Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 713 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

...garść wspomnień...

sobota, 27 lutego 2010 22:55
 

          Razem z końcem zimy skończyły się problemy z opiekunkami.  Zaczął się czas pani Kazi i wiosennych upałów. W tym roku lato przyszło na samym początku maja, widziałam przez okno coraz bardziej opalonych ludzi, dziewczyny ubrane w seksowne ciuszki, rozwrzeszczane dzieciaki, ganiające za piłką. Łowiłam, w moim okrojonym świecie, wszystkie oznaki ukochanej przeze mnie pory roku. W dzień pochłaniałam zieleń liści i traw, cudny błękit nieba i rozedrgane słońcem powietrze. Wieczorem, przez uchylone okno, wsłuchiwałam się w szum wiatru, który buszował wśród drzew za oknem, wdychałam ostudzone mrokiem powietrze, zamykałam oczy i marzyłam. Przypominałam sobie najcudowniejsze wieczory mojego życia. Te, o których pamiętałam mimo upływu lat. Każdy był magiczny, miał swój niepowtarzalny zapach, własną ciszę, tajemnicę, którą zaczarował mnie na całe życie.
      Dawno temu, w sierpniową noc, leżałam na szeleszczącej słomie w stodole gospodarzy, u których rodzice wynajmowali letnisko. Miałam może dziewięć albo dziesięć lat i starałam się być dzielna, żeby nie ulec lękom złowrogich cieni drzew, kołyszących się na ścianach stodoły, dziwnych dźwięków, dochodzących coraz to z innej strony. Obok smacznie spała córka gospodarza, a ja leżałam wsłuchana w pulsującą odgłosami ciszę i wpatrzona w rozgwieżdżone niebo, widoczne przez dziurawy dach . Pachniało rozgrzaną dniem słomą, wymieszaną z wciskającym się przez szpary chłodem nocy.
        Marzenia rzadko się spełniają, ale nie moje, myślałam, siedząc w ogrodowej altance z chłopakiem, którego poznałam cztery lata wcześniej. Byliśmy zakochaną parą dzieciaków. Przez całe kolonie trzymał mnie za rękę i właśnie ten dotyk pamiętałam przez cztery lata liceum. Oddaleni od siebie kilkuset kilometrami, ale myślami i wspomnieniami, zamkniętymi w listach, cały czas byliśmy ze sobą. Teraz jako „ dorośli" nastolatkowie, trzymaliśmy się również za ręce, a ja wiedziałam, czułam każdą cząsteczką mojego ciała, że przychodzi chwila naszego pierwszego pocałunku. Pamiętam zapach maciejki i niebo pełne spadających gwiazd, zanim zamknęłam oczy.
       Siedziałam w kucki na balkonie już kolejną godzinę, wpatrzona w blask latarni, oświetlających pustą ulicę. Ciszę czasem zakłócał nadlatujący z przestrzeni komar, bzycząc coraz głośniej, by odgoniony, zamilknąć w oddaleniu albo jakiś spóźniony samochód warczał silnikiem, aby ucichnąć za zakrętem. Na horyzoncie błyskało od dłuższego czasu, barwiąc niebo na bajeczne odcienie fioletu, różu i granatu. Czekałam na burzę, wierząc, że ulewa zmyje ze mnie ogromne napięcie. Tego dnia podjęłam decyzję, która miała sprawić, że moje dzieci będą miały nowego tatusia i zamiast ulgi, czułam jeszcze większy ciężar. Oddychałam wiatrem, czekając na dudniący między domami grzmot i tnące niebo błyskawice, jak na katharsis mojej duszy.   
         Byłam sama w obcym-nieobcym domu. Na wszystkie okna spuściłam żaluzje, zamknęłam drzwi i wyszłam na taras. Słońce zachodziło, malując czerwone cienie na migoczącym w dole jeziorze. Ptaki stopniowo milkły, cienie się wydłużały, powietrze pachniało wolnością i niespiesznie zapadającym zmrokiem. W dzień, leżąc na pachnącej trawie, pisałam wiersze, rozkoszując się cichym leniuchowaniem. Dzieciaki na obozach, mój mężczyzna w trasie koncertowej, cisza lata obejmowała mnie delikatnie, tuląc do siebie. Trochę niepokoił mnie kolejny niespodziewany upadek, trzeci w tym tygodniu, ale teraz żyłam tylko chwilą, żegnającego się ze mną dnia.
      Nagle usłyszałam dziwny, narastający hałas, jakby wiatr trzepotał o żagle lub rozwieszoną na sznurach pościel. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy i dochodził z . . . nieba! Nad moją głową przeleciały, lśniące w zachodzącym słońcu, łabędzie .
- Dla takich chwil się żyje! - pomyślałam, otwierając oczy i budząc się z marzeń, w czterech ścianach mojego pokoju.
        Następnego dnia rano, tak bardzo nie chciałam przebudzić się do rzeczywistości! Leżałam z zamkniętymi oczami i pragnęłam, żeby opiekunka się spóźniła, żeby nie przeszkodziła mi w odczuwaniu innego, utraconego wymiaru życia w wolności.
      Przypomniał mi się kolejny wieczór upalnego lata w Chorwacji. Wiktor ze swoim chłopakiem pojechał na dyskotekę, zostawiając mnie na leżaku, przykrytą kocykiem, na tarasie pod roziskrzonym niebem. Byłam coraz słabszym towarzyszem wszelakich eskapad, dlatego coraz częściej zostawałam sama i coraz lepiej czułam się pozostawiona w swoim świecie dziwnego wyciszenia.
Przyglądałam się psu, który na sąsiedniej posesji próbował znaleźć sobie wygodne miejsce do leżenia. Łaził koło budy; co się położył , to zaraz wstawał, cichutko popiskiwał, w poszukiwaniu wody zaglądał do pustych misek. Właściciele co jakiś czas wychodzili z domu, a to żeby zaparkować na noc samochód w garażu, zabrać pranie ze sznurków, złożyć ogrodowy parasol, czy wytrzepać dywanik. Za każdym razem, kiedy drzwi się otwierały, pies zaczynał podskakiwać, merdać ogonem, żeby zwrócić na siebie uwagę. Za każdym razem z tą samą nadzieją. Za każdym razem na próżno. Kiedy, zniecierpliwiony, zaczął szczekać, właściciel wychylił się przez okno i krzykiem próbował go uciszyć. Analizując życie psa, odnajdywałam  między nami coraz więcej analogii. Mój świat też był ograniczony do czterech ścian pokoju łańcuchem, którego nie mogłam zerwać. Czasem, kiedy bardzo się dopominaliśmy, ktoś wziął nas ze sobą na spacer. Dostawaliśmy jeść i pić, choć nie zawsze wtedy, gdy czuliśmy pragnienie lub głód. Patrzyłam ze smutkiem na jego podskoki, salta w powietrzu, piszczenie, aby zwrócić  na siebie uwagę i wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Domownicy przechodzili obok, jakby w ogóle nie istniał, czasem ktoś zniecierpliwionym głosem kazał mu się uspokoić. Przypomniałam sobie, ile razy musiałam prosić moich bliskich tylko o podanie herbaty, a najczęściej słyszałam - zaraz, nie teraz, nie chce mi się, nie przeszkadzaj. Jednak za wytrwałe machanie ogonem, czasem ktoś pogłaskał psa, a nawet rzucił jakiś smakołyk. Tak samo ja, po kolejnym "proszę, przepraszam, dziękuję", dostawałam wreszcie godzinami wyczekiwaną herbatę.
- Kasiu, zrobić ci kawę? - zostałam wyrwana z rozmyślań tym samym pytaniem, którym moja opiekunka codziennie zaczynała dzień pracy u mnie.
- Tak - odpowiedziałam z uśmiechem zgodnie z jej oczekiwaniem - Bardzo proszę - dodałam ślicznie „merdając ogonkiem".  A co by było, gdybym powiedziała:
- W dupie mam twoją kawę, zawsze jest albo za mało słodka, albo za słaba, albo - co najgorsze- za chłodna, bo dolałaś za dużo mleka.
- Pyszna kawa - powiedziałam i słodko się uśmiechnęłam.
        Zauważyłam, że dopóki się uśmiecham, niczego nie chcę, potakuję, nie stękam, jest w miarę dobrze, lecz gdy tylko coś mi dolega, mam inne zdanie lub proszę o coś, na co akurat nie mają ochoty moi opiekunowie, od razu słyszę, że bardzo trudno ze mną wytrzymać, że nie mają siły, że mają mnie dosyć.
    Pani Kazia, kiedy jest zainteresowana tym, co mówię, jest skupiona, wsłuchuje się w każde moje słowo, patrzy na ruch moich ust, czuję, że jej zależy. Zupełnie inaczej jest, kiedy zwracam uwagę na coś z czym się nie zgadza. Wtedy nawet nie patrzy na mnie, jest wyraźnie zniecierpliwiona, lekceważy to, co mówię, przerywa, żebym już dała spokój. Kiedy jednak zależy mi, żeby mnie wysłuchała i zrozumiała, słyszę, że niepotrzebnie tyle gadam, że nie ma potrzeby, żebym jej tłumaczyła. Gdybym ja powiedziała, że nie mam ochoty słuchać tego, co do mnie mówi, byłaby to obraza majestatu i stały szantaż, że nie wie jak długo jeszcze będzie do mnie przychodziła.
      Może powinnam napisać słownik, który tłumaczyłby słowa z języka zdrowych na język chorych? Np. Zdrowy się denerwuje - chory histeryzuje. Zdrowy ma problemy - chory narzeka. Zdrowy nie ma humoru - chory ma fochy. Zdrowy nie ma ochoty na coś - chory wybrzydza. Zdrowy ma potrzeby - chory grymasi itd.
        Dziś marzył mi się spokojny dzień, bez pretensji do mnie za to, że jeszcze żyję, dlatego o nic nie prosiłam, na wszystko się zgadzałam, byłam uśmiechnięta, radosna i nie stwarzałam kłopotów. Właściwie co ja mogłam chcieć, skoro tak mało mogłam zrobić.
     Ułożona do snu wróciłam do świata marzeń. Zastanawiałam się czy przez to, że jestem zatrzymana w pogoni życia, stałam się bardziej wrażliwa, widzę i czuję więcej. Kiedy wyłącza się jeden zmysł, zwiększa się wrażliwość pozostałych. Ludzie, dla zwielokrotnienia doznań smakowych, wymyślili restauracje, w których jada się w całkowitych ciemnościach. Smutne, że trzeba utracić wzrok lub dać go sobie za własne pieniądze zabrać, żeby poczuć intensywny, niepowtarzalny zapach i smak potrawy, zamiast po prostu chcieć odczuwać.
       Prymitywne plemiona, ludzie z małych wiosek lub „śmierdzące lenie"  z południowych krajów żyją w zgodzie z porą dnia i roku. „Rozwinięty"  Zachód uważa, że nie mają ambicji i aspiracji, ale byłam przekonana, że nie potrzebują żadnych dodatkowych bodźców, żeby odczuć smak soczystego mango, słodycz daktyli czy świeżość porannej kropli rosy spijanej z liścia.
    Zawsze czułam życie kiedy moje emocje huczały, dając mi ekstremalne doznania. Dzisiaj tęskniłam za zwykłymi czynnościami, które stanowiły codzienność. Najbardziej brakowało mi rzeczy, na które nigdy nie zwracałam uwagi, po prostu działy się. Marzyłam o zwykłym dniu, w którym budzę się rano, mocno przeciągam, czuję jak moje mięśnie napinają się, żadnego pośpiechu. Leniwie, jeszcze na chwilę, zamykam oczy i przytulam się do miękkiej poduszki, delikatnie pachnącej moim ulubionym płynem do płukania. Wstaję, moje bose stopy nurkują w puszystym dywanie, później dotykają twardych, chłodnych paneli. Stopy z każdym krokiem to przywierają, to odrywają się od podłogi, precyzyjnie unosząc moje ciało. Odsłaniam rolety i muszę zmrużyć oczy przed promieniami słońca. Otwieram drzwi i wychodzę na balkon, pod stopami czuję nagrzaną słońcem posadzkę, głęboko oddycham wiosennym porankiem. Oddychanie sprawia mi ogromną przyjemność. Każda pora roku, dnia, nocy inaczej pachnie. Inne powietrze przynosi świt, innym oddycha się w rozżarzone, skwarne południe czy sierpniową, rozgwieżdżoną noc. Inny zapach ma przygnana wiatrem morska bryza od wiatrem świszczącej zamieci śnieżnej na szczytach gór. W każdym miejscu i o każdej porze naturalnie, niezauważalnie dla siebie samych oddychamy. Jaki idiota zastanawiałby się nad taką oczywistą czynnością. Ja nim byłam. Oddycham z rozkoszą, wciągając w płuca zapach wiosennego poranka, przez chwilę obserwuję ludzi na ulicy- normalne, zwykłe, cudowne życie. Idę do kuchni, nastawiam wodę na poranną kawę, dodaję dwie czubate łyżeczki cukru, odrobinę cynamonu i trochę skondensowanego mleka. Trzymam w dłoniach ulubiony kubek, czując jego ciepło i ciężar. Biorę chłodny prysznic i zbiegam po schodach do sklepu. W moich marzeniach zbiegam kilkakrotnie, za każdym razem sprawnie, szybko, bez żadnego zmęczenia. W warzywniaku pachnie wiosną, tyle jest dojrzałych owoców i warzyw, a wszystkie wołają do mnie, żebym właśnie je wzięła ze sobą. Kupiłam dojrzałe, cudnie pachnące pomidory, zieloniutką dymkę, świeże masło i gęstą, białą śmietanę oraz ciemny, wieloziarnisty chleb. Jedząc chrupiące pieczywo, grubo posmarowane masłem i delektując się kolorową, wiosenną sałatką pomyślałam, że życie może być piękne. Z akcentem na "może". W dalszej części mojego wymyślonego dnia, widziałam siebie jak razem z dzieciakami biegam po gorącym piasku plaży, walczę z falami morza, głośno śmiejąc się z wywrotek, prażę się na słońcu i pochłaniam ogromne ilości lodów waniliowych. Późnym popołudniem odbieram dzieci ze szkoły, nie tak jak zwykle w pośpiechu, jako ostatnia matka, ale przychodzę zaraz po lekcjach . Wracamy do domu przez jesienny park, dzieciaki szeleszczą, biegając po opadających z każdym podmuchem wiatru liściach. Przekrzykując się, opowiadają o całym dniu w szkole, zadają mnóstwo pytań, na które oczekują natychmiastowej odpowiedzi. Zwykły, niezwykły czas radości, codziennego szczęścia, ulotnych i niepowtarzalnych chwil.
Wieczorem, po okryciu dzieci kołderkami i daniu nocnych buziaków, siadam w fotelu z ulubioną książką albo kolejny raz oglądam „Zapach kobiety" z ukochanym Al Pacino. Nocą dochodzę do okna, zasłaniając rolety, uśmiecham się na widok białych, dziecięcych marzeń, spadających z nieba na ziemię. Zaśnieżona, zimna noc ogrzewa się ciepłem kaloryferów, przy których stoję. Zamknęłam oczy i w marzeniach i realnym świecie.
- Boże - wyszeptałam - jeżeli kiedykolwiek będziesz chciał mnie uzdrowić, obiecuję, że docenię najmniejszy okruszek podarowanego mi życia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

.."poprzednie życie "...

piątek, 26 lutego 2010 16:45
  
       Dochodziła dziewiętnasta i nic nie zapowiadało końca pracy. Tydzień temu dopięłam wszystkie umowy na zorganizowanie najważniejszego pokazu mody w naszym mieście. Zgarnęłam najlepsze marki odzieżowe dostępne na polskim rynku, dobrałam zacnych sponsorów i miałam miejsce, w którym nikt jeszcze nie urządzał pokazu mody - Teatr Wielki z  widownią na tysiąc sto osób. Siedziałam w swoim gabinecie, rozpisując choreografię na pierwszą próbę, która miała się odbyć za godzinę. Zadzwonił telefon z mojego sekretariatu.
- Co się stało, Żana? Miałaś mi nie przerywać!
- To ja Kasiu, Monika. Proszę cię, nie denerwuj się, ale nie wiem, gdzie załatwić suszone płatki kwiatów.
- Jeszcze nie wiesz? Masz informacje, internet i nie wiesz jak znaleźć?! Wpisz kwiaty, suszone kwiaty, susz, śluby, procesje, ogrodnictwo, wszystko z czym ci się kojarzą płatki kwiatów. Zadzwoń jak znajdziesz, nie chcę słyszeć słowa" nie wiem".
- Dobrze, Kasiu. Zabieram się do szukania.
- Ja myślę - mruknęłam już do siebie, szybko odkładając słuchawkę, zabierając się do pisania. Znowu zadzwonił interkom.
- Cholera! Żana! Prosiłam: żadnych telefonów!
- Będziesz zachwycona - powiedziała moja sekretarka bardzo podekscytowanym głosem - Dzwonią z salonu sukni ślubnych z Krakowa.
- Witaj Kasieńko, tu Grzegorz. Musisz przygotować wspaniałe widowisko, nie tylko pokaz dla moich wszystkich odbiorców krajowych i zagranicznych. Tylko ty możesz to zrobić, jesteś najlepsza.
- Dobra, dobra. Przestań cukrować. Kiedy ten pokaz?
- Za tydzień w niedzielę.
- Zwariowałeś? ! - wykrzyknęłam - Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz?!
- . . .
- Aaaa, znam cię! Szukałeś jak najtańszej agencji!
- Tak, znasz mnie. Wiesz, że nie lubię wydawać moich kochanych pieniążków - próbował zażartować.
- Ile sukni mam przedstawić?
- 80!
- Jezu! - jęknęłam.
- Dasz sobie radę - powiedział i roześmiał się swobodnie, świadomy, że właśnie na mnie przerzucił swój problem.
- Okay - odpowiedziałam lekko tym wkurzona - Ale wszystko będzie na moich warunkach. Za godzinę wyślę faxem kosztorys, jeżeli go zaakceptujesz, jutro do południa dostaniesz scenariusz. Żadnych dużych zmian, wszystkie dodatki, o których napiszę masz załatwić, modelki ja wybieram, muzykę dostaniesz na mini dysku. Mam nadzieję, że będziesz miał sprzęt i człowieka do obsługi, bo ja mojego nie dam.
- Konkretna aż do bólu.
- Nie mam czasu na pieszczoty. A... i jeszcze jedno... ja nie przyjadę.
- To niemożliwe! Nie zgadzam się! Musisz być, żeby wszystkiego dopilnować ! - wykrzyczał do słuchawki.
- Powiedziałam: na moich warunkach albo w ogóle - odpowiedziałam spokojnie - Pojedzie moja asystentka . Musisz mi zaufać, wszystko przygotuję tak, że będzie dobrze.
- Miałbym większą pewność, gdybyś jednak była - próbował mnie przekonać.
- Grzegorz, nie mogę. Tego samego dnia wieczorem mam pokaz w teatrze, osiem firm po trzydzieści wzorów, promocja najnowszego BMW. Łącznie trzy godziny imprezy. Mojej imprezy.
- Robisz taką imprezę i mnie nie zaprosiłaś... - wyczułam w jego głosie nutkę pretensji.
- I tak byś nie przyjechał, bo masz u siebie pokaz.
- Przecież nie wiedziałaś.
- Kobieca intuicja...
     Po rozmowie podniosłam słuchawkę, żeby przekazać Żanecie kolejne dyspozycje, chwilę się zawahałam i doszłam do wniosku, że będzie lepiej jak poinformuję moją załogę osobiście.
- Mam trzy wiadomości: jedną bardzo dobrą i dwie złe. Najpierw powiem dobrą, żebyście nie narzekali na pozostałe. W tym miesiącu będzie niezła premia.
- Zapowiada się nieźle! - radośnie wykrzyknął Andrzej.
- Jutro niedziela pracująca, cały tydzień nadgodziny.
- Ja pierdolę !- szepnął mój informatyk.
- Nie pierdolisz, bo nie będziesz mieć czasu. Za tydzień, w niedzielę mamy równocześnie dwa pokazy, żeby było zabawniej jeden w Łodzi, drugi w Krakowie.
- Ja pierdolę! - zupełnie głośno powtórzył Konrad.
- Jutro dam każdemu nowe zadania, a teraz do roboty! Za pół godziny próba, błagam żadnych wiadomości, pytań i telefonów.
        Zdążyłam usiąść w fotelu, skoncentrować się na przerwanym scenariuszu, kiedy znowu zadzwonił telefon.
- Jasna cholera! Żana! Co znowu! - wrzasnęłam do słuchawki.
- Kasiu, dzwonią twoje dzieci.
- Powiedz im, że oddzwonię później.
- Ale Jasiek bardzo płacze...
- Dobra, dawaj go.
- Co się stało kochanie ?
- Mamo! - zawył - Nekia wpadła pod samochód!
- Żyje! ?
- Żyje. Zaniosłem ją do domu, nie wiem co jej jest, czy będzie żyła  - mówił przestraszony, cały czas mocno pociągając nosem. Oczami wyobraźni widziałam mojego synka, niosącego na rękach krwawiącego psa.
- Nie płacz kochanie - powiedziałam łagodnie - Zaraz będę w domu. Już lecę do  

samochodu.
        Wpadłam do sekretariatu.

 - Żana, mój syn miał wypadek. To znaczy mój pies wpadł pod samochód. Niech wszyscy czekają na mnie. Postaram się wrócić jak najszybciej. Moniko, zacznij przymiarki na modelkach.
    Wypadłam z firmy, wsiadłam do auta i z piskiem opon oraz gwizdem pijaczków, koczujących pod sklepem, ruszyłam do domu. Dobrze, że pod maską miałam silnik tylko 1,8, bo skorzystałam z całej jego mocy. Wpadłam do mieszkania jak szalona, na dźwięk trzaśnięcia drzwi z mojego pokoju wypadły dzieciaki, a z nimi w radosnych podskokach biegł pies. Jak zwykle skoczył na mnie z całym impetem i bez widocznych oznak kalectwa. Zaczęłam sprawdzać łapy, całe ciało, szukając jakiegoś uszkodzenia, a dzieci, przekrzykując się, relacjonowały przebieg zdarzenia.
- Mamo, Nekia wyrwała smycz i nie dała się złapać!
- Wołałam ją, a ona wcale mnie nie słuchała!
- Wleciała na jezdnię!
- I o mało co nie przejechał jej tramwaj!
- Ale uciekła!
- A ja cały czas wołałam!
- Mamo! Mamo, mówię ci i ...wtedy ona wbiegła pod samochód, no... ale się wyrwała!
- Tak strasznie piszczała - rozpłakał się Michał, pozostałej dwójce zaszkliły się oczy.
- Skarbie wiem, że to okropnie przeżyliście, ale Nekii nic złego się nie stało. Ma trochę otartą łapę i cały bieżnik koła odciśnięty na sierści. Bardzo się przestraszyła.
- Mamo, jak ja się bałem ! - zawołał Janek - Pobiegłem za nią na ulicę, ale nie dała się złapać.
       Wtedy dopiero się zdenerwowałam. Zdałam sobie sprawę z tego, co się jeszcze mogło wydarzyć i nogi się pode mną ugięły.
- Na dzisiaj, obiecajcie mi, żadnych nowych atrakcji! Zaraz muszę wracać do pracy, mam próbę. Już na pewno wszyscy na mnie czekają.
- Mamo, a o której wrócisz?
- Bardzo późno, jak już będziecie smacznie spać.
- Mamooo, a wiesz, że dzisiaj nie miałem matematyki i całą lekcję byliśmy w parku!
- A u nas na godzinie wychowawczej był prawdziwy pan policjant!
- Dzieciaki, muszę zmykać. Pani Grażynka zrobiła obiadek, wszystko zjedzone?
- Taaak!
- Dobry był?
- Taaak!
- Mamusia musi naprawdę lecieć; buziaka proszę!
Cała trójka rzuciła się na mnie, nawet pies dał radę mnie polizać. Biegłam do samochodu i kolejny raz przyrzekałam sobie, że już więcej nie będę tyle pracować, że to ostatni raz, kiedy wzięłam tak dużo na głowę. Wpadłam do firmy, wszystkich ustawiłam od razu na najwyższych obrotach. O północy zwolniłam pracowników, sama również pojechałam do domu. Zrobiłam sobie gorącą kąpiel, siedząc w wannie, czułam spokój i wreszcie odprężenie.
- No, Kaśka - pomyślałam - Tylko się nie przyzwyczajaj, masz jeszcze cholernie dużo do roboty. Ubrałam się, zajrzałam do pokoi dzieciaków. Kiedy okrywałam Agnieszkę, na chwilę się przebudziła.
- Kocham cię mamo - wyszeptała.
- Też cię kocham córeczko - pocałowałam ją jak zwykle na dobranoc .
      Za chwilę jechałam z powrotem do firmy, żeby rozpisać scenariusz pokazu do Krakowa. O godzinie szóstej rano wracałam padnięta do domu, żeby przygotować dzieciom śniadanie i zawieźć je do szkoły. Po ósmej byłam znowu w firmie, wyszłam tylko, żeby przywieźć dzieci ze szkoły i znowu byłam ostatnim rodzicem, który odbierał swoje pociechy. Wróciłam do firmy. Tym razem próba przeciągnęła się do pierwszej w nocy. Ponownie do domu pojechałam tylko po to, żeby się wykąpać, a potem nad ranem, żeby wyszykować dzieci do szkoły. Kiedy nocą wreszcie wróciłam do domu, nie miałam nawet siły, żeby się wykąpać. Rzuciłam się na łóżko, a moja ostatnią myślą było uświadomienie sobie, że jestem głodna i że od trzech dni żyłam tylko na kawie i papierosach. Przecież ja nie znoszę papierosów! - pomyślałam i odpłynęłam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

...przemarsz opiekunek...

środa, 24 lutego 2010 1:03
 

        Wróciłam do domu. Moja córcia zmusiła chłopaków do zrobienia porządku, tak więc domek lśnił i pachniał cały. Byłam tak naładowana pozytywną energią, że poranna wiadomość, która gruchnęła następnego dnia, nawet nie zrobiła na mnie wrażenia. O dziesiątej rano zamiast domofonu zadzwonił telefon, dzwonił długo i namolnie, aż wreszcie usłyszałam ciężkie człapanie.
- Halo! - warknął mój syn zaspanym głosem.
- . . .
- Janek.
- . . .
- Mama wróciła wczoraj.
- . . .
- A kiedy będzie?
- . . .
- Tak, zaopiekujemy się mamą.
- . . .
- Dobrze, będę czekał na telefon. Do widzenia.
- Mamo - powiedział do mnie grobowym głosem - Dzwonili z opieki społecznej, zapomnieli, że już wracasz z sanatorium, a twoja opiekunka wylądowała w szpitalu, no i na razie nie mają nikogo. Zadzwonią jak znajdą kogoś, idę jeszcze spać, posadzę cię za godzinę - wyrecytował monotonnym głosem, prawie nie biorąc oddechu i poczłapał z powrotem do swojego pokoju .

    Zostałam sama, leżąc na zdrętwiałym boku i zastanawiałam się jak sobie poradzę. Jeszcze wczoraj żyłam w ekskluzywnym hotelu, a dzisiaj zamieszkałam na opuszczonej ulicy. Moja ukochana opiekunka Maria, która przez pół roku codziennie już od drzwi witała mnie promiennym uśmiechem i sprawiała, że pomimo niepełnosprawności, nadal czułam się kobietą, nie będzie do mnie przychodzić. Byłyśmy roześmiane jak nastolatki, uwielbiała słuchać moich opowieści z przeszłości, zwłaszcza o podróżach i facetach . Nie przeszkadzało nam, że mówiłam niewyraźnie, nadrabiałam mimiką, dobrze że nie mogłam gestykulować, bo -znając mój temperament- zamachałabym się chyba na śmierć.

       Wcześniej przez dwa lata opiekował się mną mój przyjaciel. Tylko dlatego, że jest gejem, dawaliśmy sobie radę nawet z intymnymi detalami. Co prawda kiedy zaczynał się mną opiekować, jeszcze mogłam samodzielnie podciągnąć majtki czy umyć pupę, ale każdy kolejny dzień zabierał mi mięśnie, paraliżując stopniowo zdolność coraz słabszego nawet ruchu. Byliśmy jak tandem. Wiktor, z wyrazu mojej twarzy, wiedział jaką miałam noc, z drobnego gestu odczytywał moje potrzeby, zaczynałam zdanie, a on mógł je dokończyć. Był moim młodszym bratem, z którym czasem ostro się pokłóciłam, po to chyba, żeby zaraz ze łzami w oczach się godzić. Trochę za bardzo podporządkował swoje życie moim potrzebom, myślę, że zaczął się czuć więźniem własnego, dobrego serca. Oboje, od pewnego czasu, przygotowywaliśmy się do rozstania. Wiki, żeby mi powiedzieć; ja, żeby spokojnie tę wiadomość przyjąć.

        Po nim przyszła Maria, zawsze uśmiechnięta, szalenie dowcipna i - co najważniejsze - wreszcie mnie myły kobiece rączki.
- Jak pan sobie radzi z myciem pani Kasi? - zapytała zaintrygowana urzędniczka z opieki społecznej, która przeprowadzała z nami wywiad. Wiktor mrugnął do mnie i bardzo poważnie odpowiedział.
- Wchodzę z panią Kasią razem pod prysznic i się kąpiemy.
- Jak to? - zapytała poważnie przerażona.
- Oboje lubimy dużo piany - nadal zachowywał niezmąconą powagę. Ja, patrząc na urzędniczkę, która oczami wyobraźni widziała nas baraszkujących w pianie, nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Spojrzała zdezorientowana na nas rozbawionych, strzepnęła niewidoczny pyłek ze spódnicy.
- Widzę, że nie muszę się o was martwić - powiedziała nieco wyniosłym tonem - Świetnie sobie państwo dajecie radę - fuknęła, pozbierała wszystkie swoje papierzyska i szybko się wyniosła.
        Opracowaliśmy swoje metody mycia, ubierania, żeby nie gwałcić naszej intymności, a kiedy było to niemożliwe, jak co miesiąc, udawaliśmy przed sobą, że nic się nie dzieje. Bałam się czy nowa opiekunka zrozumie mnie jak mówię, czy da radę przesadzić mnie z łóżka na wózek, z wózka na kibelek i z powrotem. Wiktor, co prawda, przekazał wszystkie najważniejsze uwagi, pokazał nasze sztuczki i spędził z nami parę godzin, ale wątpliwości pozostały. Następnego dnia rano dziarsko zabrałyśmy się do roboty i okazało się, że to z czym radził sobie dobrze zbudowany mężczyzna, to z tym nie może poradzić sobie drobna, niska kobietka. Uczyłam się z Marią nowych sposobów, nowych metod sadzania, mycia i kładzenia do łóżka.
     Myślałam o tym wszystkim, zastanawiając się jak poradzę sobie z tłumaczeniem od zera nowej osobie wszystkich czynności. Maria była w szpitalu i nie mogła mi pomóc, a moi synowie nie mieli zamiaru się angażować. Tydzień później przyszła pierwsza „kandydatka". Już dźwięk domofonu, wyjący jak syrena alarmowa, zwiastował przybycie nalotu. Janek otworzył drzwi, zadudniły kroki.
- Gdzie jest chora ? - zagrzmiała.
- Tutaj - Janek wprowadził ją do pokoju. Słyszałam jak stanęła nade mną i ciężko sapała.
- Mogę obejrzeć mieszkanie? - bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Proszę - bąknął Janek.
Znowu zadudniło, słyszałam jak zagląda do pokoi, łazienki, na końcu weszła do kuchni. Coraz ciężej chodziła i głośniej sapała.
- Macie duże i ładne mieszkanie. - stwierdziła - Mąż czeka na mnie w samochodzie. Przyjechałam, żeby zobaczyć chorą i warunki pracy. Nie będę do was przychodziła, bo mam za daleko i mi się nie opłaca.

I wyszła. Żadnego - do widzenia, przepraszam, pocałuj mnie w nos. Wyszła, zadudniła na schodach, trzasnęła drzwiami, zadudniło na chodniku i wreszcie ucichło.
- Co to było? - zawołał Janek - Dobrze mamo, że jej nie widziałaś! Potwór.
     Następna przyszła po dwóch dniach. Już od progu, głosem nie znoszącym sprzeciwu, zażądała:
- Proszę zaprowadzić mnie do chorej.
- Już jej nie lubię. - pomyślałam.
- Proszę chorą posadzić - rozkazała Jankowi - Przecież nie będę mówiła do pleców. Nazywam się Małgorzata , jestem opiekunką z agencji Serce. Gdzie pan idzie? - wrzasnęła, widząc wycofującego się po angielsku Jaśka - Chora nie mówi, jest leżąca, musi mi pan powiedzieć co mam przy chorej robić.
- Zaraz przegryzę jej gardło - pomyślałam.

- Mówię - powiedziałam głośno - i... wstaję z łóżka.
       W ogóle nie zwróciła na mnie uwagi, grzebała w ogromnej torbie, wyciągnęła jakiś dokument, machnęła Jankowi przed nosem.
- To jest zaświadczenie, ze ukończyłam kursy opieki nad niepełnosprawnymi. Co chora będzie jadła na śniadanie? - spojrzała na Jaśka.
- Nie wiem - odpowiedział wyraźnie zirytowany - Niech pani zapyta mamę.
Próbowałam udowodnić, że jest ze mną kontakt, że wszystko słyszę, rozumiem i że wystarczy trochę się postarać, a można mnie zrozumieć. Wbrew negatywnym emocjom, uśmiechnęłam się.
- Proszę kawę - dobitnie powiedziałam.
- Chora coś powiedziała? - zwróciła się do mojego syna.
- Tak, mama zawsze rano pije kawę - odparł.
Wreszcie popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się dobrotliwie i powiedziała głośno, dzieląc wyrazy na sylaby.
- Na-pi-je-my się ka-wy? Ile ły-że-czek sło-dzi-my? - wyskandowała.
- Ja pierdolę! - pomyślałam - Dwie ły-że-czki! - odpowiedziałam.
- Co ona powiedziała? - zapytała Janka.Nie zwróciła się do mnie, nie powiedziała, żebym powtórzyła, że mnie nie zrozumiała, że może z czasem uda się nam porozumieć. Dla niej nie istniałam jako osoba myśląca i czująca.
        Nie wiem jak myśleli o mnie ludzie, którzy w mojej obecności zachowywali się jakby mnie wśród nich nie było. Mówili o mnie w trzeciej osobie i patrzyli jak na przedmiot. Najgorzej, kiedy tak zachowywali się lekarze, świadomi, ze SLA pożera ciało, umysł pozostawiając w pełni sprawnym. Zdarzało się, że przy mnie, ale nie do mnie, mówili:

 - Niestety nic nie możemy zrobić, nie ma nadziei, dla medycyny akademickiej jest to choroba nieuleczalna, możemy jedynie chorej przedłużać trochę życie. Szeptali tak na sali szpitalnej, obok mojego łóżka , a mój tata ze zrozumieniem kiwał głową.
- Halo, ja tutaj jestem, słyszę was, mówcie do mnie! - wołałam w myślach - Przecież to dotyczy mnie!

Milczałam jednak, nie chcąc im przerywać zabawy w konspirację. Tata patrzył później na mnie jakbym już nie żyła, było w jego spojrzeniu tyle litości, że aż się gotowałam.
    Teraz również nie wytrzymałam i korzystając z tego, że opiekunka mnie nie zrozumie, wycharczałam do syna.
- Wywal ją, nie chcę, żeby się mną opiekowała.
- Mamo! Poczekaj, może wszystko jeszcze się ułoży.
- Co się ma ułożyć! Błagam cię synu, chociaż ty mnie słuchaj! - wykrzyknęłam.
     Po południu zadzwoniła niezadowolona urzędniczka z agencji, przysyłającej opiekunki, oczywiście niezadowolona ze mnie. Poinformowała nas, że jutro będzie nowa, młoda opiekunka i wyraziła nadzieję, że nie będę wybredna. Faktycznie, rano pojawiła się sympatyczna młoda osóbka, studentka teologii. Wypiłyśmy wspólnie poranną kawę i próbowałyśmy nawet sobie porozmawiać. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy próbowała mnie przesadzić z łóżka na wózek. Już sama myśl ją paraliżowała. Spokojnie, opanowanym głosem tłumaczyłam co ma po kolei robić, ze zrozumieniem kiwała głową. Moja noga dziwnie zjednoczyła się z jej mózgiem  i, nie bacząc na moje zachęty, zestresowana nie chciała się zgiąć. Dziewczyna popłakała się, pociągając nosem wyznała, że sobie nie poradzi i że lepiej pójdzie. Zaczęłam ją przekonywać, że damy radę, że musimy się poznać i każdego dnia będzie lepiej. Siedziała na łóżku, patrzyła na mnie przestraszonymi oczami, a ja  już wiedziałam, że nam nie wyjdzie. Zadzwoniła do nas trzeciego dnia wieczorem i przeprosiła, że więcej nie przyjdzie. Minęły kolejne dni zanim agencja przysłała następną kandydatkę. Moje dzieci były coraz bardziej zniecierpliwione, a ja przestraszona.         Zawitała na miesiąc pani pod tytułem „Przepraszam, że żyję" . Następne trzydzieści dni dbała o mnie pani, której widok pierwszego dnia lekko mnie zmroził. Problemy z uzębieniem, wyczuwalny wokół zapach alkoholu i niewybredne słownictwo, znikało jednak wśród ciepłych słów i uśmiechu, który przez cały dzień do mnie słała. Dom lśnił, pranie wyprasowane, obiad ugotowany dla mnie i dla moich dzieci. Traktowała mnie jak laleczkę, codziennie szczotkowała mi włosy, zachwycając się ich gęstością; podziwiała wykrój moich oczu, kształt dłoni; malowała mi paznokcie, a z komody wyciągała coraz to nowe ciuchy, żebym ślicznie wyglądała. Pewnego dnia po prostu nie przyszła, później okazało się, że wpadła w ciąg alkoholowy i oczywiście wyleciała z agencji. W ślad za nią wyleciałam ja, dowiadując się, że nie ma już dla mnie u nich żadnej opiekunki. Zmieniłam agencję, zrzucając problem na nową urzędniczkę, która, przeprowadzając ze mną wywiad, cały czas stękała i cmokała z dezaprobatą. Pierwszego kwietnia, w prima aprilis(sic!)  przyszła do mnie emerytowana nauczycielka. Dzień wcześniej wpadła na chwilę, żeby mnie zobaczyć i obejrzeć warunki pracy.
- Jak ma na imię chora? - zapytała Agnieszkę.
- Powariowały z tą chorą! Może jestem przewrażliwiona, ale nie znoszę utożsamiania mnie z chorobą - pomyślałam - Jest tyle innych możliwości: jak ma na imię mama; jak pani ma na imię...
- Katarzyna - odpowiedziała córka.
- Pani Katarzyno. . . - zwróciła się do mnie.
- Postęp - uśmiechnęłam się w myślach - Mówi do mnie.
- Będę pani opiekunką. Mam nadzieję, że damy sobie radę. Musimy współpracować. Rozumie mnie pani ? - zawiesiła głos.
- Co mam nie rozumieć? - burknęłam w myślach, zmęczona ciągłymi wyjaśnieniami,  poddawana ustawicznej ocenie zupełnie obcych ludzi. Uśmiechnęłam się jednak i twierdząco kiwnęłam głową.
       Po miesiącu zostawiła mnie, informując ostatniego dnia na do widzenia, że rano przyjdzie do mnie nowa opiekunka. Zostawiła mnie w zupełnym szoku. Na półkach zostały równiuteńko poukładane ubrania, skarpetki zwinięte w kulki, wreszcie połączone w pary i czyste naczynia w kuchni. Z przerażeniem myślałam o kolejnym dniu, w którym wszystko będę musiała tłumaczyć od zera. Agniecha w pracy, Michał odgrodził się ode mnie i od mojej choroby murem nie do przebycia, a Janek na wieść o tym, że ma powtórkę, znowu de ja vu, oznajmił dobitnie, że ma wszystko w dupie. Jak powiedział, tak się później zachowywał, stał naburmuszony, odpowiadał zdawkowo, a w pokoju narastało coraz większe napięcie. Patrzyłam na niego błagalnym wzrokiem, żeby mi pomógł dogadać się z nową opiekunką. Ona natomiast była przesadnie troskliwa, zachowywała się jakby za chwilę miała mi zmienić pieluchę i wsadzić do buźki smoczek, żebym się nie rozpłakała. A niewiele brakowało, żebym nie ryknęła płaczem z bezsilności, ze zmęczenia, z ciągle na nowo szarpanego ciała i mojej psychiki. Byłam wewnętrznie rozdygotana, co od razu przełożyło się na moje ciało, które zesztywniało i całkowicie odmówiło współpracy. Byłam przekonana, że kobitka więcej się nie pokaże. Kto by chciał zajmować się rozhisteryzowaną , niepełnosprawną osobą, na dodatek jeszcze z gburowatym synem. Jednak przyszła następnego dnia rano i tak zaczął się czas pani Kazi. Dziwny czas, mieszanka łez i śmiechu, życzliwości i jawnej wrogości, pogaduszek i prawie siostrzanych zwierzeń oraz wyniosłego milczenia.
     Pogubiłam się trochę w ocenie normalnego życia, co prawda mój mózg pracował bez zarzutu, ale jednak inaczej postrzegał przemykające dni i towarzyszące im problemy. Cóż, wszyscy mamy kłopoty, jedni większe, drudzy mniejsze; myślę, że każdy na miarę swojej wytrzymałości. Cały czas otaczali mnie wiecznie narzekający ludzie, przychodzili do mnie, gadali z radia, robili obrażone miny w telewizorze, kłócili się za ścianą, złorzeczyli pod oknem. Właściwie nie ma rzeczy, która by nie przeszkadzała; że nie pada - że za długo leje deszcz; że za gorąco - że nie można wytrzymać z zimna; że autobus się spóźnił - że za wcześnie przyjechał; że za ciężko się pracuje - że nie można znaleźć pracy; że za drogo, że za mało, że za dużo, za bardzo, że w ogóle. Na pytanie - Co słychać? - zawsze ta sama odpowiedź - Stara bida. Wieczne pretensje do życia, Boga, przyrody, ludzi - matki, męża, szefa, sąsiada. Siedzę sobie nieruchomo w moim wózku i się przyglądam, patrzę, słucham, staram się nie oceniać i jest mi bardzo przykro. Większość odwiedzających mnie ludzi, korzystając z mojej niemocy, daje sobie prawo oceniania mojego domu, dzieci, słuszności moich najbardziej osobistych decyzji.
     Nie raz zastanawiałam się kto daje nam prawo do ciągłej oceny wszystkiego i wszystkich. Pochłania się papkę kolorowych magazynów i krytykuje lub wzoruje na ludziach, których kompletnie się nie zna. Dyskutuje się o ich życiu jak wieloletni przyjaciel, ocenia partnerów, podlicza zarobki, krytykuje życiowe decyzje, podziwia stroje i fryzury. Tylko czy ktokolwiek pamięta o tym, że jego idol lub medialny wróg nie wie nawet, że istniejesz. Podgląda się ekshibicjonistów w reality show po to, żeby oceniać. Nikt nie umie żyć bez oceniania innych, tych na górze jak i mijanego na ulicy przechodnia. Zaczęła mnie męczyć ciągła rywalizacja, próba sił w najbardziej błahych sprawach, udowadnianie na siłę słuszność swoich poglądów politycznych, religijnych, moralnych, etycznych a nawet kulinarnych. Czy to ważne kto ma rację?
- Kaziu, zrób mi na obiad surówkę z ogórka, sałaty i dymki - poprosiłam.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziała, uśmiechając się do mnie.
     Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, pani Kazia karmiła mnie powoli, a ja biłam się ze swoimi myślami. Surówka była słodka, ja zawsze przyrządzałam z solą, na ostro. Zastanawiałam się czy warto z tego powodu psuć między nami atmosferę. Znałam moją nową opiekunkę na tyle dobrze, że wiedziałam, iż będzie miała problem z przełknięciem moich słów, jak ja jej surówki. Jeżeli nie powiem, że mi nie smakuje, nie będzie wiedziała i już zawsze będę jadła słodkawą papkę. Wygrały kubki smakowe.
- Kaziu, słodziłaś sałatkę ? - delikatnie zapytałam.  
- Oczywiście, o co ci chodzi ? - powiedziała zaczepnie.
- Nigdy nie słodziłam surówek.
- Przecież musiałam jakoś doprawić. Mam wszystko wyrzucić ? - zapytała naprawdę wściekła, podnosząc się ze stołka.
- Kaziu, siadaj, zjem. Chciałam, żebyś wiedziała na przyszłość.
- Nie wiem jak można jeść nie doprawione jedzenie. Mogę w ogóle nie doprawiać?  Jeżeli sobie nie życzysz... - dodała z przekąsem.
Nie chciało mi się odpowiadać, komentować, wyjaśniać. Tak błaha sprawa, a wywołała tyle negatywnych emocji. Czy to ma znaczenie, kto ma rację wobec takich bzdur, czyja prawda jest bardziej prawdziwa, czyje argumenty są bardziej dosadne czy przekonujące.  Zaczęła mnie przerażać małostkowość spraw, o jakie ludzie są gotowi walczyć, żeby tylko postawić na swoim.
      Po paru latach choroby patrzyłam na życie z zupełnie innej perspektywy. Chciałam wykrzyczeć wszystkim zdrowym, wiecznie niezadowolonym ludziom: - Spójrzcie na mnie! Możecie chodzić, mówić, jeść, swobodnie oddychać, pić, spać. Jeszcze wam mało? Zamiast narzekać, podziękujcie Bogu za te dary, bo  nie macie wyobrażenia o tym, jak się żyje bez nich. Nie oceniajcie zachowania innych osób, zwłaszcza poważnie chorych, bo nic nie wiecie o ich życiu.
       A czy ja kiedykolwiek dziękowałam, odpuszczałam sobie i innym, łagodziłam konflikty? Zawsze udowadniałam słuszność moich decyzji, źle znosiłam krytykę, irytowali mnie ludzie, nie umiejący kierować swoim życiem. Nie używałam i nie tolerowałam słów - nie mogę, nie wiem, nie potrafię. Wszystko było w zasięgu moich możliwości. Dosłownie wszystko!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

...złość bezsilności...

wtorek, 23 lutego 2010 1:59
 

     Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyjazdu z ośrodka, czułam się coraz bardziej odprężona, naładowana pozytywną energią, pełna wzmocnionego optymizmu i nowych postanowień. Miałam bardzo wcześnie zajęcia, jechałam szybko korytarzem, a opiekunka mówiła, że muszę na biegu jeść, żebym zdążyła na ćwiczenia. No i stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Zakrztusiłam się tak mocno, że postawiłam wszystkie opiekunki na równe nogi. Próbowałam złapać oddech i nie dawałam rady, nie pomagało bicie w plecy, podnoszenie rąk do góry, zginanie mnie w pół. Cała byłam mokra z wysiłku, rzęziłam okropnie głośno, zaśliniłam się, z nosa mi leciało, z oczu kapały łzy. Wszystkie opiekunki obecne w jadalni przybiegły do mnie, wszyscy chorzy gapili się na mnie i to mnie najbardziej wkurzało. Nie myślałam o tym, że mogę nie przeżyć, jeżeli nie złapię oddechu, tylko o tym, że widzą moją słabość, moją kompletną bezradność. Nienawidziłam siebie za to i nienawidziłam wszystkich, którzy teraz nade mną się litowali, współczuli mi, a nawet mi pomagali.
    Kiedy godzinę później piłam kawę, pojawiła się Gosia.
- To ty, Kasieńko, tak się dusiłaś? - zadała retoryczne pytanie - Słyszałam cię, bo leżałam na polu magnetycznym. Co się stało? Wszyscy bardzo się przejęli.
Wszystko się we mnie zagotowało, ja nie chciałam o tym myśleć, a okazuje się, że cały ośrodek o tym huczy.
- Świetnie! - pomyślałam ze złością - Nie mają większych atrakcji?!
- Co w tym takiego ciekawego! Nie macie o czym gadać?! Odczepcie się ode mnie ! - wykrzyczałam z furią.
Oczywiście Gosia niczego nie zrozumiała, ze złości mówiłam jeszcze mniej wyraźnie. Patrzyła na mnie przestraszona, wyczuwała moją wściekłość z tonacji głosu i wyrazu mojej twarzy.
- Nie będę o tym mówić! - warknęłam w miarę wyraźnie.
- Nie musisz, jeżeli nie chcesz. Bardzo się o ciebie bałam - powiedziała lekko się zacinając, w oczach zaświeciły łzy.
     Przez głowę przeleciała mi myśl, że na niej wyładowałam całą złość; nawet przez chwilę zrobiło mi się głupio, ale niechęć szybko uporała się z wyrzutami sumienia. Piłam kawę ze wzrokiem wbitym w kubek, dając do zrozumienia, że rozmowę uważam za zakończoną. Siedziałyśmy w zupełnej ciszy, chciałam przeprosić Gosię za mój wybuch, męczyły mnie jej łzy i nie mogłam. Miałam pretensję do całego świata, że widział mnie nagą. I rozprawiał o mojej nagości. I śmiał ją komentować. I był szalenie wścibski i ciekawski.
       Po obiedzie leżałam słuchając radia. Chciałam być sama ze swoimi myślami, nadal byłam obrażona na wszystkich. Po chwili wróciła Gosia z zajęć u logopedki, podjechała wózkiem do mojego łóżka.
- Już wiem dlaczego nie chciałaś ze mną rozmawiać! - wykrzyknęła rozpromieniona.
Uniosłam do góry brwi.
- Nie chciałaś mnie niepokoić ani denerwować. Wiesz, że bardzo się o ciebie martwię, że boję się, żeby nic ci się nie stało. Nie chciałaś mówić, żebym tego nie przeżywała.
Milczałam, a w mojej głowie kotłowały się myśli. Byłam zdruzgotana sobą, swoim egocentryzmem, tym jak oceniłam zainteresowanie Gosi porannym incydentem. Oczami wyobraźni widziałam nieskazitelną Gosię i wredną Kaśkę.
- Kiedy usłyszałam jak się dusisz, nie wiedziałam co mam robić. Zaczęłam się modlić i złożyłam przyrzeczenie Bogu, żeby tylko ciebie uratował. Tak bardzo się o ciebie bałam.
      Kompletnie nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, przyznanie się do moich prawdziwych odczuć, nie wchodziło w grę. Kolejny raz błyskawicznie dostałam lekcję „ nie oceniania". Czułam się podle; ja ziałam nienawiścią, a ona się za mnie modliła.
- Tak, nie chciałam cię martwić - powiedziałam, uśmiechając się do Gosi.
- Wiem, Kasieńko. Bardzo cię kocham - Gosia próbowała złapać mnie za rękę - Bardzo cię kocham - powtórzyła.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

... Indie, moja miłość ...

sobota, 20 lutego 2010 18:20
 

          Drżałam z wrażenia. Stało się. Jechałam do Indii! Wbrew wszystkim sceptykom i niedowiarkom byłam na lotnisku. Za chwilę odprawa na samolot do Monachium, a tam przesiadka na lot do Delhi. Leciałam w nieznane. Całą drogę na lotnisko moi przyjaciele żartowali ze mnie, że wybrałam dla siebie ekstremalne doznania. Wszyscy robili zakłady po jakim czasie będę uciekała od brudu, prymitywu, krów i małp. Nikt nie wierzył, że wytrzymam planowane sześć tygodni tak daleko od znanej mi cywilizacji.
- Wasza matka zawsze była szalona, nic dziwnego, że wymyśliła Indie - powiedział Juliusz, jeden z moich byłych facetów, odwożąc nas na lotnisko.
- Tu dla lekarzy jestem już trupem.
- Tam będziesz trupem od smrodu, gorąca, much i innego robactwa.
- Damy sobie radę, najwyżej będę jak niewolnik stała za mamą i ją wachlowała - powiedziała Agnieszka.
- Uważaj, żeby się nie zaprzyjaźniła za bardzo z małpami - zażartował Juliusz.
- Albo ze świętymi krowami - dodał Janek
- Ha , ha , ha... - wymamrotałam - Lepiej uważaj na drogę - dorzuciłam.
- Mama wierzy, że tam mogą jej pomóc - Aga powiedziała bardzo poważnie.
- A pewnie! - tubalnie zaśmiał się Juliusz - Matka po tygodniu wstanie z wózka i tłukąc piętami o dupkę, zacznie uciekać do cywilizacji.
    Wszyscy gruchnęliśmy śmiechem. W takim nastroju dojechaliśmy na lotnisko. Ostatnie żarty, pożegnania i moja córka Agnieszka pchała wózek ze mną do odprawy. Dość sprawnie dwaj panowie z obsługi przesadzili mnie z wózka na specjalne krzesełko, którym dowieźli mnie wąskim przejściem między fotelami  na nasze miejsce. Jeszcze nie zdążyłam złapać głębszego oddechu, kiedy zaczęliśmy schodzić do lądowania. I znowu pojawili się dwaj inni panowie i nastąpiła powtórka, tylko że w odwrotnej kolejności. Kiedy wsiadałam do samolotu byłam pierwsza, tym razem musiałyśmy zaczekać, aż pasażerowie opuszczą samolot. Wszystko szło szybko i sprawnie, zostało nam parę minut, żeby zajrzeć, przed prawie dziesięciogodzinnym lotem, do toalety. Niestety w samolotach nie ma toalet dla osób niepełnosprawnych.
Leciałyśmy około godziny, kiedy wreszcie dotarło do mnie, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych.
     Wszystko zaczęło się cztery miesiące wcześniej, gdy przypadkiem przeczytałam historię o kilku pokoleniach hinduskiej rodziny, żyjącej na północy Indii. Nestor rodziny zajmował się uprawą roślin leczniczych, stosowanych w liczącej kilka tysięcy lat medycynie ajurwedyjskiej. Urzekło mnie tytułowe „Kuszące wołanie ciszy", zaczęłam marzyć o opisanych miejscach, prawie czułam wiatr od Himalajów, palące słońce, szum deszczu w porze monsunowej, smak innego jedzenia, zdrowie płynące z dziewiczej przyrody.
        Nagle uświadomiłam sobie, że to nie jest tylko piękna bajka, że ten świat realnie istnieje. Zaczęłam szukać w internecie informacji na temat medycyny ajurwedyjskiej. Znalazłam kliniki w Indiach i Nepalu. Napisałam do nich o mojej chorobie, że dostałam wyrok, jestem chora na stwardnienie zanikowe boczne, a chorym lekarze dają dwa, trzy lata życia od pojawienia się pierwszych symptomów i postawienia diagnozy. Jestem jednym z ( jak to się mówi) przypadków, który żyje dłużej, czym zaskakuję innych i siebie.
     Dziś siedzę na wózku inwalidzkim, mam całkowity niedowład rąk i nóg, mówię tak niewyraźnie, że rozumieją mnie jedynie najbliżsi. Patrzę zdziwiona na swoje ciało, bo przecież nadal jestem kobietą pełną życia, która uważa, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Dlatego zapytałam czy mogę do nich przyjechać. Jeden lekarz okazał się tak samo szalony jak ja. Zaczęliśmy ze sobą korespondować i po tygodniu byłam pewna, że pojadę do Indii. Niczego nie obiecywał, ale wiedziałam, że zrobi wszystko, żeby mi pomóc i ulżyć. Niewiele osób wspierało mnie, większość znajomych odradzała wyjazd w moim stanie zdrowia tak daleko, w nieznane. Ja jednak pozostałam nieugięta.
Teraz jednak, jadąc podstawionym na lotnisko jeepem po wąskiej drodze, wśród wycia klaksonów, wymijając karkołomnie inne samochody, motorowerzystów, zwierzęta i ludzi, którzy bez oglądania na boki wchodzili na drogę, przez chwilę pomyślałam czy nie mieli racji.
        Do Chilianaula z Delhi jedzie się około sześciu godzin, my byłyśmy przerażone perspektywą wątpliwego przeżycia trasy już na obrzeżach stolicy. Mijałyśmy podobne do siebie wioski, okropnie zaniedbane i zaśmiecone, w każdym miejscu kwitł handel, wokół unosił się kurz i hałas. Spodziewałam się zetknięcia z zupełnie innym światem, pełnym magii i egzotyki, a tu z wyobrażeń pojawiały się od czasu do czasu palmy, duże kaktusy i stada małp, biegających po drogach. Jechałyśmy już około pięciu godzin, teren cały czas był monotonnie płaski. Zastanawiałam się jak to jest możliwe, że klinika znajduje się na wysokości ponad 2400 metrów, kiedy nagle bez żadnego uprzedzenia, najmniejszego pofałdowania ziemi, żadnego pagórka, wyrosły góry. Zupełnie jakby ktoś się znudził, narysował na ziemi linię i postanowił, że od tego momentu będzie pięknie. I było.
    Do tej pory serce nam stawało przy wyprzedzaniu na trzeciego, manewrach przy prędkości 80 km\ godz. między tłumem ludzi, przy ustawicznie używanych klaksonach, trąbkach , krzykach kierowców i pieszych. Teraz doszły zapierające dech widoki i kręta, wąska droga, która niezmordowanie szybko pięła się w górę, tuż nad przepaścią. Kierowca gnał niewzruszony, czasami ostro hamując na zakręcie, by uniknąć czołowego zderzenia z wyjeżdżającym  z naprzeciwka samochodem. Kiedy wjechaliśmy do kolejnej małej, zaniedbanej wioski, a kierowca powiedział, że jesteśmy na miejscu, jeszcze wierzyłam, że zza zakrętu, wbrew wszystkiemu, ukaże się nowoczesna klinika.
      Wjechaliśmy za ogrodzenie, za którym stał mały, biały budynek z napisem „Hospital". Do samochodu podeszli młodzi Hindusi, patrzyli na nas jak małe, wiejskie dzieci. Zaczęli szukać doktora. Pojawił się ciemnoskóry mężczyzna o przyjaznym uśmiechu. Powiedział, że wszyscy czekali na nasz przyjazd i nagle zrobiło się bardzo miło. Najdrobniejszy chłopak chwycił mnie na ręce, bez wysiłku wyjął z samochodu i posadził na wózku. Poszłyśmy obejrzeć nasz pokój w domu dla gości z zagranicy. Stały w nim dwie metalowe prycze i szafa w ścianie. Wysoki schodek i wąskie drzwi dzieliły sypialnię od maleńkiej ubikacji. Wiedziałyśmy, że nie damy sobie w tych warunkach rady. Spojrzałyśmy z córką  na siebie. Obie byłyśmy na pograniczu histerii, ale każda, ze względu na drugą, zachowała pokerową twarz. Lekarz zauważył nasze zmieszanie, wyglądał jakby właśnie do niego dotarło, że nie jesteśmy zwykłymi pielgrzymami, odwiedzającymi aszram.
- Nie podoba się pokój ? - zapytał lekarz, a wszyscy patrzyli na nas wyczekująco - Spodziewałyście się czegoś innego ?
Obie chciałyśmy krzyknąć rozdzierające „tak", ale Agniecha zdołała tylko wykrztusić: - Nie dam rady wejść z mamą do toalety.
- Mama w ogóle nie chodzi ? - zapytał.
- Nie, jedynie przez chwilę stoi, jak się ją trzyma.
- Może napijecie się wody - nagle zmienił temat - Zapytaj mamy czego się napije.
Wyszedł na chwilę przed dom, z okna widziałyśmy jak się naradza z młodymi chłopakami .
- Jak ja mogę się z mamą porozumiewać ? - zapytał, kiedy wrócił.
Agniecha spojrzała na niego zdziwiona.
- Przecież mama zna angielski, sama pisała do pana maile.
- Jak to sama pisała ? - teraz lekarz był zdziwiony, patrząc na moje nieruchome ręce.
- Mówiła przyjacielowi, który nie zna angielskiego po jednej literze, a on pisał na komputerze do pana. Może pan mówić bezpośrednio do mamy, ona wszystko rozumie, tylko niewyraźnie mówi.
        Już wcześniej wydawałam z siebie różne dźwięki, ale nikt na mnie nie zwracał uwagi. Spięłam się w sobie, uśmiechnęłam najpiękniej jak tylko potrafiłam i powiedziałam powoli i maksymalnie wyraźnie.
- Yes, you can talk to me , I understand everything.
- Okay - uśmiechnął się do mnie.
- Doktorze, już przygotowaliśmy - wykrzyknął radośnie młody Hindus, wbiegając do pokoju.
    Wtedy lekarz pierwszy raz złamał dla mnie obowiązujące zasady. Kazał przygotować dla nas pokój w aszramie na parterze, gdzie mieszkali tylko Hindusi.
Do aszramu nie było żadnych schodów. Zbudowany został na planie czworokąta, dużą bramą wchodziło się na dziedziniec, z którego było bezpośrednie wejście do pokoi. Okazało się, że pokoje nie miały toalet. Poszłyśmy do ogólnych ubikacji, po stronie dla kobiet i tu dopiero doznałyśmy szoku. W podłodze był jedynie otwór! Lekarz zobaczył przerażenie w moich oczach i natychmiast kazał przynieść dla mnie krzesło z wyciętą dziurą. Byłyśmy tak zmęczone, że nie miałyśmy siły analizować naszej sytuacji.  
     Następny dzień wstał -jak wszystkie kolejne - w blasku słońca. Poranek zaczął się wizytą lekarzy, którzy mój stan zdrowia oceniali na podstawie pulsu. Po paru godzinach dostałam plan terapii, proponowane leki, robione z tamtejszych roślin. Zażywałam sproszkowane zioła wymieszane z miodem, inne rozpuszczone w mleku, piłam okrutnie gorzki wywar z dziesięciu ziół na przyrost mięśni. Każdy dzień zaczynałam ćwiczeniami oddechowymi pranajama ze specjalnie dla mnie sprowadzonym nauczycielem jogi. On również stosował akupresurę, czyli masaż uciskowy punktów na stopach, które, kiedy są zablokowane, nie pozwalają swobodnie przepływać naszej wewnętrznej energii.
         Każdego dnia, siedząc ze mną, odwrócony twarzą do wschodzącego słońca, opowiadał mi historię powstawania Ziemi i udział Bogów w jej tworzeniu. Traktował mnie jak zdrową osobę i wymagał ode mnie wiary oraz wewnętrznej siły.
Gdy zauważył, że nie mogę odgonić natrętnych much, rozbawił mnie mówiąc, że Bóg je po to stworzył, żeby człowiek nie był leniwy. Kiedy rano smacznie śpisz, nagle słychać „ bzzz". Machasz ręką, następuje chwila spokoju i ponowne" bzzz". Zanim przegonisz muchę, jesteś tak rozbudzony, że wstajesz. Latając koło mnie, muchy wypełniały swoją misję, bo za każdym razem, kiedy je odganiałam , zmuszałam mięśnie do pracy. Dlatego powinnam za nie dziękować, a nie narzekać.
       Po spotkaniu z Jogamanem, jadłam śniadanie i jechałam obok do pokoju przerobionego na moją prywatną salę terapii. Był w niej jedynie drewniany stół, na którym mnie masowano i butla z gazem do podgrzewania olejków do masażu. Masowano mnie każdego dnia przez godzinę. Najpierw zawsze uśmiechnięte kobiety, z towarzyszącą im młodą lekarką, przynosiły metalową wannę, do której mnie kładły i obmywały całe moje ciało gorącymi olejami. Po dwóch tygodniach nastąpiła zmiana terapii. Byłam masowana ugotowanym ryżem, zawiniętym w płótno i maczanym w gorącymi oleju, później różnymi zestawami zmielonych ziół również obwiniętymi płótnem i maczanymi w oleju.
     O 12.30 była dla wszystkich godzinna przerwa na obiad. Agniecha przynosiła go dla mnie z kantyny, która gotowała jedynie dla pacjentów kliniki, stosujących terapię ajurwedyjską.  Pozostałym mieszkańcom jarski obiad wydawała kuchnia w aszramie, wszyscy przychodzili ze swoimi metalowymi talerzami i łyżkami, siadali na chodniczku, rozciągniętym wzdłuż ściany dziedzińca i po krótkiej modlitwie zaczynali wspólnie jeść. Wiele osób jadło palcami. Lubiłam się im przyglądać.
    Aszramy, to magiczne miejsca, w które przyjeżdżają ludzie z całego świata, żeby wspólnie mieszkać, pracować i modlić się. Poznałam mnóstwo cudownych osób z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Rosji, Holandii, a nawet z USA i Japonii. Wszyscy przychodzili do mnie, kiedy tylko zobaczyli, że siedzę sama.

     Oprócz zalecanej przez mojego lekarza kuracji doszły mi ćwiczenia Reiki, które ze mną prowadziła młoda dziewczyna z Austrii oraz dodano popołudniową rehabilitację, na którą do mnie przychodziła Niemka.
    Jednak najbardziej podbili moje serce Hindusi. Zapamiętałam ich uśmiech, którym witali mnie na dzień dobry i zawsze kiedy mnie widzieli w ciągu dnia. Nie zdarzyło się, żeby nie podeszli i nie zapytali o moje samopoczucie. To, co odbierałam wcześniej jako niezdrową ciekawość, okazało się autentycznym, życzliwym zainteresowaniem. Dlaczego to wiem?  Bo w naszym kraju, jeśli ktoś się standardowo zapyta - Jak się czujesz?, wcale nie oczekuje odpowiedzi. Tam siedziano przy mnie dopóki nie zrozumiano, co mówiłam.
      Nad aszramem znajduje się świątynia, w której mieszkańcy wioski modlą się rano przed pracą i wieczorem przed kolacją. Młody chłopak o imieniu Prakash ( tzn. Światło ) codziennie na wieczorną modlitwę wnosił mnie po schodach na wysokość drugiego piętra, za nim biegli dwaj Hindusi, niosąc mój wózek.
Tamte spotkania niczym nie przypominały katolickich mszy. Przed świątynią wszyscy zdejmowali buty i siadali na rozłożonych na podłodze dywanach i poduszkach, brali instrumenty-bębenki, trójkąty, różne grzechotki i fisharmonie. Na rozpoczęcie ktoś dmuchał kilka razy w dużą muszlę. Na ten niesamowicie donośny dźwięk, rozdzierający ciszę, wszyscy obracali się twarzą do posągu Babaji. Babaji- według relacji osób, które z nim przebywały - jest Bogiem. Na pewien czas stworzył dla siebie ludzkie ciało, żeby się z nami móc skontaktować.

     Godzinę, czasem dłużej Hindusi grali i śpiewali pieśni wychwalające potęgę i moc bogów, zwłaszcza matki bogini Durga, która jest uosobieniem miłości, wyrozumiałości, ale i kobiecej siły. Wśród bajecznie kolorowych obrazów wielorękich, z głową słonia czy wyglądzie małpy bóstw, wisiał portret Chrystusa z całunu turyńskiego. Dla wyznawców tego odłamu hinduizmu jest to zupełnie naturalne. Wyznają politeizm czyli czczą wielu bogów, ale uważają, że wszystkie te bóstwa wyobrażają jedynie różne cechy jednego potężnego Boga, wielokrotnie w historii dziejów ludzkości pojawiającego się, żeby nas nauczać. Na początku, prowadzący spotkanie, podchodził do każdego z zapaloną świeczką, a każdy dłonią zagarniał płomień na swoją głowę, dokonując symbolicznego oczyszczenia. Pod koniec ceremonii roznoszono pokrojone owoce lub słodycze, które wcześniej przynieśli wierni. Inaczej niż u nas w kościołach, tam zawsze było dużo młodzieży i wielopokoleniowych rodzin.
         Czasem na fisharmonii i bębnach grali przypadkowi pielgrzymi. Pewnego dnia muzyka osiągnęła takie szaleństwo, że wzburzyła rosyjską krew. Grupa Rosjan, mieszkających od tygodnia  w aszramie, zaczęła tańczyć, dołączył do nich nauczyciel jogi, niewiele brakowało a i mój wózek zacząłby wirować. Następnego dnia Rosjanie porwali za sobą opanowane Niemki.  Ale ja byłam wpatrzona w piękną, ciemnowłosą Włoszkę, która tańczyła przepięknie poruszając dłońmi i całym ciałem. Miała bose stopy, owinięta kolorowym sari, z zamkniętymi oczami i lekkim uśmiechem kołysała się w rytm muzyki.
       Moją córkę, której od długiego czasu nie dało się zaciągnąć do kościoła, tam wielokrotnie widziałam klęczącą. Na moje zdziwione spojrzenie, kiedy zaczęła chodzić na poranne modły, odpowiedziała, że czuje wewnętrzną radość, nie przymus.
    Życie zaczynało się o wschodzie słońca, a spać chodziliśmy zaraz po zmierzchu. Ludzie przyjeżdżali i wyjeżdżali; dla jednych pobyt w aszramie był etapem podróży, dla innych stawał się sensem życia. Poznałam osoby, które mieszkały w Chilianaula parę dni, inne parę miesięcy, nawet lat i takie, które sprzedały domy w swoich krajach i( z przysłowiowym tobołkiem) zamieszkały w bardzo skromnych, wręcz prymitywnych warunkach. Nikt nie żałował podjętej decyzji.
         Wszyscy pielgrzymi czekali na spotkanie z Nauczycielem Muniraji, który był uczniem Babaji w Jego ostatnim wcieleniu na Ziemi. Spotkanie z Nim było wielkim przeżyciem. Słyszałam o Jego wielkiej wiedzy i mądrości, o umiejętności czytania w myślach. Wśród wszystkich pielgrzymów i Hindusów widziałam zachwyt i podziw dla Niego, prawdziwe uwielbienie i bezwzględne posłuszeństwo w wypełnianiu Jego poleceń. Do Chilianaula przyjeżdżał na odpoczynek i na rozmowy.
                        Był już dwa dni, widziałam wszędzie Jego ślady, podnieconych ludzi spieszących na spotkania z Nim; białe siedzisko przeznaczone dla Niego w świątyni, poranny gong przed wschodem słońca, wzywający na modły o świcie w Jego ogrodzie. Im bardziej zachęcano mnie do spotkania, tym bardziej mój zachodni umysł, nie uznający autorytetów, buntował się.

            Było popołudnie, moment, kiedy Nauczyciel siadał i pozwalał uczniom przebywać w Jego obecności i wtedy przyszedł czas mojego z Nim spotkania. Zawieziono mnie do Jego domu, z daleka widziałam siedzących na werandzie i w ogrodzie ludzi. Czekałam z innymi, a moje myśli szalały. Wokół panowała cisza, wszyscy siedzieli w milczeniu, byłam poirytowana, wodziłam wzrokiem po kwiatach, drzewach, po spowitych mgłą Himalajach. Nagle... nasz wzrok się spotkał, dojrzałam uśmiech w Jego oczach i zrozumiałam, że wie o mnie wszystko. W mojej głowie nastała cisza, uspokoiłam się i wiedziałam, że będę przyjeżdżała na każde z Nim spotkanie. Zadałam Mu wiele istotnych dla mnie pytań. Otrzymałam od Niego, tak jak wszyscy pielgrzymi, imię obrazujące mój charakter, osobowość i duchowość. Nazwał mnie Kusum -  kwiatem pnącym się wokół pnia do słońca. Moim przeznaczeniem w życiu jest dążyć do poznania Boga, jak kwiat dąży coraz wyżej do słońca. Pniem, po którym wspina się kwiat, czyli ja, są ludzie. Jeżeli będę umiała ich słuchać i z nimi współpracować, osiągnę cel.   
         Coraz bardziej związana z tym miejscem i ludźmi z przerażeniem myślałam, że za tydzień będziemy musiały wyjechać. Kiedy na porannym obchodzie doktor wyraził zadowolenie z małej, ale jego zdaniem widocznej poprawy mojej kondycji fizycznej i psychicznej, ze łzami w oczach wyznałam, że nie wyobrażam sobie rozstania. Miałyśmy bilety na samolot na konkretny dzień i lot, no i nie miałyśmy pieniędzy na dłuższy pobyt, ale obie byłyśmy gotowe zrobić wszystko, żeby móc zostać. Lekarz wziął nasze bilety, wrócił po dwóch godzinach i powiedział, że tylko od nas zależy, kiedy wrócimy do Polski. Miałyśmy półroczną wizę i zdaniem całego personelu medycznego oraz mieszkańców aszramu powinnam ten czas wykorzystać, zostając w klinice. Dowiedziałam się, że o pieniądze nie muszę się martwić, bo jeżeli ich zabraknie, będę mogła przysłać przelewem, po powrocie do Polski. Jako mój lekarz, wysłał do przewoźnika Lufthansa prośbę o zmianę terminu wylotu podyktowaną koniecznością przedłużenia leczenia. Jeden z mieszkańców aszramu pojechał pociągiem do Delhi, żeby przywieźć nowe bilety. Podróż w jedną stronę trwała ponad dziesięć godzin, ale nie odczułam z jego strony żadnego zniechęcenia, wręcz przeciwnie, radość z możliwości pomocy.
        Nastały upalne dni przed porą monsunową. Nawet w nocy nie było czym oddychać. Przedłużyłyśmy pobyt o kolejne sześć tygodni, a lekarz zwiększył intensywność terapii. Kolejny raz, specjalnie dla mnie, zostały zmienione zasady. Do tej pory masaże, wszystkie ćwiczenia, wymagające pracy nad rozebranym ciałem, były prowadzone przez kobiety. Mężczyźni zajmowali się pacjentami płci męskiej. Mój doktor przedstawił najlepszego specjalistę i zapytał czy wyrażę zgodę, żeby się mną zajmował. Następnego dnia, kiedy masował moje ciało, towarzyszące mu hinduskie kobiety, były bardziej skrępowane niż ja.  
        Muniraji zajął się duchowym uzdrawianiem, w mojej intencji zostały odprawione puja - jakby msze do bogini. Natchniony stary Hindus podniesionym głosem, jak w transie, powtarzał  śpiewnie te same zdania, składał dary przyniesione do świątyni, palił kadzidła i świece, obmywał posążek bogini wodą i mlekiem, smarował go miodem, obsypywał płatkami róż. Wszystkim ,co dotknęło posążka, dotykał mojej ręki albo czoła. Modły trwały około dwóch godzin codziennie przez dziesięć dni.  
        Pewnego dnia przybiegł do mnie Prakash, krzyknął tylko, że muszę coś zobaczyć, popchnął mój wózek i pojechałam na „taras widokowy". Ze wzruszenia nie mogłam się odezwać, do tej pory niewidoczne, zaśnieżone szczyty Himalajów, teraz błyszczały w słońcu. Siedziałam w milczeniu, próbując zapamiętać każdy szczegół. Przypomniał mi się tytuł książki, dzięki której tutaj się znalazłam-" Kuszące wołanie ciszy „- cisza panowała dokoła mnie i we mnie. Cudowna cisza tętniąca życiem otaczającej przyrody i biciem mojego serca.
       Wiedziałam, że za murami aszramu pulsuje normalne życie ,wypełnione gwarem ulicy, klaksonów przejeżdżających aut, nawoływaniem handlarzy ; zakurzone, biedne i- w naszym zachodnim systemie wartości - zupełnie bez perspektyw. Widziałam jednak uśmiechniętych ludzi, którzy mieli czas na rozmowę, na spotkania ze znajomymi, na pracę i wspólne, rodzinne posiłki. Kiedy jechałyśmy mini autobusikiem do wioski na zakupy, Agnieszka zachwyciła się malutkim dzieckiem, matka z uśmiechem pozwoliła wziąć je na kolana. Wszędzie było widać szacunek dla starszych osób i okazywaną im bezinteresowną pomoc. Zapytałam Arjunę, młodego chłopaka pracującego w klinice, dlaczego, witając starych ludzi, dotyka się ich stóp. Wyjaśnił, że jest to wyraz uznania dla ich wiedzy, umiejętności i doświadczenia, które gromadzili długie lata. Człowiek stary ma większą wartość, bo posiada mądrość, której nie ma młody.
    Kilka razy do roku organizowano bezpłatne leczenie dla biednych. Trzy dni klinika i aszram były wypełnione rodzinami, które przyjechały z chorymi. W Indiach wielu starych ludzi ma zaćmę, dlatego z Delhi przyjechało trzech okulistów, żeby w ciągu weekendu dokonać kilkudziesięciu operacji. Ludzie siedzieli przed szpitalem, koczowali na całym terenie; w porze wydawania posiłków dziedziniec zapełniał się chorymi z zabandażowanymi głowami, z opatrunkami na oczach. Wszyscy dostawali za darmo jedzenie, materace i koce do spania. Spali na korytarzach kliniki, w wolnych pokojach aszramu poukładani jeden przy drugim. Wszystko przypominało polowy szpital. Mieszkańcy aszramu roznosili wodę, owoce, pomagali lekarzom w prostych czynnościach.
Któregoś dnia, podczas porannego obchodu, mój ukochany doktor przyszedł bardzo podekscytowany.
- Kate? - zapytał - Czy znasz Agnieszka z Lodz?
- Nie - odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
- Przyjedzie tu za dwa tygodnie, rozmawiałem z jej mężem, powiedział, że jego żona jest chora na tę samą chorobę co ty. Zdecydowała się przyjechać, kiedy dowiedziała się, że ty tutaj jesteś.
      Zaczęłam się zastanawiać skąd mogą mnie znać. Przypomniało mi się, że na ostatnim pokazie, który reżyserowałam i na którym zbierano pieniądze na nasz wyjazd, ktoś mnie pytał o nazwę kliniki dla chorej przyjaciółki .
    Doktor, pamiętając nasze przerażenie po przyjeździe, zarządził przygotowanie pokoju dla Agnieszki i Magdy. Wieczorem w przeddzień ich przyjazdu poszłyśmy z córką go obejrzeć. W porównaniu do naszego, w którym miałyśmy jedynie dwie prycze, szafę w ścianie, parapet służący za stół i brudne ściany, to był piękny, przytulny pokoik. Świeżo pomalowany, na łóżkach kolorowe narzuty, pod oknem stół i krzesło!
     Przyjechały zmęczone około południa. Kiedy po godzinie przyszły do nas na pogaduchy, jeszcze nadal były w szoku. Spodziewały się nowoczesnej kliniki z klimatyzowanymi pokojami, a tu na dworze i w pokoju 35 stopni, a po dziedzińcu chadzają małpy. Aga cały czas płakała, powiedziała, że chce wyjechać za dwa dni razem z nami.
- Aguniu, tu naprawdę jest wspaniale - pocieszałam - Opiekują się nami cudowni ludzie.
- Nie chcę tutaj zostać - chlipała.
- Zobaczysz, że już jutro wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej.
- Chcę wracać z wami. Boję się.
- Aguniu, ja też bardzo się bałam, że nie damy rady, a mija trzeci miesiąc i nie chcę stąd odjeżdżać.
- A ja nie chcę tu zostawać!
- No to zamieńmy się biletami, wy wyjedziecie za dwa dni, a my zostaniemy jeszcze dwa miesiące.
       Wreszcie Aga uśmiechnęła się przez łzy. Moja córka i siostra Agi siedziały wpatrzone w nas. Obie mówiłyśmy bardzo niewyraźnie, a rozmawiałyśmy ze sobą bez najmniejszego problemu. Byłyśmy jak odbicie w lustrze. Spędziłyśmy ze sobą tylko dwa dni, ale nasze serca zostały przy sobie.
        Życie w Chilianaula toczyło się jak wszędzie, ludzie rodzili się, umierali, kochali, cierpieli, chorowali. Jednak wszystkie czyny, gesty, słowa były jednoznaczne. Jeżeli ktoś pomagał, nie narzekał, jeżeli dawał, nie wymawiał, jeżeli rozmawiał, to słuchał.
      W Indiach spędziłam cudowne trzy miesiące pełne nadziei, czułam się otoczona miłością, byłam traktowana jak Kasia, a nie przypadek. Byłam człowiekiem, human being - istotą ludzką, która zasługuje na szacunek i, mimo upośledzenia ciała, ma prawo do marzeń, potrzeb i zwyczajnych pragnień. Obiecałam sobie, że jeszcze tam wrócę i że pojadę w inne podobne miejsca, gdzie życie człowieka  jest wartością najwyższą, nie tak jak w naszym kraju, gdzie  nieuleczalnie chorzy czują się w szpitalach, hospicjach czy w domach jak śmieci na wysypisku. Chcę być tam, gdzie moje życie ma taką samą wartość jak życie małpy czy słonia, ale nadal ma ogromną wartość.

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

... zwyczajny dzień ...

sobota, 20 lutego 2010 18:13
 

- Panie! - westchnęłam - Wczoraj byłam u spowiedzi, ksiądz dużo do mnie mówił, zapamiętałam słowa, które dały mi odpowiedź na jedno z moich pytań. Powiedział, że nie rozumiemy Twoich planów, a może dlatego nie mogę mówić, żebym nie szukała pocieszenia u ludzi, tylko u Ciebie. Do Ciebie nie muszę mówić wyraźnie, żebyś mnie zrozumiał. Powiedz, czy dlatego zabrałeś mi możliwość rozmowy z innym ludźmi, żebym częściej do Ciebie przychodziła i właśnie z Tobą rozmawiała? Zawsze uważałam, ze masz szalone poczucie humoru.  
- Kasiu, dosyć tego medytowania. Siedzisz w kaplicy od obiadu, a zaraz kolacja. Kilka razy zaglądałam do ciebie, ale byłaś tak zamyślona, że nawet nie zauważyłaś.
- Bo ja z nowym rokiem będę święta - zażartowałam.
- Dobrze zrozumiałam, że planujesz być świętą ? O cholerka ! - wykrzyknęła - Ja już widzę aureolę !
         Do późnego wieczora siedziałyśmy z Gosią, słuchając muzyki, co chwila ktoś do nas wpadał na pogaduchy. Kiedy kładłyśmy się spać, byłam tak zmęczona, że marzyłam o spokoju i idealnej ciszy.
- Iwonko - poprosiłam wychodzącą opiekunkę - Wyłącz radio.
- Wyjąć zęby ? - zapytała.  
- Wyłącz radio - powtórzyłam.
- Nie rozumiem co mówisz - Iwonka spojrzała na Gosię.  
- Kasia prosi, żebyś wyłączyła radio.
Iwonka wyłączyła radio, zgasiła światło i wyszła. Ryknęłyśmy śmiechem.  
- Zęby? - ledwo wykrztusiłam.
- Myślała, że masz sztuczną szczękę! - zawyła ze śmiechu Gosia.
Tak się śmiałyśmy, że dostałam czkawki, co nas jeszcze bardziej rozbawiło. Co się uspokoiłyśmy i zapadała cisza, któraś nie wytrzymywała, prychała śmiechem i rechotałyśmy od nowa. Nie raz już się zdarzało, że mnie źle rozumiano, ale pomyłki zawsze wyglądały jakby druga osoba szukała rymu do tego co powiedziałam. Tym razem nie był to wiersz rymowany tylko biały, kompletnie bielutki.
     Zawsze uważałam, że pokrewne dusze przyciągają się. Tak było i tym razem. Zaczął się nowy tydzień, przyjechali nowi ludzie. Od razu zwróciłam uwagę na mężczyznę w trochę więcej niż średnim wieku, chodzącego o kuli. Był typem luzaka, łysy, z kilkudniowym zarostem, zawsze w lekko pogniecionej bluzie albo wyciągniętej, bawełnianej podkoszulce. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, a kiedy rozmowa potykała się o niezrozumiałe słowo, Jurek zaczynał mówić alfabet, a ja kiwałam głową, gdy wypowiadał nazwę odpowiedniej litery.

        Przyjechał do ośrodka z żoną, którą poznał parę lat wcześniej, właśnie tutaj. Dorota była od niego dużo słabsza fizycznie i psychicznie. Jurek dodawał jej energii, ona przynosiła naiwność małego dziecka i kwintesencję kobiecej słodyczy. Kiedy patrzyłam jak Jurek oddawał kulę Dorocie i pchał jej wózek, myślałam, że tak wygląda ich życie: on nie potrzebuje kuli, kiedy opiera się o wózek, ona czuje się bezpieczna pod jego opieką.
     Jurek codziennie tryskał niespożytą energią, miał coraz to nowe plany, marzenia, pomysły. Zauważyłam, że Gosię męczyły jego wizyty.
- Denerwuje mnie to jego gadanie, wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie - powiedziała po tym, gdy przez godzinę snuł plan wspólnych wakacji na spływie kajakowym.
- Marzenia, lubię marzyć - odpowiedziałam.
- Dobrze, Kasiu  - westchnęła Gosia - ale marzenia muszą być realne. Jak ty sobie wyobrażasz nasz wyjazd w takim stanie, czy on w ogóle wie, o czym mówi? To jest niemożliwe do zrobienia. Powiedz czy nie mam racji?
- A moje Indie? - zapytałam.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

...lot nad kukułczym gniazdem...

sobota, 20 lutego 2010 15:39
 

- Kasiu! Jedziemy na dworek. Dochodzi dwunasta, zabieramy cię na szampana! Sprawnie przesadziły mnie z wypoczynku na wózek i pognałyśmy do sali balowej. Z daleka słychać było głośną muzykę, śmiech i okrzyki wyczekujących północy.
- Cześć, Kasiu.
- Wreszcie przyjechałaś.
- Napijesz się wina? Mamy rurki.                
- A może zjesz sernik? Jest miękki, dasz sobie radę z połknięciem. - zapytała Agnieszka, moja opiekunka.
Wszyscy uśmiechali się do mnie, a ja uśmiechałam się do wszystkich, czułam jak znowu narasta we mnie napięcie. Sala była udekorowana balonami i serpentyną, każdy na głowie miał kolorową czapeczkę lub koronę, zebrani bawili się jak na każdym innym balu sylwestrowym na całym świecie, tylko. . . wyglądali inaczej. Całą sobą nie chciałam być w tym miejscu, czułam jak ogromna klucha rośnie mi w gardle, serce wali w całym ciele. Wiedziałam, że jak jeszcze ktoś się do mnie odezwie z uśmiechem albo co najgorsze zacznie ze mną „tańczyć", wybuchnę płaczem. Nie chciałam żadnego zbliżenia, żadnego poczucia wspólnoty. Chciałam jak najbardziej odciąć się od tego miejsca i tych ludzi. Zawsze w trudnych sytuacjach życiowych uciekałam od siebie i wszystko później działo się obok mnie, patrzyłam na siebie, widziałam co mówię i robię, jakbym oglądała film na zwolnionych obrotach; dodatkowo w najtrudniejszych momentach włączała się stop klatka. Tak było, gdy mój przyszły drugi mąż rozmawiał z moim pierwszym mężem, a ja musiałam określić się, z którym chcę dalej być; gdy umarła moja mama, a ludzie zaczęli składać mi kondolencje; gdy powiedziałam mojemu drugiemu mężowi, że już nie chcę z nim być, a on zaczął pakować rzeczy. Później patrzyłam, jak odchodzi, przez dwie szyby, jedną wewnętrzną, za którą się schowałam i drugą okienną.
        Teraz czułam się jakbym kolejny raz oglądała „Lot nad kukułczym gniazdem" tylko zmieniły się moje uczucia do aktorów. Ci filmowi budzili sympatię i empatię, ci obok budzili przerażenie i obrzydzenie. Osoby z chorobą układu nerwowego nie są podobne do połamańców ze złamanymi kończynami. Bardziej przypominamy upośledzonych psychicznie. Wszyscy roześmiani tańczyli, każdy powyginany na swój sposób, jedni przy balkonikach, inni opierali się na bardziej sprawnych. Widziałam jak Gosia siedzi na kolanach chłopaka, z którym stanowili turnusową parę i razem tańczą na wózku. Wstrzymałam oddech z napięciem patrząc jak się próbują pocałować. Robert obrócił twarz w stronę Gosi, zamknął oczy i wysunął usta, ona próbowała go pocałować, ale nie dawała rady, bo jej ciałem rzucały drgawki. Im bardziej się starała, tym mocniej jej ciało się trzepotało. W końcu zrezygnowali po paru bolesnych zderzeniach głowami. Nagle usłyszałam huk. Teresa przewróciła się, ciągnąc za sobą osoby z kręgu, w którym razem tańczyli, trzymając się za ręce. Jedni drugim próbowali pomóc w podniesieniu, co przynosiło jeszcze większą plątaninę i zamieszanie. Dopiero opiekunki rozplątały towarzystwo.
    Sama nie wiedziałam dlaczego byłam na pograniczu histerii, kiedy na nich patrzyłam . Nigdy osoby chore, upośledzone czy niepełnosprawne nie wywoływały we mnie negatywnych uczuć. Jako nastolatka, po nieudanym zamachu na swoje życie, wylądowałam w szpitalu. Na korytarzu leżała starowinka, przywieziona z domu opieki. Zwróciłam uwagę na nią, bo okropnie jęczała.
- Pić - wyszeptała - Podaj dziecko wodę. Śmierdziała moczem i kupą, twarz i włosy miała umazane resztkami jedzenia. Po dwóch dniach rozpoznawała mnie i witała szerokim, bezzębnym uśmiechem. Karmiłam ją, myłam jej twarz i dłonie, czesałam włosy, poprawiałam pościel. Zmusiłam salową do mycia jej pupy, do zmian przemoczonej koszuli. Cichutko płakałam, patrząc na  jej pomarszczone, stare, obolałe ciało. Wychodząc ze szpitala, myślałam nawet o rzuceniu studiów i zostaniu pielęgniarką.
          Kilkanaście lat później byłam na basenie z moimi dziećmi. Ludzie nachalnie gapili się na chłopca, który pływał jak ryba, poruszając całym ciałem i nogami. Wyszedł z wody i usiadł obok mnie. Zamiast rąk miał krótkie kikuty. Zupełnie naturalnie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, po chwili przyłączyły się moje dzieci. Nigdy w takiej sytuacji nie spuszczałam oczu, udając, że nie dostrzegam takiej osoby, nigdy też nie patrzyłam zbyt długo. Chorych postrzegałam na równi ze zdrowymi. Może umiałam utrzymać spokojny dystans do kalekich ludzi, bo widywałam ich szalenie rzadko, a może dlatego, że byłam zdrowa. Teraz, patrząc na nich widziałam siebie, ich ułomne ciała były lustrem, którego na co dzień unikałam. Nie umiałam zaakceptować siebie, swojego ciała, dlatego nadmiar widocznego kalectwa skumulowany w tak małej przestrzeni przerażał mnie i przygnębiał.
-10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1! Jest!!!
     Strzeliły korki od szampanów, opiekunki rozdawały kieliszki. Bardzo chciałam napić się szampana, był namacalną odrobiną normalnego starego życia, za którym szaleńczo tęskniłam. Wzięłam rurkę w usta, delikatnie pociągnęłam mały łyk, później trochę odważniej kolejne. Uważałam, żeby się nie zakrztusić, bo to zawsze wywoływało największy alarm.
- Kasiu, jedziemy na korytarz. Będą fajerwerki.
Pokojowa, śpiewając, pchała dwa wózki jednocześnie, postawiła nas przy oknach i pobiegła po następnych. Odpaliły pierwsze ognie, widziałam jak ze świstem leciały w górę i . . . to wszystko. Rozbłysk był poza zasięgiem mojego wzroku, próbowałam pochylić się, żeby zwiększyć pole widzenia. Nic nie pomagało i wtedy roześmiałam się sama z siebie, z tej całej sytuacji, trochę przez łzy, a później zaczęłam głośno rechotać.
       Następny dzień otworzył zaspane oczy i natychmiast je zamknął.
- Cześć dziewczynki, jak się macie w nowym roku, która pierwsza wstaje ? - radośnie zapytała opiekunka.
- Gosia - jęknęłam - Ja nie idę na śniadanie.
- O, czuję, że w nocy były niezłe balety, skoro Katarzyna nie chce wstawać. Mów Małgosiu, jak na spowiedzi, ile szampana wypiłyście? 
       Kiedy zostałam sama, zaczęłam jak co roku robić listę przyrzeczeń na nadchodzący rok.
- Sylwester zawsze miałam do kitu - pomyślałam - Dlatego nie będę się przejmowała moim wczorajszym nastrojem. Od kiedy pierwszy raz poszłam na zabawę z kolegą, całą noc bawiłam się z innym, który mnie odprowadził do domu, a zakochałam się nieprzytomnie w trzecim, który wylał na mnie czerwone wino, wszystko szło nie tak. Zawsze byłam albo w złym miejscu, albo z nieodpowiednimi ludźmi, albo nie miałam nastroju, albo chciałam być gdzie indziej, albo z kimś innym, albo umierała moja mama.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

...nowa przyjaźń...

sobota, 20 lutego 2010 13:31
 

      Tak się zaczęła nasza przyjaźń. Ja grałam rolę wspaniałomyślnej gwiazdy, która poświęca trochę czasu i pieniędzy na ratowanie biednych dzieci. Później przypadkiem staje w blasku fleszów, żeby zrobić zdjęcie z najbardziej brudnym i chudym dzieciakiem. Oczywiście również zupełnie bez jej wiedzy i zgody, fotografia obiega cały świat na pierwszych stronach kolorowych magazynów. Moim fleszem była pycha i samozadowolenie, widownią mojego nowego wizerunku - znajomi i rodzina. Byłam zachwycona sobą, tym, że w natłoku zajęć umiałam raz w tygodniu znaleźć czas, żeby odwiedzać Gosię. Całą wiosnę i lato siedziałyśmy na tarasie jej domu, słońce przedzierało się przez pnącza winorośli, słychać było świergot ptaków, brzęczenie krążących pszczół, cykanie świerszczy. Mama podawała nam pachnącą cynamonem kawę albo herbatę z cytryną, piekła prawdziwe ciasto pachnące domem, chrupiące racuszki z marmoladą w środku, grubo posypane cukrem pudrem. Specjalnie dla mnie robiła sernik, który zjadałam wolno, bardzo powoli z zamkniętymi oczami, żeby mocniej odczuwać jego idealny smak.
         Jadąc samochodem do Gosi, odbierałam tysiąc telefonów, w przerwach muzyka rozsadzała samochód i moje uszy; a ja, jak zwykle przekraczając dozwoloną prędkość, łamałam po drodze inne zakazy i nakazy. Gdy otwierałam furtkę do domu Gosi, wchodziłam w inny wymiar. Rozmawiałyśmy, czytałam jej książki, leniwie popijając słowa herbatą; z pokoju na taras przez białą, nakrochmaloną firankę przedzierała się muzyka. Rumiane słońce chowało się za dachem, a przychodzący cień wyznaczał godzinę powrotu. Gosia wzdychała głęboko, a mama - zawsze tak samo zdziwionym głosem pytała - Już jedziesz? 
         Na początku trochę nieswojo czułam się w nieruchomym świecie Gosi, od wielu lat jednakowo planującym dni, pomału oswajałam się z nim, z wszechobecną wiarą, o której cały czas mówiła i z tym o czym nie mówiła - z brakiem planów i oczekiwań od życia. Stopniowo poznawałam nieznany i odrzucany przeze mnie świat choroby, w który moje ciało wchodziło wielkimi krokami, zostawiając za sobą opierającą się psychikę.
      O tym myślałam, wciągając herbatę przez rurkę i unikając wzroku Gosi. Dzisiaj jeszcze nadal miałam rozdwojenie, chociaż zarówno moje ciało jak i moja psychika siedziały razem na wózku. Urodziły się tego samego dnia, przez wiele lat nierozłączne, prawie zawsze zgodne, ostatnio nie mogły dojść do porozumienia. Teraz ciało domagało się położenia i snu, a psychika miała ochotę na nocne rozmowy. Wiedziałam, że muszę wyjaśnić przyczynę moich łez na kolacji. Jak miałam powiedzieć, że nienawidzę takiego życia i nigdy nie zaakceptuję siebie w świecie chorych, że nie utożsamiam się z tymi wszystkimi ludźmi, że nigdy nie będę jedną z nich, że nigdy nie oddam wolności i marzeń, że jestem zmęczona wyjazdem, na który sama ją namówiłam, że źle znoszę widok tylu niepełnosprawnych ludzi równocześnie, że nawet jej choroba mnie męczy, że...
     Spojrzałam na bladą, wyraźnie zatroskaną twarz Gosi, nie mogłam tego wszystkiego powiedzieć; znałam ją już na tyle dobrze, że wiedziałam, że weźmie moje słowa bezpośrednio do siebie.  Poza tym mówiłam już bardzo niewyraźnie, a pójście na skróty z tym tematem było dla nas obu niebezpieczne.
- Bardzo tęsknię za dziećmi. To jest pierwsza wigilia, której nie spędzamy razem, może moja ostatnia.
- Proszę, Kasiu, nie mów tak. Nie chcę tego słuchać. - twarz Gosi zaczęła drgać, a oczy wypełniły się łzami.
- No... świetnie - pomyślałam - Nie chciałam poruszać niebezpiecznych tematów, a walnęłam jak kulą w płot - Gosiu, nie boję się śmierci. - próbowałam ratować sytuację- Jestem gotowa na nią - dodałam.
        Tak, byłam przekonana, że wolę umrzeć niż to wszystko przeżywać. Miałam dni, w które modliłam się do Boga o to, żeby mnie zabrał do siebie. Boję się, że niedługo jedynie zostanie mi sprawny umysł. Boję się życia z sondą do żołądka, kiedy nie będę mogła już przełykać. Boję się żyć pod respiratorem, kiedy już nie będę miała siły oddychać. Czuję się szalenie osamotniona psychicznie i emocjonalnie, mimo że mam trójkę dzieci i parę kochających mnie osób, czuje i wiem, że jestem zdana na ich łaskę i dobrą wolę. Dlatego, gdy przychodzą gorsze chwile, momenty załamania, myślę o śmierci jak o wybawieniu. Jestem tak bardzo zmęczona chorobą i moim ciałem, które w ogóle mnie nie słucha, że nie mam siły, żeby walczyć.
      Dawniej wydawało mi się, że wszystko mogę osiągnąć sama, nie tolerowałam oznak słabości w sobie i dookoła  siebie. A dziś moje ciało i coraz bardziej moja psychika są jedną wielką słabością, a bez pomocy innych nie przeżyłabym. Tutaj miałam całodobową profesjonalną opiekę, a czułam się bardziej samotna i nieszczęśliwa wśród tych wszystkich życzliwych ludzi niż u siebie w domu, siedząc samotnie w pokoju. Coś we mnie pękło - pomyślałam, leżąc w ciemnościach na łóżku. Moja zbuntowana psychika zobaczyła dzisiaj nieruchome ciało, nie zdawała sobie sprawy, a może nie chciała zobaczyć jak bardzo było chore. Załamała się, a razem z nią załamałam się ja.
- Boże - wyszeptałam w myślach - Gdzie jesteś? Nie zostawiaj mnie samej!
- Dobranoc - usłyszałam drżący głos Gosi - Bardzo cię kocham, Kasiu.
- Dobranoc - odpowiedziałam. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

...początek ...

sobota, 20 lutego 2010 13:16

        Kiedy kolejny raz byłam w szpitalu na badaniach, lekarze znowu bezradnie rozkładali ręce, nie mogąc zdiagnozować mojej choroby. Na sali ze mną była dziewczyna bardziej ode mnie niepełnosprawna, która ze swoją chorobą żyła już kilkanaście lat. Dużo mówiła o Bogu. Wtedy wierzyłam, ale Bóg nie wypełniał mojego życia i moich myśli, był u siebie w Niebie, a ja bardzo rzadko Go odwiedzałam. Nie znosiłam ludzi, którzy na siłę próbowali powiedzieć jak powinnam wierzyć. Nie uznawałam kościoła i autorytetu księży. Zdecydowanie odróżniałam wiarę w Boga od wiary w kościół.
      Byłam najbardziej sprawna na sali, może podświadomie, doceniając ten fakt, radośnie pomagałam dziewczynom. Wymyślałam różne sposoby, żeby ułatwić szpitalną rzeczywistość. Gosia cieszyła się z każdego mojego gestu, słuchałyśmy razem moich płyt, słuchała moich historii, oglądała moje zdjęcia, a ja jak zwykle byłam w centrum zainteresowania, podziwiana, błyszczałam nawet w szpitalnej pidżamie.
       Dzwoniło do mnie mnóstwo znajomych, byłam bardzo dzielna, udając silną i pełną wiary w szybki powrót do zdrowia. Jednak, kiedy zadzwonił mężczyzna, którego aktualnie kochałam, rozkleiłam się i wyszeptałam, że bardzo się boję, że lekarze ciągle nie wiedzą co mi dolega, a ja każdego dnia robię się coraz słabsza. Zdecydowanym, nie uznającym sprzeciwu głosem powiedział, że przyśle do mnie kogoś, kto mi powie, co mam zrobić, żebym wyzdrowiała. Ponieważ jest znanym biznesmenem, za wszystkie swoje potrzeby, zachcianki i pragnienia po prostu płaci. Dlatego spodziewałam się, że jego znajomy poda mi adres genialnego zagranicznego lekarza, nazwę skutecznego, bardzo drogiego leku czy adres kliniki, w której będą wreszcie wiedzieć jak mi pomóc.
     Byłam trochę zaskoczona, gdy jeszcze tego samego dnia, nieznany mężczyzna, siedząc przy moim szpitalnym łóżku, opowiadał mi historię swojego życia. Był szalenie zdolnym studentem, mieszkał w akademiku. Pochodził z tzw. dobrego domu, może dlatego tak się zachłysnął wolnością, że dość szybko nocne życie wyparło dzienne zajęcia. Imprezy w dymie marihuany i morzu alkoholu. Im więcej, tym lepiej, im lepiej, tym więcej. W końcu był tak uzależniony, że nie było już niczego innego. Pewnego dnia wytrzeźwiał w areszcie. W więzieniu przesiedział kilka miesięcy. Tam poznał księdza, którego słowa odmieniły jego życie na stałe. Wrócił do Ojca i do tej pory zostaje w Jego domu. Obronił doktorat, ożenił się, ma dwójkę dzieci. Wychodząc, zostawił książkę „Jesus żyje" i powiedział, że to jest jedyna droga do odzyskania zdrowia. Byłam zafascynowana jego historią, rzuciłam się na książkę i dosłownie pochłonęłam ją.
      Dwa dni później, wychodząc do domu, Małgosia zaproponowała, żebyśmy wymieniły się numerami telefonów. Bardzo ją polubiłam, ale byłam pewna, że zapomnimy o sobie po powrocie do domów. Byłyśmy z dwóch różnych światów. Ona - głęboko wierząca, mieszkała tylko z mamą, prowadziła statyczne życie w czterech ścianach swojego domu. Ja - matka trójki dorastających dzieci, ciągle w biegu między pracą a domem, otoczona wiecznie nowymi ludźmi, w większości mężczyznami. Nic po ludzku nas nie łączyło, ale Bóg miał już swój plan.
        Wróciłam do domu i od razu wpadłam w wir zajęć. Po pracy byłam wykończona, prawie do rana pisałam różne scenariusze imprez, goniłam jakby jutra miało nie być.
- Mamo, telefon do ciebie! - wrzasnął mój syn.
- Kto dzwoni ? - odwrzasnęłam.
- Nie wiem, bo nie mogę jej zrozumieć!
Podniosłam słuchawkę - Cześć Kasiu. - usłyszałam drżący głos Gosi - Dzwonię, bo cały czas myślałam o tobie. Umówiłam cię na spotkanie z księdzem. Pomyślałam, że jest ci potrzebne, Nie gniewasz się na mnie ?  - zapytała.
Dobrze, że mnie zatkało, bo zdołałam tylko wykrztusić - Nie.
- Ksiądz jest cudowny, pomógł już wielu osobom i wyobraź sobie, że zgodził się z tobą spotkać.- mówiąc to była tak szczęśliwa, że nie miałam sumienia powiedzieć, że nie pójdę na umówione spotkanie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

wtorek, 17 października 2017

Licznik odwiedzin:  185 729  

najlepsze przed nami

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 185729
Wpisy
  • komentarze: 378
Bloog istnieje od: 2857 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl