.
     W krytycznych momentach życia przychodziłam jednak do kościoła jak do domu bożego, wierząc, że tam na pewno spotkam Boga. Potrzebowałam pewności, że Go zastanę i mnie wysłucha. Odwiedzałam Go zawsze wtedy, gdy kościół był pusty i nie odbywała się msza, szłam prosto do ołtarza, dosłownie rzucałam się na kolana i, wpatrzona w Jezusa, zaczynałam rozmowę. Mówiłam o wszystkim, co mnie smuciło, cieszyło, opowiadałam o swoich niepokojach, kłopotach, problemach, z którymi nie umiałam się uporać. Narzekałam, płakałam, prosiłam o pomoc i radę, obiecywałam i przysięgałam poprawę. Wychodziłam wyciszona, uspokojona i znowu uśmiechałam się do mijających mnie ludzi. Tak się spowiadałam przez wiele lat zanim, w nadmiarze codziennych zajęć, zapomniałam o Bogu i przestałam odczuwać potrzebę rozmowy z Nim. Wzięłam życie w swoje ręce i świetnie sobie radziłam. Jeżeli pojawiały się problemy, sama je rozwiązywałam, nie zawracając Bogu głowy.
        Wolną wolę, która była mi dana, wykorzystywałam dla swoich korzyści, przyjemności i potrzeb. Umiłowaną wolność wyszarpywałam od życia, nie zważając na to, czy kogoś krzywdziłam, narażałam na niebezpieczeństwo, czy przyprawiałam o drżenie serca. Dziwnie przekonana, że nic złego nie może mi się przytrafić, gnałam samochodem poganiana okrzykami dzieci:
     - Maaamo! Wyprzedź jeszcze ten samochód! Szybciej! Jeszcze jeden!
      Pływałam z nimi nocą w Adriatyku, skacząc do wody na środku zatoki, pijana szampanem i oszałamiającą wolnością. Kochałam intensywnie i bezgranicznie żonatego faceta, sprawiając ból jego żonie i zaniedbując dzieciaki. Wszystko w imię wolności. Zwiększałam emocje i doznania, wyzwania i osiągnięcia. Praca, tworzenie, miłość i sex wypełniały moje życie, a ja stale musiałam zwiększać ich dawkę.
           Szara codzienność, nuda, przeciętność były moim wrogiem, bezwiednie robiłam wszystko, żeby urozmaicić każdy dzień. Wolność czułam tylko wtedy, gdy siadałam na karuzeli życia, a ona kręciła się szybko, coraz szybciej. Czasem miałam dość, bolała mnie głowa i zbierało mi się na wymioty. Wtedy schodziłam z karuzeli, ale świat nadal wirował a ja marzyłam, żeby wszystko się uspokoiło i żebym odzyskała równowagę. Kiedy zaczynałam znowu wyraźnie widzieć i mijał zawrót głowy, wbrew wcześniejszym postanowieniom, że już nigdy więcej, ponownie wsiadałam na karuzelę i zwiększałam prędkość. Nic dziwnego, że krzesełko urwało się z łańcucha, a ja po upadku obudziłam się nieruchoma w moim ciele.
         Gwałtownie zatrzymana, uczyłam się patrzeć na przepływające coraz wolniej życie z nowej, kompletnie innej perspektywy. Próbowałam nie zwracać uwagi na stopniowo powiększające się ograniczenia ciała, jeszcze intensywniej wykorzystując umysł do ich pokonania. Wbrew mojemu przekonaniu o własnej sile, choroba coraz bardziej pożerała ciało, a umysł rozpaczliwie starał się dopasować do jego pogarszającej się kondycji. Mimo fizycznej słabości trzymałam się pracy, życia towarzyskiego, podróży i dalekosiężnych planów. Nawet diagnoza, dająca mi niewiele ponad pół roku życia, oprócz chwilowego szoku, nie odebrała mi zapału do walki o zachowanie wolności. Nie chciałam dostrzegać własnej ułomności, ale ludzie obok łatwo ją zauważali i szybko wyrzucili mnie z olimpiady, zarezerwowanej dla sprawnych zawodników.
           Siedziałam codziennie bardziej nieruchoma, gorączkowo w myślach przebierając nogami i wykonując czynności, na które pozwalało mi ciało. Potrzebowałam coraz więcej pomocy. Dostałam opiekunkę, wózek inwalidzki, dodatek opiekuńczy, ale nikogo nie interesowała moja psychika. Sama szukałam  sposobów, żeby nadal oddychać w ciągle zacieśniającej się przestrzeni. Musiałam odnaleźć utraconą wolność, nie wyobrażałam sobie bez niej życia. Kiedy ciało definitywnie wypowiedziało mi umowę o pracę, zdałam sobie sprawę, że muszę odszukać wolność w umyśle i sercu.
        Oglądałam tok-szoł, w którym prowadzący zadawał serię pytań Przemkowi Salecie, każąc mu na nie odpowiadać jednym słowem. Na pytanie o najbardziej cenione w życiu wartości dostał odpowiedź: rodzina i wolność. Na pytanie jak można pogodzić dwie wykluczające się wartości, Saleta przedstawił swoją definicję wolności - wolność to brak uzależnienia i przywiązania do jakiejkolwiek rzeczy, którą można stracić.
- Rzeczywiście - pomyślałam - Każde uzależnienie ogranicza wolność. Z dumą spojrzałam w przeszłość, stwierdzając, że właściwie nikt i nic mnie nie zniewoliło, poza samą... wolnością.  Tak, stała się moim narkotykiem, dla którego sprzedałam wszystkie inne wartości. Uzależniona od wolności, utraciłam jej prawdziwą magię, lekkość i naturalność. Przeszłam długą drogę, żeby ponownie odczuwać ją w brzasku budzącego się dnia. Wróciłam z powrotem do wspomnień, kiedy nie musiałam gonić za wolnością, bo przychodziła do mnie sama z każdym oddechem życia.
        Uśmiechnęłam się do marzeń, a obok mnie, zaglądając w szpitalne okno, budził się nowy poranek.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

... tylko tego brakowało ...

czwartek, 11 marca 2010 18:43
  
         Siedziałam na kibelku i modliłam się do Boga, żeby mi już nie dawał więcej bólu. Przepraszałam za miejsce mało stosowne do modlitwy, ale mój lęk był tak silny, że od rana mamrotałam prośby o odrobinę spokoju i o chociaż jeden dzień bez bólu. Sezon ataków, nie wiadomo jakiego organu w moim brzuchu, przyszedł zupełnie niespodziewanie. Pierwszy atak wziął mnie z zaskoczenia, wypełzł po kręgosłupie, otoczył żebra, ucisnął tak mocno przeponę, że nie mogłam oddychać. Kiedy następnego dnia znowu przyszedł, jeszcze nie chciałam uwierzyć. Trzeciego dnia pogotowie jeździło do mnie trzy razy. Ostatnia ekipa o drugiej w nocy chciała mnie ze sobą zabrać do szpitala, ale, kiedy lekarz powiedział, że stan brzucha nie wskazuje na zagrożenie życia, zaparłam się i odmówiłam zabrania z domu. Umówiliśmy się z lekarzem, że jeżeli ból nie przejdzie, wezwiemy ich powtórnie i wtedy bez protestów pojadę z nimi. Dostałam potężny zastrzyk, po którym zdrętwiał mi pośladek, a ból,  trochę otępiały, próbował usnąć razem ze mną. Niestety rano obudziliśmy się znowu razem. Wiedziałam, że nie ma odwrotu, leżałam cichutko, czekając na opiekunkę.
- Boże! Jak ty wyglądasz? ! - krzyknęła na mój widok.
- Kaziu, jadę do szpitala. Nic nie przechodzi.
- Nie wiem co mam robić...
- Jak zwykle, kiedy coś się dzieje - pomyślałam.
Tak bardzo chciałam, żeby ktoś teraz za mnie zadecydował, żebym nie musiała myśleć, zarządzać. Chyba pierwszy raz chciałam się podporządkować innym, żeby decydowali za mnie.
- Spakuj mi pidżamę, kubek, herbatę, wsyp cukier do słoika; nie zapomnij o łyżeczce, ręczniku, szczoteczce i paście do zębów - wyrecytowałam jednym tchem. Kazia poszła spakować rzeczy, a ja gorączkowo myślałam o tym, czego będę jeszcze potrzebowała.
- Synku - zwróciłam się do Janka, który przyszedł do mojego pokoju zaspany po nocy - Proszę, zadzwoń po pogotowie.
- Wreszcie się zdecydowałaś - podsumował - Nie trzeba było tak od razu?!
Co ja miałam im wszystkim powiedzieć, że boję się jechać, bo nikt nie będzie miał cierpliwości, żeby mnie wysłuchać i tym bardziej zrozumieć? Jak miałam wytłumaczyć, że dla mnie każdy drobiazg ma ogromne znaczenie? Źle ułożona noga, po pewnym czasie, sprawia ból nie do wytrzymania, a na płasko położona głowa powoduje, że dławię się śliną, której w tej pozycji nie mogę przełknąć. A co się stanie, gdy będą chcieli mi zrobić zastrzyk  przeciwbólowy, a ja nie dam rady wytłumaczyć na jakie leki jestem uczulona. Takie myśli towarzyszyły mi, kiedy czując się całkowicie bezbronna, jechałam, podskakującą na wybojach, karetką. Droga ciągnęła się okrutnie, a moje ciało po każdym podskoku samochodu robiło się coraz bardziej sztywne, wszystkie mięśnie( nie wiedziałam czy z napięcia, czy z zimna) drżały, jak oszalałe. Nie mogłam zapanować nad szczękaniem zębów, które dzwoniły tak głośno, że zdawało mi się, iż zagłuszały ryk silnika pędzącej karetki.
- Co my tu mamy? - pochylił się nade mną lekarz z izby przyjęć - Co boli? - zapytał.
- Brzuch - odpowiedziałam, bezskutecznie próbując poruszyć ręką, żeby wskazać bolące miejsce.
- Co? - wykrzywił się - Proszę mówić wyraźniej!
- Z panią się nie dogadasz - powiedział lekarz z pogotowia, niosąc moją dokumentację - Podejrzewam zapalenie błony śluzowej żołądka albo kamienie w woreczku.
Lekarz dyżurny zaczął ugniatać mi brzuch, żądając, żebym dawała jakieś znaki w bolesnych miejscach. Byłam tak zestresowana, że nie czułam bólu, który trzymał mnie przez trzy dni.
- Siostro, proszę przebrać pacjentkę w pidżamę i zawieźć na oddział wewnętrzny, na razie nie kwalifikuje się na operację.
- Masz ze sobą koszulę?- zapytała mnie pielęgniarka.
        Pokręciłam przecząco głową, siostra ciężko westchnęła i poszła sobie ode mnie. Leżałam na plecach, patrzyłam w sufit, z oczu płynęły mi łzy. Próbowałam siłą woli zapanować nad łkaniem, które mną wstrząsało. Czułam się przeraźliwie bezradna, moje ego skurczyło się do rozmiarów robaka, który widzi nad sobą szybko opadający but. Leżałam przy jakiejś szpitalnej autostradzie, koło mnie biegali chorzy zabandażowani jak mumie, zdenerwowane rodziny, pielęgniarki tupały drewniakami, lekarze przemykali ze stertą dokumentów w dłoniach.
- No laleczko, przebieramy się - usłyszałam pielęgniarkę, która ze zgrzytem przesuwała parawan - Siadamy - rozkazała.
- Nie mogę - odparłam.
- Co mówisz ? - zapytała - Szybciej rusz się, bo nie ma czasu.
- Nie mogę! - powtórzyłam dobitniej.
- Grażyna ! - wrzasnęła - Chodź mi tu pomóc.
     Przebrały mnie w koszulę, ściągając mi majtki, tłumaczyły, że tak będę łatwiejsza w obsłudze. Zawiozły białymi korytarzami na oddział wewnętrzny, kłócąc się ze sobą o to, na której sali mają mnie położyć. Zdecydowały, że najwygodniej będzie jak ulokują mnie blisko drzwi. Sprawnie przerzuciły mnie na łóżko, nie  przejmując się wygodnym ułożeniem i poszły.
      Zagryzłam usta, głęboko przekonując siebie, że dzielnie wytrzymam do przyjazdu Janka, a on przekaże" instrukcję mojej obsługi". Wokół mnie zaczęły krążyć współlokatorki, próbując dowiedzieć się czegoś o mnie. Najpierw dyskretnie obserwowały, później zaczęły snuć przypuszczenia między sobą, w końcu zniecierpliwione moim przedłużającym się milczeniem, zadały serię pytań. Próbowałam spokojnie, z uśmiechem odpowiedzieć na nie. Po kolejnej nieudanej próbie porozumienia, rozczarowane machnęły ręką i odeszły do swoich łóżek. Czułam się jak w dżungli, gdzie zainteresowane pojawieniem się intruza, zwierzęta najpierw pomału podchodzą do niego, obwąchują, sprawdzają zagrożenie i jeżeli go nie ma, a nowe stworzenie nie nadaje się nawet do zjedzenia, lekceważą je i odchodzą.
- Myślicie, że nas w ogóle rozumie ? - zapytał głos za moimi plecami.
- Przecież ona tylko bełkocze; na pewno nie ma kontaktu z rzeczywistością - stwierdziła stanowczo pani o wyglądzie srogiego belfra.
- Może coś do niej jednak dociera - zaoponował miły głos spod okna - Wyglądała jakby nas słyszała i chciała coś odpowiedzieć.
- Każdy reaguje na głos, co nie oznacza, że ma świadomość - powiedziała nauczycielka.
- Musimy się dowiedzieć, co jej jest od pielęgniarek - usłyszałam zza siebie.
- Może lepiej zapytać rodzinę, kiedy  przyjdzie - zapytało okno.
- Co pani, obcych ludzi? ! - oburzyła się belferka.
- Wygląda na spokojną, ale z psychicznymi nic nie wiadomo - stwierdziły plecy.
- Biedulka, przecież ona nie może sama się poruszać - współczuło mi okno - Słyszałyście panie, jak siostry mówiły, że jest sparaliżowana.
- Nie sparaliżowana tylko niepełnosprawna - poprawiła siedząca najbliżej mnie nauczycielka.
 - Halo? Słyszy mnie pani? - stanęła nade mną, obserwując moją reakcję.
         Leżałam nieruchomo wpatrzona w sufit i naprawdę nie chciało mi się w żaden sposób reagować. Byłam zmęczona bólem, przerażona przyszłością, Zniechęcona niemocą i niemożnością porozumienia.
- A nie mówiłam wam, że ona żyje w swoim własnym świecie, nieświadoma tego, co się wokół dzieje - zatriumfowała, odchodząc od mojego łóżka.
        Przyszła jakaś siostra, próbowała pobrać mi krew; po kilku nieudanych próbach wkłucia stwierdziła, że przyśle bardziej doświadczoną pielęgniarkę. Po godzinie przyszły dwie siostrzyczki, obejrzały moje ręce i nogi, szukając żył, kilka razy wbiły mi różnej grubości igły, ale krew nie poleciała. Zdecydowały, że najpierw muszę dostać dwa litry kroplówki; zainstalowały w mojej żyle wenflon, a ja zaczęłam mierzyć upływający czas powolnym kapaniem pojedynczych kropli. Później przyszedł czas obiadu, nikt nie wiedział co mogę jeść ani jak mi podać posiłek, więc obiad, a potem kolacja przyszły i sobie poszły. Nikt więcej mnie nie odwiedził, nie powiedział słowa na temat ewentualnych badań, tego co mi grozi i jakie są podejrzenia. Leżałam i czekałam na przysłowiowe zmiłowanie. Kończyły się wizyty rodzin moich współlokatorek, patrzyłam z nadzieją na drzwi, że zobaczę kogoś z moich bliskich.
        Mijał czas, a ja sobie leżałam coraz bardziej obolała i z każdą chwilą mocniej kłóciłam się z Bogiem. Nie tylko wierzyłam, ale czułam i wiedziałam, że Bóg istnieje. Jeżeli jest tak dobry, wyrozumiały i miłosierny, to dlaczego jest tyle cierpienia? - skierowałam odwieczne pytanie do Jezusa, może jakiegoś świętego, gdyby Jezus był zbyt zajęty i nie mógł mi odpowiedzieć, a może tylko do swojego rozumku. I chyba właśnie rozum mi odpowiedział, żebym się nie napinała, bo i tak nie zrozumiem. Wykrzyczałam Bogu, że jeżeli jest taki mądry i wszystko może, to niech mnie zabierze z tego życia, bo tak dalej nie chcę żyć.
     W tym momencie wszedł z wieczornym obchodem lekarz, stanął nade mną, postukał długopisem w moją kartę i powiedział, że jeszcze nic nie wie.
- Nic dziwnego - pomyślałam - Skoro przez cały dzień nie poradzili sobie nawet z pobraniem krwi.
- Jutro zrobimy badania, wszystko wskazuje na to, że ma pani kamienie w woreczku żółciowym, chociaż podobne objawy dają kamienie w nerkach; brzuch jest miękki - powiedział, ugniatając go z każdej strony - Nie widzę potrzeby operacji - dodał.
       Okropne było poczucie, że nie mogę sama zapytać o siebie, że leżę jak powalone drzewo, a drwal zastanawia się czy odciąć mi tylko gałązki, czy porąbać na małe kawałeczki. Lekarz wyczuł moją bezradność i przywrócił mi człowieczeństwo, udzielając kolejnych informacji.
- Jutro albo pojutrze będzie pani miała USG jamy brzusznej i nerek, pobierzemy krew, żeby sprawdzić wątrobę i trzustkę oraz zrobimy gastroskopię. Gdyby jednak okazało się, że będzie potrzebna operacja, musi panią obejrzeć anastezjolog - patrzył mi spokojnie prosto w oczy - Istnieje prawdopodobieństwo, że się pani nie obudzi.
Musiałam zrobić chyba wielkie oczy, bo zaraz dodał z uśmiechem:
- Ale chyba tak młoda dziewczyna, nie chciałaby sobie u nas umrzeć? - i mrugnął do mnie porozumiewawczo okiem - Zwłaszcza taka śliczna, prawda moje panie? - machając moją kartą, na której stało jak wół czterdzieści sześć lat, zwrócił się do pań na sali, a one chórkiem potwierdziły.
          Po jego wyjściu, zapadła ogłuszająca cisza. Kobietki musiały przetrawić wiadomość, że jednak wszystko rozumiem, a ja musiałam zdecydować czy prosić Boga o śmierć, czy życie. Przed przyjściem lekarza błagałam Boga o jak najszybszą śmierć, a kiedy się okazało, że jest bliziutko, to się przestraszyłam, zamiast ucieszyć. Znowu, jak zwykle, dostałam odpowiedź - a narzekałam, że Bóg mnie nie słucha.
 - Cóż - westchnęłam - Muszę nauczyć się Go lepiej słuchać.
       Moje rozmyślania przerwał Janek, który pojawił się z bandą kolegów. Dosyć swobodnie zaczęliśmy rozmawiać, zdałam mu relację z całego dnia i poprosiłam, żeby wyjaśnił paniom, że jestem normalna. Spojrzał na mnie jak na nienormalną właśnie, nie rozumiejąc mojej prośby. Kiedy wyjaśnił paniom, że mózg mam sprawny i bardzo żywotny, były w szoku, który pogłębiło jeszcze posadzenie mnie na wózku i zawiezienie do toalety. Widząc zdziwienie w ich oczach, poczułam się najbardziej sprawną osobą na świecie. Z dumą podniosłam głowę i jak królowa w lektyce wyjechałam z sali zdezelowanym szpitalnym wózkiem. Potem Janek ułożył mnie na boku, żebym jakoś przetrwała noc i obiecał, że będzie u mnie następnego dnia wcześniej.
Zgaszono światła, noc przycupnęła na moim łóżku i cierpliwie próbowała utulić mnie do snu. Zamykałam oczy, które nie dały się zamknąć, przekonywałam siebie, że nie czuję bólu, który nadal czułam. Podziękowałam Bogu za dzień, który przeżyłam i przeprosiłam za durne modlitwy. Uświadomiłam sobie, że (wbrew wielokrotnym prośbom o śmierć) nadal chcę żyć.
- Mój Boże - wyszeptałam w myślach - Ja tylko nie chcę tak żyć. Proszę, proszę oddaj mi ukochaną wolność, Panie! - błagałam cichutko, leżąc nieruchomo, ograniczona brakiem wolności ruchu.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

... a po co ? ...

sobota, 06 marca 2010 21:08
 

       Lato się kończyło, a wraz z nim moje marzenia o odczuciu zwiewności, lekkości i wolności życia, z którymi zawsze kojarzyła mi się rozbuchana o tej porze przyroda. Niestety docierała do mnie jedynie przez uchylone okno i wąski skrawek świata widziany przez nie. W zeszłym roku trzy miesiące spędziłam, praktycznie od świtu do nocy, pod magicznym niebem Indii. Po przylocie do kraju tydzień później siedziałam na rozgrzanej sierpniem chorwackiej plaży  z Wiktorem i jego chłopakiem. Tego roku rozpoczęłam kwarantannę, bycie w odosobnieniu, takie moje zawieszenie pomiędzy życiem, a śmiercią. Trochę sama zamykałam się na bezludnej wyspie mojego pokoju, skrępowana ułomnością ciała, krępowałam się spojrzeń ludzi, a najbardziej byłych znajomych. Spotkania zawsze wyglądały podobnie, jakby ludzie mieli zakodowany genetycznie schemat takich rozmów.
- Kasia? To ty? Boże! To naprawdę ty! Jak się okropnie cieszę, że cię wreszcie spotkałam/em - krzyczeli w zachwycie, czemu zaprzeczały rozbiegane oczy, szukające pretekstu do ewakuacji.
- Boże! To naprawdę ja - odkrzykiwałam w myślach.
- Co się stało? - wskazywali na wózek - Chora jesteś ? - padało pytanie, zawsze w tej samej, przesadnie troskliwej tonacji głosu.
- Nie widać? Jestem chora, bo z lenistwa lub dla przyjemności nie popierdalam sobie na wózku - odpowiadałam myślach, słodko się uśmiechając, a osoba, która mi towarzyszyła krótko opisywała moją chorobę. Jedni byli bardziej dociekliwi i zadawali pytania godne tytułu profesora neurologii, inni zadawalali się zdawkową odpowiedzią. Wszyscy od momentu, kiedy przetrawili informację o mojej chorobie, przestawali mnie dostrzegać i zaczynali ożywioną dyskusję o... mnie.
- Znałam/em ją bardzo dobrze - przechwalali się.
- Co ty chrzanisz ? - myślałam - Widziałam cię na jednym, czy dwóch moich pokazach i to jako osobę towarzyszącą, bo ja do ciebie nie wysłałam zaproszenia.
- Jaka to była piękna kobieta! Ile miała w sobie energii, zawsze pełna nowych pomysłów.
- I te jej pokazy, żadnego nie opuściłam/em!
- Byłam/em wiele razy w jej firmie, czy komuś ją przepisała?
- Nie? Jaka szkoda, tyle lat pracy na marne.
- Taka młoda i nieuleczalnie chora. A ile ona ma właściwie lat?
- Życie jest okrutne, ale dlaczego akurat ona musiała zachorować? Dlaczego właśnie ona?
     Przy tym pytaniu byłam już na etapie zrzucenia w przepaść, utopienia, przejechania samochodem lub zwykłego uduszenia własnymi, sprawnymi rękami osoby gadającej te bzdury. Nigdy nie zadawałam sobie pytania - Dlaczego ja? Równie dobrze mogłoby brzmieć - Dlaczego nie ja? Gdyby Bóg mi powiedział - Uwolnię cię od choroby, tylko wskaż mi osobę, która za ciebie będzie chorować. Kogo bym wskazała, czyje dziecko pozbawiłabym matki, jakim rodzicom kazałabym patrzeć na nieuniknioną agonię ich dziecka?  Nie ma takiego wyboru! Dlatego nie może być takich pytań! Nigdy w życiu!
    Później rozmowa schodziła na mój transparentny, w niewiadomy sposób widoczny dla wszystkich stan ducha.
- Mój Boże, jaka ona biedna, nieszczęście, naprawdę wyjątkowe nieszczęście.
- Nic nie może, żeby chociaż mówiła...
- Co ona sobie biedulka myśli, bo umysł na razie ma jeszcze sprawny. . . ?
- Gdyby mnie coś takiego spotkało. . . na pewno bym się zabił/a!
- Co to za życie, co za życie, jak roślinka, biedactwo.
- Nigdy bym nie pomyślał/a, że tak biedna skończy, nie mogę o tym myśleć.
I tak, stojąc obok mnie, jak nad moim grobem, wygłaszali zgrabne epitafia. Najpierw kłóciłam się z nimi w myślach, z czasem obojętniałam, w końcu przestałam wychodzić z domu. We własnych czterech ścianach, które zastąpiły mi zdobywany do niedawna świat, czułam się bezpiecznej. Czasem miałam dobre dni, kiedy wszystko miało pozytywny wydźwięk, częściej jednak chciało mi się wyć z bezsilności i coraz większego uzależnienia od innych. W drugim roku nie wychodzenia z domu, nawet na balkon, moi bliscy czy opiekunka, zaczęli nerwowo reagować nie tylko na każde odstępstwo od schematu dnia, ale na każdą moją prośbę. Nie ważne było czy wymagała jakiegoś wysiłku czy zwykłego przestawienia kolejności w wykonywanych czynnościach.
- Chciałabym pojechać do Gosi w niedzielę.
- Ale sobie wymyśliłaś. Zresztą na weekend zapowiadali deszcz, nie będę cię woził w ulewę - odpowiadał Janek.
- Po co, Kasieńko, przecież nawet sobie nie porozmawiacie. Gosia cię nie zrozumie - doradzała ciocia, jeśli akurat była przy takiej rozmowie.
- Nie przejmuj się ciociu, taka właśnie jest matka, żyje w świecie własnych fantazji - dorzucał Michał.
- Mnie nie będzie, bo jestem umówiona z Karoliną, nie liczcie na mnie, nie pomogę wam - szczebiotała Agniecha.
- Kasiu, czy przemyślałaś to? Może Gosia źle się czuje? Obie jesteście bardzo chore - powiedziałby mój tata, gdyby był przy tej rozmowie.
- W końcu jedziesz czy nie, muszę wiedzieć na którą godzinę mam do ciebie przyjść - pytała zdenerwowana opiekunka.
    Gdy odpowiadałam - NIE - wszyscy z ulgą oddychali, chwaląc mnie za słusznie podjętą decyzję. Kiedy mówiłam - TAK - słyszałam po kątach komentarze, że jestem uparta i zawsze muszę postawić na swoim. Jak ja tych wszystkich pesymistów zdołałam przekonać do mojego pomysłu wyjazdu do Indii? Wytężyłam pamięć i przypomniałam sobie, że na całe szczęście postawiłam ich przed faktem dokonanym. Tata dowiedział się o wylocie, kiedy go poprosiłam, żeby odebrał bilety na samolot z biura podróży. Jedyną osobą, która mi pomagała i się interesowała, był Wiktor. Agniecha kibicowała nam dlatego, że miała jechać ze mną, chłopcy wymownie pukali się w głowę.
        Po walce z dziećmi o miejsce przy komputerze, siadałam razem z Wiktorem do internetu. Ponieważ wówczas jeszcze mogłam samodzielnie operować myszką, Wiki wpisywał poszukiwane hasło i gnał do kuchni szykować obiad, a ja serfowałam w sieci. Wołałam Wiktora, kiedy chciałam napisać mail, mówiłam po literze każde słowo, ponieważ Wiki nie znał angielskiego i w ten sposób pisaliśmy wspólnie całkiem pokaźne listy. Bardzo brakowało mi teraz wsparcia mojego przyjaciela, który za swoją nową miłością wyemigrował do Gdańska. Z wyjazdem Wiktora zamknęło się moje okno na świat. Zniknęły pogaduchy na balkonie w wiosenno-letnim słoneczku, wypady do sklepów, kontakt z innymi przez Internet, a nawet depilacja nóg. Zaczęłam dopraszać się o najprostsze sprawy, ale nikt nie miał czasu ani ochoty na pomoc. Na każdą prośbę słyszałam: Po co? Dlaczego? Wszystko musiałam wyszarpywać, robiłam to z ogromnym zapałem, lecz rozbijając się o mur zbudowany z cegieł niechęci, niezrozumienia, obojętności, w końcu zaprzestałam.          Zbudowałam wokół siebie własny mur, który wyciszał złośliwe uwagi i komentarze, zapewniał mi intymność, nawet wtedy, gdy byłam rozebrana przed obcymi ludźmi, chronił mnie przed znieczulicą świata zdrowych. Jak długo można dobijać się o odrobinę zrozumienia, ustawicznie prosząc i tłumacząc te same sprawy?
- Czy możesz zamknąć drzwi? ! - zawołałam za opiekunką, która posadziła mnie na sedesie i wyszła, nie zamykając za sobą drzwi od toalety.
- Wielkie rzeczy, a kto niby ma ciebie podglądać? - stwierdzała oburzona moim wymaganiem.
- Mogłabyś zakładać pampersy, żeby nie musieli z tobą chodzić do ubikacji - powiedziała ciocia, triumfalnie wyciągając z reklamówki całe opakowanie olbrzymich pieluchowych gaci.
- Ciociu, ale ja czuję, kiedy mi się chce. Nie rób ze mnie jeszcze bardziej niepełnosprawnej - prosiłam.
- Jak zwykle zrobisz, jak będziesz uważać, jednak jestem przekonana, że wszystkim byłoby wygodniej - przekonywała - Sama martwiłaś się, że często nie ma nikogo w domu, kiedy tobie się akurat chce. Mam rację, pani Kaziu ? - zwracała się do opiekunki, która tajemniczo milczała.
        Jak miałam wytłumaczyć, że bronię ostatnich bastionów niezależności i samodzielności, że założenie pieluch, w moich oczach, obniżyłoby jeszcze silniej poczucie mojej wartości.
- Kaziu, czy możesz mi posmarować nogi kremem do depilacji? - zadałam niespodziewane pytanie.
- A po co? - odpowiedziała wyraźnie zaskoczona.
- Wiesz, że jutro będę miała rehabilitację i masaż, czułabym się mniej skrępowana.
- Jakby to miało jakieś znaczenie - westchnęła - Nie jestem u ciebie na etacie kosmetyczki - dorzuciła, a ja pomyślałam, że skoro kobieta nie rozumie kobiety, to któraś nią nie jest. Z nikłym uśmiechem zadecydowałam, że to opiekunka.
- Możesz mnie zawieźć do kuchni? - znowu czegoś chciałam.
- A po co? - padło standardowe pytanie.
- Chciałabym zobaczyć co jest w lodówce, zupełnie nie mam pomysłu na obiad - tłumaczyłam się.
- Przecież ja ci mogę powiedzieć, po co masz jechać - podsumowała.  
- Tato, czy możesz zawieźć podanie o nowy wózek, bo stary jest bardzo zniszczony i z bólu kręgosłupa nie mogę na nim wysiedzieć - poprosiłam.
- Po co mam jechać, przecież jeszcze nie minęło pięć lat, nie dostaniesz nowego - kategorycznie stwierdził.
- Zobacz moje uzasadnienie, są przypadki kiedy mogą przyznać wcześniej - ponownie poprosiłam.
- To i tak nic nie da - kręcił głową, czytając napisane przez opiekunkę, a dyktowane przeze mnie podanie.
- Proszę cię, tato, zanieś - obstawałam.
         Oczywiście w całej rozmowie pośredniczyła opiekunka, bo tata już dawniej założył, że mnie nie rozumie i chował się za tą tarczą. Wychodząc, właśnie do niej, powiedział konspiracyjnym szeptem:
- Kasi się wydaje, że wszystko może załatwić. Nie ma się co dziwić, siedzi w domu całkowicie oderwana od realnego życia. Pojadę tam dla świętego spokoju, ale jestem pewien, że niczego się nie załatwi.
Mimo pewności mojego taty, po dwóch miesiącach oczekiwania przywieziono mi nowiutki, wygodny wózek. Wystarczyło do mojego podania dołączyć opinię prowadzącego mnie neurologa.
          Tak przebiegały prawie wszystkie rozmowy. Nawet najlepsza wyścigówka, bez żadnego wspomagania, daleko nie zajedzie, a co dopiero mały, zdezelowany fiacik, jakim się czułam. Odpuściłam sobie walkę, ukradzioną aktywność ciała zamieniłam na aktywność umysłu. Myśli ganiały się po wolnej przestrzeni marzeń, a w opinii innych moje życie już się skończyło. Próbowałam jeszcze udowodnić sobie i innym, że jestem tą samą Kasią, którą znali, może nawet trochę lepszą i mądrzejszą, bo bardziej doświadczoną. Rozpoczęłam zmagania z pogodzeniem się z chorobą, losem, przeznaczeniem i akceptacją niepełnosprawności, przez którą nie mogłam normalnie żyć ani, zgodnie z opinią lekarzy, umrzeć. Pomyślałam, że właściwie bohaterów podziwia się po śmierci, nad grobem wygłasza się płomienne przemówienia, przyznaje medale. Rodzina odchodzi smutna, ale dumna ze swojego syna, brata czy ojca. Gdybym zajrzała do tych samych rodzin, opiekujących się synem, który wrócił z wojny, gdzie w czasie wybuchu stracił wzrok i słuch albo bratem strażakiem, który w akcji został przygnieciony belką i stracił obie nogi, albo ojcem, który, dla ratowania czyjegoś życia, rzucił się do wody i z powodu niedotlenienia sam pozostaje w śpiączce, nikt by nie pamiętał o ich bohaterstwie. Z przerażeniem stwierdziłam, że dla obu stron wygodniejsza była śmierć niż kłopotliwy ciężar jakim jest tlące się życie. Tak samo dzieje się z chorymi, zwłaszcza przewlekle chorymi; po pewnym czasie wszyscy zapominają jakimi byli ludźmi, jakie mieli marzenia, dążenia i zaczynają sprowadzać ich potrzeby do układu pokarmowego i wydalniczego. Tak więc tkwiłam w tym życiu i udawałam przed sobą i Bogiem, że cokolwiek robię.  Nadal nie umiałam się modlić ani być dobra.
        Mówią, że choroba uczy pokory wobec życia, na pewno nie mnie. W ogóle nie znosiłam słowa „pokora", kojarzyło mi się z bezmyślnym posłuszeństwem dla korzyści. Może to przez mamę, która była bezkompromisowa, szanowała autorytety, co jej nie przeszkadzało ostro bronić własnego zdania, nawet wbrew wymaganej etykiecie. Tata  zawsze obawiał się niezależności mamy i jej stawiania wszystkiego na ostrzu noża. Ulubionym jego powiedzeniem, żeby pohamować mamę było „pokorne cielę dwie matki ssie" . Na te słowa zawsze dostawała furii i krzyczała, że takie ciele wcale nie jest pokorne, tylko cholernie żarłoczne. Ku przerażeniu taty, mama była niepokorna, taka sama byłam ja, no i po mnie moje dzieci.
             Zawieszona między życiem a śmiercią, walką a milczeniem, buntem a akceptacją, rzeczywistością a marzeniem, podjęłam jeszcze jedną walkę - o internet. Walkę o namiastkę wolności i możliwości rozmowy nie tylko z doborowym towarzystwem  narzekających pierników i zmęczonych mną dzieciaków. Walkę o wolność, która jeszcze niedawno była na wyciągnięcie dłoni.
         Do mojego stanu ducha, w jakim się znajdowałam, idealnie pasował wiersz, który dwa lata później przeczytałam na forum chorych na SLA. Jak dobrze wiedzieć, że są osoby, które na pewno nas rozumieją, czują podobnie - dziękuje Teresko! 
Chcę  coś powiedzieć....
nie słuchają,
są niecierpliwi, przerywają
.......milknę
Chcę się pożalić, kiedy bardzo boli...
nie słuchają,
ich boli bardziej, przerywają
.......milknę
Chcę rozwiązać problem...
nie słuchają,
oni mają większe, przerywają
.......milknę
Chcą się wygadać...
słucham,
Jestem cierpliwa, nie przerywam
........milknę

...i  z dumą wszystkim opowiadają
z jakim oddaniem mi pomagają  

 a ja o jednym tylko marzę -
niech mi w tej walce
 NIE  PRZESZKADZAJĄ !!!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

... znowu przyszły wspomnienia ...

wtorek, 02 marca 2010 17:29
 

    Wydawać by się mogło, że jednakowe, monotonne dni powinny przesuwać się ospale, ale nie u mnie. Nawet teraz w chorobie głowę miałam nabitą pomysłami, do których choćby częściowej realizacji próbowałam zachęcić moją rodzinę. Starsi, jak mój tata czy ciocia, we wszystkim od razu widzieli problemy, wznosili oczy do nieba, a dzieciaki zwyczajnie nie miały ochoty. Zresztą jako dorastające na dziko, bez żadnej kontroli i namacalnego wsparcia, miały wystarczająco dużo własnych problemów. Przestałam być dla nich autorytetem i partnerem do rozmów, kiedy przestałam wyraźnie mówić. Nie dziwiłam się, kiedy Agniecha wpadała do mnie i podekscytowana albo zapłakana opowiadała o tym, co ją spotkało i pytała mnie o radę, a później, zniechęcona, machała ręką i wychodziła z pokoju. Ile mogła cierpliwie czekać na niecierpiące zwłoki rozwiązywanie problemów? Tak bardzo chciałam jej pomóc, wyjaśnić, pocieszyć ją, ale zanim wyartykułowałam moje matczyne mądrości, Aga już dzwoniła do przyjaciółki i ją prosiła o radę.
    Tatuś  moich dzieci, jak zwykle, zrzucając winę na innych, najchętniej oczywiście na mnie, pozostał w życiu dzieci wielkim nieobecnym. Najpierw obwiniał mnie za to, że zażądałam, żeby wyprowadził się z naszego życia. Może miał rację, ale dużo wcześniej dawałam mu sygnały, że nie akceptuję jego agresji do dzieci i coraz większego olewania pracy. Właściwie nie lekceważył pracy, bo jak można lekceważyć coś, czego się nie ma? Nie pamiętałam dlaczego role nagle się odwróciły i to ja zaczęłam utrzymywać dom. Może do tego przyczyniła się przeprowadzka do innego miasta, to że mąż coraz częściej, po kryjomu, pił alkohol, może to, że byłam podświadomie psychicznie zmęczona niańczeniem dzieci przez prawie pięć lat i pragnęłam zmiany? No i zmiana przyszła, wywracając całe nasze życie, rujnując je, zmieniając radosny dom w gruzowisko.
      Niestety cały świat ma na nas wpływ, dlatego tak ważna jest atmosfera w domu, a ją tworzymy sami. Pomału coś w moim wyidealizowanym domu zaczęło pękać, niepokoił mnie wkradający się marazm, całkowita niefrasobliwość mojego męża, który sprzedał wielotomową encyklopedię moich rodziców na przysłowiowy chleb. Zawsze, kiedy pojawiały się problemy finansowe, wymyślałam chałupniczą robótkę, która wspomagała pensję męża. W czasach, kiedy na rynku dla małych dzieci były tylko szaro-bure ubranka, my w automatycznej pralce farbowaliśmy na bajeczne kolory zwykle białe dziecięce podkoszulki. Mąż zrobił szablon i akrylową farbą nanosił wzorek, a ja rano w niedzielę sprzedawałam nowiutkie, oryginalne podkoszulki na stadionie. Mieliśmy pięciokrotną przebitkę, a dzieciaki lekko błękitnawe, różowawe albo seledynowe pieluchy, w zależności od tego, na jaki kolor akurat farbowaliśmy.
Czasem, kiedy udało się nam wygospodarować trochę wolnego czasu, malowaliśmy obrazy olejne. Lech był w tym bardzo dobry, udało mu się nawet przekonać mnie, żebym spróbowała. Tak mnie wciągnęła nowa pasja, że rodzić Janka jechałam oderwana od malowania obrazu, upaprana olejami. Zdolności męża przekułam na niewielkie fundusze, sprzedając obrazy znajomym. Wszystko robiliśmy razem, pełni entuzjazmu, radości i pasji życia.
        Nagle obudziłam się i zobaczyłam coraz mniej przedsiębiorczego, niezbyt zadbanego faceta, który ciągle mi powtarzał, że bardzo mnie kocha, ale nie robił nic, żebym ja go kochała i szanowała. Pewny mojej miłości do siebie i do dzieci, zaczął zmieniać się w wygodnego pana domu z ogromnymi ambicjami, tyle, że kompletnie bez pokrycia. Nie miałam zamiaru przestać dbać o siebie i o swój rozwój, nie spełniać swoich marzeń, choć tak naprawdę chyba nie wiedziałam, jakie wtedy miałam marzenia. W wieku dwudziestu sześciu lat, kiedy urodziłam Agnieszkę, miałam ukończone studia, dyplom magistra, staż dziennikarski, dlatego bez żadnych wyrzeczeń oddałam się matkowaniu. Ale po pięciu latach w domu i kolejnych dwóch porodach, dostałam histerii, że już nikt mnie nie zatrudni, że wypadłam z obiegu, że jestem za stara. Lech nie mógł zdecydować się na podjęcie żadnej pracy, bo wszystkie propozycje były poniżej jego niespodziewanie wygórowanych ambicji. Na życie, oprócz encyklopedii, poszły jeszcze dwa złote pierścionki po mojej babci i parę wartościowych słowników i książek, których brak odkryłam dopiero po latach.
     Problemy finansowe przełożyły się na ostrą wymianę zdań z teściową i moim tatą.
- Mówiłam przecież, że dwójka dzieci wystarczy im, kiedy mnie poinformowali, że Kasia jest znowu w ciąży. Wtedy był jeszcze czas - matka Lecha zwróciła się do mojego taty, który siedział nadęty w fotelu, co jakiś czas przekładając nogę na nogę. Od tych manewrów nogawki podjechały mu w górę, ukazując skarpetki w idiotyczny wzorek i blade, owłosione nogi. Siedziałam na materacu i jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w białe łydki taty, z napięciem słuchając toczącej się rozmowy.
- Masz rację, Marysiu. Też uważam, że urodzenie Michała było zupełnie niepotrzebne. Co innego było, kiedy urodziła Agnieszkę, od razu ją pokochałem, a Michała nadal nie czuję.
- Teraz nie są czasy na wielodzietne rodziny. Przecież nie będziemy całe życie im pomagać!
- Muszą wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje, skoro nas nie słuchali - zawyrokował tata.
- Po co rodzić dzieci, później nie mogąc ich utrzymać? Kiedy zaszłam drugi raz w ciążę, popatrzyłam realnie na swoje możliwości i bez zbędnych sentymentów zdecydowałam się ją usunąć .
- Zabić własne dziecko?! - złowrogo mruknęłam.
- Nie wystarczy rodzić dzieci, trzeba im zapewnić byt! - powiedzieli prawie jednym głosem, a ja czekałam, aż się rzucą sobie w objęcia, jak politycy na komunistycznych wiecach.
- Mogli pomyśleć, a teraz niech nie narzekają  - podsumowała teściowa z miną męczennicy.
Wzięłam głęboki oddech i wbrew znakom, które na migi pokazywał mi Lecho, włączyłam się do dyskusji.
- Przecież to wy cały czas narzekacie! A w czym nam pomagacie? Na pewno nie w opiece nad dzieciakami. Ze wszystkim sami dajemy sobie radę!
- Ale nas obciążyliście psychicznie, no i nie zaprzeczysz chyba, że wam jednak pomagamy finansowo - odpowiedział tato.
- To może dla waszego spokoju psychicznego, miałam zabić swoje dziecko? - odparowałam coraz bardziej wkurzona.
- To jeszcze nie jest dziecko! - stwierdziła teściowa.
- I kto to mówi?! Kobieta, która sama urodziła dziecko! A gdybym ci, mamo powiedziała: Mogłaś nie rodzić Lecha! - wykrzyczałam.
- Ale to było moje pierwsze dziecko, wytęsknione i bardzo chciane - argumentowała.
- Co za różnica: pierwsze, drugie czy trzecie! Liczba albo kolejność ma decydować o tym czy będę chciała urodzić dziecko czy nie, czy będę je kochała, czy nie, bo może nie zasługuje na to, bo jest trzecie?
- Sama mówiłaś po urodzeniu Janka, że już nie chcesz mieć więcej dzieci - przerwał mi tata.
- Dopóki nie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wtedy wszystko się zmieniło. Nie rozumiem, jak możesz nie kochać Michała? Bo przyszedł wbrew twoim wyobrażeniom o moim życiu? Śmieszne!
- Ale, powiedz, Kasiu, czy nie wystarczyłaby wam dwójka? - spytała.
- Gdyby się cofnął czas i tak bym niczego nie zmieniła. O co wam chodzi ? Przecież nie umieramy z głodu, niedługo Lecho albo ja znajdziemy pracę i miną nasze problemy.
- Ale byłoby wam łatwiej! Uważam, że podjęliście złą decyzję.
- Ale się uparliście! Powiem wam, że gdybym teraz przypadkiem zaszła, na pewno bym urodziła!
- Bez naszego błogosławieństwa; chyba nie wiesz co mówisz? - powiedziała wyraźnie zirytowana teściowa.
- Mamo, gdybym wiedziała, że nie mogę utrzymać dziecka i tak bym urodziła, najwyżej oddałabym do adopcji.
- Co ty mówisz? ! - wykrzyknęła oburzona - Własne dziecko oddać na wychowanie obcym ludziom! Nigdy bym tego nie zrobiła.
- Mamo, gdybym miała wybrać: zabić dziecko czy oddać do adopcji, na pewno wybrałabym to drugie. Przecież tyle fajnych ludzi nie może mieć dzieci!
- I jak byś żyła ze świadomością, że jacyś obcy ludzie dali TWOJEMU dziecku klapsa?!
- A ty? Jak żyjesz ze świadomością, że zabiłaś SWOJE dziecko?!
- Już ci mówiłam, żebyś nie nazywała zwykłego zarodka dzieckiem!
- Dla mnie ten zwykły zarodek to teraz Michał, Agniecha i Janek! - prawie wykrzyknęłam.
- Katarzyno, trochę spokojniej, z szacunkiem do mamy - wkroczył dzielnie tata.
- Jezu! - jęknęłam - Przecież szanuję mamę, tylko się z nią nie zgadzam. Wiecie co? Idę zobaczyć co w drugim pokoju robią moje zarodki - wyszłam, mijając się z mężem, który z kuchni niósł świeżo zaparzoną kawę.
    Postanowiłam, że już nigdy nie pozwolę, żeby mi ktokolwiek wymawiał, że urodziłam trójkę dzieci, a nie umiem ich utrzymać. Zaczęłam przeglądać gazety z ogłoszeniami i niebawem wystartowałam do konkursu w dwóch firmach równocześnie. Ku mojemu zdziwieniu... wygrałam i dostałam propozycję pracy od zaraz w obu firmach.  Miałam ogromną chrapkę na pracę w biurze podróży, jako osoba do sprawdzania i podpisywania umów z nowymi ośrodkami wczasowymi w Europie. Niestety wiązała się z ciągłymi wyjazdami. Dlatego zostałam asystentką szefa dużego przedsiębiorstwa zagranicznego. Podpisując umowę, byłam przeszczęśliwa. Postanowiliśmy oddać dzieciaki do przedszkola, żeby miały opiekę, kiedy ja będę w pracy, a mój ukochany mąż będzie udawał, jak się później okazało, że szuka pracy.
       Dlaczego jednak dałam się zagonić do pracy na kilku etatach, na co nawet dobrowolnie się zgodziłam, do dzisiaj nie mam pojęcia?
Dzień rozpoczynał się zawsze zbyt wczesnym, w moim odczuciu, wyciem budzika, w który Lech od razu walił, żeby zamilkł. Zegarek musiał być solidnej konstrukcji, aby- po tylu ciosach- mieć siłę codziennie rano rozrywać cudowną ciszę. Nie musiałam iść do pokoju dzieciaków, bo każdej nocy, stopniowo złaziła się cała trójka. Każde znajdowało sobie jakiejś wygodne miejsce na ogromnym materacu, na którym z Lechem spaliśmy. Dźwięk budzika na nikim nie robił większego wrażenia, po paru minutach bicia się ze snami, zwycięsko otwierałam oczy.
- Dzieciaki pobudka! - wrzeszczałam i gnałam do łazienki, żeby zdążyć się wysikać i w spokoju umyć zęby, zanim reszta towarzystwa zacznie okupować ten przybytek czystości. Wracałam galopem do pokoju, gdzie wszyscy nadal smacznie się wylegiwali.
- Maluchy wstajemy! - krzyczałam.
- Lechu, zrób kawę - rozdawałam dyspozycje.
- Już... zaraz... Kasinku, daj mi jeszcze sekundkę, proszę.
- Ale nie dłużej. Agunia, Jasiek, Misiek wstawać! Raz, dwa, trzy! Szybciutko!
Słowa na ogół nie skutkowały.
- Maaamo? Mogę jeszcze trochę poleżeć?!
- Mamooo? Mogę nie iść do przedszkola?!
Wtedy zaczynałam stosować bardziej radykalne metody poderwania towarzystwa z legowiska. Wśród pisków, krzyków i śmiechu ściągałam maluchy z materaca za nogi albo nogawki od pidżamek, a, że czasem ukazała się jakaś mała, goła dupka, to sprawiało jeszcze więcej hałasu i radochy. Później szybka akcja w łazience - sikanie, mycie zębów, buziaków, łapek; w międzyczasie łyk kawy, ubieranie, czesanie, znowu łyk kawy, sznurowanie, zapinanie, ostatni łyk kawy i wreszcie powietrze. Poganiana szaleńczo galopującym czasem, mknęłam z Michałem na rękach, a za mną dreptały pospieszane przeze mnie dzieciaki. Wpadałam do przedszkola zziajana, rozbierałam maluchy, dawałam każdemu buziaka na pożegnanie i ...zaczynał się horror.
- Mamooo!!! Nie odchodź!!! - krzyczał Jasiek i trzymał mnie kurczowo za nogę.
- Synku, mamusia musi iść do pracy.
- Nie musisz - przekonywał mnie, patrząc błagalnie w moje oczy.
- Kochanie, przecież mamusia niedługo po was wróci.
- Ale ja nie chcę, żebyś szła! - szlochał coraz głośniej.
Zobaczyłam, że Agniecha wyjrzała z sali, do której wcześniej ją zaprowadziłam. Miała takie przestraszone oczy, kiedy patrzyła to na mnie, to na Janka. Myślałam, że mi pęknie serce. Wzięłam Jaśka na ręce, mocno przytuliłam do siebie, wytarłam mu nos, otarłam łzy. Miałam pełną świadomość tego, że za chwilę ucieknie mi tramwaj i spóźnię się do pracy. Nie mogłam jednak zostawić mojego syna w takim stanie. Wtulony we mnie, pomału się uspokajał.
- Chodź, zobaczymy  w co się bawią inne dzieci - powiedziałam spokojnie, wzięłam Agnieszkę za rękę i weszłam do sali. Ukucnęłam i zaczęłam budować zamek z klocków, Jasiek, uspokojony, biegał po całej sali i przyniósł mi nowe klocki. Aga przycupnęła obok mnie. Zauważyłam, że Janek rozmawia z jakimś chłopcem.
- Córeńko, mama ucieka do pracy, zabiorę was zaraz po podwieczorku - podniosłam się z kolan i prawie na paluszkach wyszłam na korytarz.
- Maaamo? Gdzie idziesz? - mój synek wybiegł za mną, już nie płacząc, a wyjąc przeraźliwie.
- Niech pani idzie, poradzimy sobie - zwróciła się do mnie wychowawczyni, łapiąc Jasia na ręce. Kiedy zamykałam za sobą drzwi, widziałam synka kurczowo trzymającego się framugi drzwi od sali, nie pozwalając się od niej oderwać. Biegnąc do tramwaju jeszcze słyszałam w sercu krzyk mojego dziecka - Mamusiu nie zostawiaj mnie! Przez miesiąc jeździłam do pracy, płacząc w tramwaju. Jednego dnia nie wytrzymałam i wzięłam Janka ze sobą do pracy. Wtedy się dopiero działo!
       Po pracy zgarniałam dzieciaki do domu, w którym czekał na nas wyluzowany mąż z przygotowanym obiadem. Sporo lat później te obiady musiałam przełykać jeszcze raz w rozmowie z moimi dziećmi, wyjaśniającej przyczyny naszego rozstania z Lechem. Broniły ojca, nie zgadzały się ze mną, że tatuś nic nie robił, argumentując, że przecież robił obiady. 
     Po paru miesiącach pracy, wpadłam na genialny sposób, żeby zarobić dodatkowe pieniądze. Wszystkie kobietki oszalały wtedy na punkcie aerobiku i callanetiksu. Spojrzałam na siebie w lustrze i uśmiechnęłam się z aprobatą. Miałam trzydzieści dwa lata, trójkę dzieci na swoim koncie, płaski brzuszek, zero rozstępów. Wyprostowałam się - no, może teraz trochę mniejszy biust - krytycznie pomyślałam i głęboko westchnęłam, ale wynajęłam salę gimnastyczną w szkole podstawowej . Na korytarzu wywiesiłam duży plakat o super zajęciach dla młodych mamuś i przez dwa tygodnie wytrwale ćwiczyłam kondycję w domu. Lech siedział wygodnie rozparty w fotelu i przyglądał się moim poczynaniom, okazując wyraźne ożywienie przy ćwiczeniach brzucha i tyłeczka. Zgłosiło się tyle dziewczyn, że musiałam zorganizować dwie grupy. Wracałam z pracy, jadłam obiad, godzinkę spędzałam z dzieciakami i wylatywałam z magnetofonem w ręce na półtoragodzinne zajęcia fitness. Wracałam do domu zmęczona, ale zadowolona... w sam środek wieczornego szaleństwa. Szykowanie kolacji, karmienie lub pilnowanie, żeby jedzenie znalazło się w brzuszkach, kąpiel, układanie do snu, szykowanie ciuszków na następny dzień i... wreszcie wymarzona cisza. Siadaliśmy z mężem rozwaleni w fotelach, delektując się spokojem i zimnym piwem. Uwielbialiśmy rozmawiać ze sobą do późnych godzin nocnych. Około pierwszej padaliśmy na materac, a po chwili maluchy zaczynały lunatykować w kierunku naszego legowiska, wciskając swoje ciepłe ciałka pomiędzy nas i stopniowo zagarniając coraz większą przestrzeń.
       Tak było przez ponad rok. Przyszły wakacje, dzieciaki siedziały z Lechem na letnisku, a ja codziennie kursowałam między pracą, domem i nimi. Wieczorem, siedząc na leżaku pod rozgwieżdżonym niebem, rozkoszowałam się zalegającą ciszą i marzyłam, żeby noc się nie kończyła. Lech przykrywał mnie kocem, przynosił herbatę owocową, a ja słuchałam milknących odgłosów dnia. Powietrze delikatnie pachniało latem, kwiatami lipy nade mną i czarodziejską maciejką w ogródku. Czasem zaszczekał pies, nisko przeleciał nietoperz, a ćmy parzyły swoje skrzydełka o lampę świecącą nad werandą. Po jakimś czasie mąż wychylał się przez okno albo siadał na ławce i przekonywał mnie, że najwyższa pora na sen. Cichutko wzdychałam, żeby nie zepsuć magii uśpionej przyrody i ociągając się, szłam do domu. Wtedy, chyba pierwszy raz, pojawiła się u mnie myśl, że gdybyśmy mieli własną firmę, to mogłabym sama decydować o czasie pracy i mieć „wolność". Do tej decyzji dojrzałam któregoś jesiennego popołudnia, kiedy, przeskakując przez kałuże, spieszyłam się do domu, po kolejnych niezapowiedzianych nadgodzinach. Tego dnia ktoś w pracy strasznie klął, że w naszym kraju nie ma żadnych porządnych opakowań. Przysłowiowe jabłko spadło mi na głowę i w przeciągu dwóch miesięcy całkowicie zmieniłam życie dwóch rodzin. Gdybym wtedy mogła przewidzieć przyszłe konsekwencje...
- Na pewno nam się uda - przekonywałam wpatrzonych we mnie wspólników planu.
Mojego męża nie musiałam zachęcać, od samego początku, kiedy wpadłam do domu z pomysłem założenia firmy produkującej opakowania, zaświeciły mu się oczy. Przegadaliśmy z sobą wiele wieczorów, snując bliskie i bardziej odległe plany. Mój mąż w swoich marzeniach prawie już budował firmę na Marsie, sprzedawał opakowania kosmitom i planował całoroczne wakacje na Bali. Byłam również niepoprawną optymistką, ale bardziej realnie widziałam całe przedsięwzięcie. Nie uciekałam od problemów i kompleksów w świat bajek i wyobrażeń, w którym żył Lecho. Zawsze usprawiedliwiałam jego kłamstwa, uważając za niegroźne i urokliwe, jak u małego dziecka. Bawiło mnie i wzruszało połączenie Piotrusia Pana z fizjonomią płatnego mordercy. Nie przewidziałam, że rodzinę i firmę powinni zakładać dojrzali chłopcy.
     Siedzieliśmy w naszym gościnnym pokoju z Jarkiem, który z żoną Dorotą pracował w tym samym przedsiębiorstwie co ja i rozmawialiśmy o planach założenia wspólnej firmy.
- Wiemy na tyle dużo, że nie ma ryzyka...
- Zawsze, Kasiu, jest ryzyko - odpowiedział Jarek - Możemy zostać bez pracy.
- Jarosławie, czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka, poza tym mówiłeś, że chcesz zmienić pracę... - wtrąciłam.
- Ale nie w takim tempie, jakie narzuciłaś, musimy wszystko jeszcze przemyśleć - powiedział, cedząc powoli słowa.
- Jezu, o czym jeszcze mamy myśleć?! Już dwa miesiące myślimy, mamy wszystko, żeby wreszcie podjąć decyzję.
- Kasinek ma rację, dzisiaj musimy się zdecydować - mąż włączył się do rozmowy, przynosząc ze sobą drinki.
- Jarku, jeśli ktoś ryzykuje, to my. Mamy trójkę dzieci i jeżeli coś nie wypali, oboje zostaniemy bez pracy. Wy jeszcze nie macie dzieciaków, no i Dorota nie zwalnia się z pracy.
- Potrzebujemy ciebie, stary - dorzucił Lech.
- No i twojego samochodu - dodałam z uśmiechem.
- Idealista i materialistka, a ja cały czas myślałem, że jest odwrotnie - stwierdził Jarek.
- Wymieniamy się w zależności od potrzeby. Dorota, pomóż nam! Nie chcesz mieć męża biznesmena?!  - zawołałam.
- Niech Jarek sam decyduje, ja się nie wtrącam do jego pracy  - odparła beznamiętnym głosem.
- No stary, masz błogosławieństwo żony, nie masz już żadnych wymówek. Wspólniku!!! - zakrzyknął Lech.
       W następnym tygodniu założyliśmy firmę i złożyliśmy wymówienia w pracy. Dwa tygodnie później przyniosłam zamówienie, które ustawiło naszą świeżutką firmę na długie lata. I do tej pory nie wiem, czy to był mój największy sukces, czy najgorszy błąd.
       Wypłynęłam z bezpiecznej zatoki na otwarte morze, nie czekając na męża i zapominając zabrać ze sobą kompas, który by wskazywał bezpieczną drogę  powrotu do domu. Nastał czas dryfowania po cholernie głębokich i niebezpiecznych wodach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 617  

najlepsze przed nami

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184617
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl