Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

... urywek nowej książki, którą piszę ...

środa, 24 listopada 2010 20:54

 

Maria zamyśliła się. Skoro Bóg obiecał, że spełni każdą modlitwę zgodnie z naszą wiarą dlaczego pojawia się niepokój… Dlaczego ciągłe zwątpienie zaśmieca myśli... Dlaczego zamiast ufać ustawicznie podważa się boską obietnicę....

A może właśnie teraz jest uzdrawiana i swoim niedowiarstwem odsuwa dostrzeganie zmian. Zamówiła w boskiej kuchni zdrowie. Przecież kiedy czekała w restauracji na podanie jedzenia, nie biegała do kuchni, aby kontrolować zaawansowanie przygotowań. Wierzyła, że wszystko co zamówiła jest dla niej szykowane i zajmowała się rozmową ze znajomymi spokojnie czekając na realizację zamówienia.

Zamknęła oczy i udała się w przestrzeń swoich wizualizacji. Położyła się na hamaku wyściełanym pachnącym, mięciutkim mchem, zawieszonym między dwoma obłokami. Zaraz zjawił się w tej rajskiej restauracji świetlisty kelner z kartą w dłoni. Maria wzięła od niego pękate menu i uśmiechnęła się do anioła. Ominęła przystawki i zaczęła przeglądać dania główne. Zawahała się chwilę nad filetem szczęścia z surówką niebiańskiej rozkoszy. Porzuciła kuszące potrawy przyrządzane z doskonałego szczęścia i zatrzymała się na daniach opartych na zdrowiu. Zamówiła naleśniki nadziewane zielonymi liśćmi sałaty odporności doprawionymi ziołami wiary i nadziei w czerwonym sosie pikantnej energii. Na deser skusił ją puchar lodów z wielokolorowymi owocami w czekoladowej polewie witalności i optymizmu, do picia wybrała źródlaną wodę wypełnioną bąbelkami miłości. Czekając na jedzenie sączyła ciemnoczerwone wino pozytywnych emocji o zapachu zachodzącego słońca. Łagodny wietrzyk delikatnie kołysał hamakiem. Maria zamknęła oczy wsłuchując się w muzykę sfer. Była całkowicie rozluźniona i spokojna.

Restauracja czynna jest całą dobę, bo o każdej godzinie zjawiają się ludzie. Wokół unosi się zapach nieba i słychać furkot skrzydeł obsługujących gości aniołów. Gdzieś w olbrzymiej kuchni, do której spływają zamówienia z całej ziemi krząta się najlepszy kucharz wszechświata własnoręcznie szykując każde danie. Wystarczy tylko cierpliwie zaczekać.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

... doświadczenie ...

poniedziałek, 22 listopada 2010 22:26

pękate łzy smutku spłynęły po moich polikach; kapały na kołdrę, topiąc moje łóżko w rwącej rzece rozpaczy; obmyły oczy, serce aż dotarły do duszy, która przemieniła szarość smutku w diamentowe łzy szczęścia, lśniące tęczą w blasku słonecznego uśmiechu Boga ...

wierzę, że wszystko czego dotyka dusza oczyszcza się, zostaje odnowione, uzdrowione i zregenerowane... 


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

... podanie do Boga ...

czwartek, 18 listopada 2010 22:22

Moj Dobry Boże,

Zwracam sie do Ciebie z gorącą prośbą o uzdrowienie mojego ciała fizycznego i uwolnienie od ducha niemocy. Już osiem lat temu choroba zatrzymała mnie w biegu, żebym sie rozejrzała - zrozumiałam. Zabrała mi wszystkie moje nałogi, żebym się poddała odwykowi – zrozumiałam. Pozbawiła mnie możliwości mówienia, żebym więcej myślała i czuła – zrozumiałam. Odebrała mi samodzielność, żebym doceniła innych ludzi – zrozumiałam.

Staram się nie narzekać, nie złorzeczyć, nie marudzić, nie chcieć zbyt wiele, nie tęsknić za przeszłością.

Myślę, że szybko się uczę, nadrabiam duchowe zaległości, próbuję pogodzić się całkowicie z Twoją wolą, bo ufam Ci, Boże. Jednak już za długo tkwię w bezruchu. Męczy mnie bezczynność i chyba zaczynam się buntować. Przecież mnie znasz!

Czy nie uważasz, że wystarczająco dużo zrozumiałam i najwyższa pora, żebyś  przywrócił mnie do czynnego życia skoro nie pozwoliłeś umrzeć. Wiesz, że najlepiej sprawdzam się w działaniu.

Poza tym – moje dzieci! Nie mają ojca i została im (przyznasz) ździebko wybrakowana matka. Obiecałam, że je do Ciebie przyprowadzę. Jak mam to zrobić, skoro nie mówię i nie mam żadnej siły przebicia, a one są głuche i ślepe na moją heroiczną walkę o godność życia. Gdybyś mnie Boże uzdrowił, musieliby uwierzyć w Ciebie.

Mam jeszcze wiele argumentów za cudownym uzdrowieniem ale wszystkie je na pewno znasz.

Proszę, znajdź czas i usłysz moją prośbę.

Kasia


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

... dwa skrzydła ...

piątek, 12 listopada 2010 20:19

dzisiaj usłyszałam, że jesteśmy jak anioły, tylko mamy jedno skrzydło ...żeby móc pofrunąć musimy objąć drugą osobę ...

prawda, że piękna myśl...?


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

... Boży świat ...

czwartek, 11 listopada 2010 19:48

... ćwiczenie ...

poniedziałek, 08 listopada 2010 23:16
  1. Stwórz wizję. Wyobraź sobie piórko. Użyj do tego wszystkich zmysłów, to znaczy: zobacz je, weź je w wyobraźni do ręki, pogłaszcz je, dmuchnij w nie i usłysz towarzyszący temu dźwięk, poskrob nim po skórze albo papierze, powąchaj je i – jak chcesz – posmakuj. Zastanów się, czy jest ciepłe w dotyku, czy jest gładkie, czy może szorstkie. Pobaw się swoją wyobraźnią.
  2. Zamierz realizację tej wizji. Dodaj do wizji pragnienie jej realizacji. Chcesz, żeby stało się tak, jak zaplanowałeś, i zrobisz wszystko, żeby zrealizować swoją wizję.
  3. Zdaj sobie sprawę, że wizualizując tworzysz formy, które – odciśnięte w Bezkształcie – natychmiast zostają urzeczywistnione. Poczuj wdzięczność za to, że to się stało.
  4. Poczuj pewność, że już to masz. Stworzona rzecz już jest w drodze do ciebie. Złożyłeś zamówienie w katalogu wysyłkowym wszechświata, zapłaciłeś za nie swoją energią, teraz tylko czekasz na Kosmicznego Listonosza z twoją przesyłką.
  5. PRZYJMIJ DAR. Kiedy piórko zmanifestuje się w twoim zasięgu, wyciągnij rękę i chwyć je. Może nie być to dokładnie takie piórko, o jakim myślałeś, jednak przyjmij je, ponieważ Wszechmocny wie lepiej, o co prosiłeś i czego naprawdę potrzebujesz.
  6. Poczuj wdzięczność za to, że żyjesz w tak cudownym świecie, który jest na twoje rozkazy! :D

ciekawe ile czasu Wam to zajęło ...najlepszym udało się w 30 sekund,innym w kilka dni a nawet tygodni ... ale zawsze się udawało!!!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

... czasem dobrze nie wiedzieć ...

czwartek, 04 listopada 2010 20:10

W Ameryce przeprowadzono badania naukowe, ktore udowodniły, że

powierzchnia skrzydeł trzmiela jest kilka razy za mała w stosunku do masy jego ciała, aby mogł latać. Ten fenomen przyrody wykorzystano w koncernie IBM, rozwieszając przy stanowiskach pracy programistow plakaty z wizerunkiem lecącego trzmiela i napisem:

„Fruwa, bo nie wie, że nie powinien"


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

...recepta na cud ...

środa, 03 listopada 2010 23:32
ewangelia według Marka
11.22-25
Jezus im odpowiedział: «Miejcie wiarę w Boga! 23 Zaprawdę, powiadam wam: Kto powie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze", a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie. 24 Dlatego powiadam wam: Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie. 25 A kiedy stajecie do modlitwy, przebaczcie, jeśli macie co przeciw komu, aby także Ojciec wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia wasze>>

Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

... normalna kolej rzeczy ...

poniedziałek, 01 listopada 2010 22:43

Strach przed śmiercią jest strachem przed życiem

Wojciech Diechtiar

W swoich duchowych poszukiwaniach człowiek musi zmierzyć się ze strachem przed śmiercią i może z tej walki wyjść jako zwycięzca lub zostać pokonany.
Jeżeli zostaniesz pokonany przez strach przed śmiercią, właściwie umierasz na długo przed tym, zanim zakończy się Twoje biologiczne życie. Strach chwyta Cię w swoje szpony i zmusza do poświęcenia się szukaniu metod wyparcia tego lęku i „zabezpieczenia się" na wszystkie możliwe sposoby przed nieuniknionym.
Wyparcie lęku przed śmiercią polega w większości przypadków na odrealnieniu śmierci lub na usunięciu jej z pola uwagi. To dlatego mamy z jednej strony cały przemysł rozrywkowy epatujący odrealnioną śmiercią z ekranów kinowych, telewizorów i monitorów, a z drugiej - domy starców i szpitale, w których ukrywa się przed codziennością święty proces przekraczania ostatecznej granicy.
To straszne. To straszne, ponieważ odmawiając śmierci udziału w swoim codziennym życiu, odbierasz życiu jego wartość
Życie w obliczu śmierci staje się niezwykle, niesamowicie wartościowe. Postanawiając włączyć świadomość śmierci do swojej codzienności zaczniesz zauważać, jak niesamowicie i wspaniale zacznie się ona zmieniać.
Człowieka, który wie, że umrze i że nie ma żadnej możliwości żeby tego uniknąć, przestają dręczyć zawiść, poczucie winy, żałowanie przeszłości, gniew, lęk i inne, małostkowe i pochłaniające energię uczucia. Człowiek, który wie, że umrze, zaczyna cenić, szanować i czcić każdą chwilę, jaką ma do dyspozycji na tym świecie, zaczyna szanować, cenić i pielęgnować każde życie, nie tylko swoje, gdyż rozumie jego nietrwałość i kruchość.
Śmierć jest coraz bliżej, dlatego nie ma czasu na narzekanie i obwinianie, jest czas tylko na życie pełną piersią. Życie pełną piersią, kroczenie po ścieżce serca, realizowanie swojego potencjału danego przez Boga w myśl „Naukowej metody wzbogacania się" stają się jedynym wartościowym celem i sposobem życia.
Zupełnie inaczej żyje człowiek, który ma na wszystko czas, który myśli, że jest nieśmiertelny i zawsze zdąży powiedzieć drugiej osobie „kocham Cię", zawsze zdąży powiedzieć „wybacz mi", zawsze zdąży zrobić to, co znowu odłożył na później, bo dał pochwycić się bezmyślnej rozrywce przed telewizorem.
Taki człowiek w obliczu śmierci będzie potwornie przerażony, ponieważ zmarnował swój czas.
Człowiek codziennie żyjący ze świadomością nieuniknionej śmierci jest gotowy umrzeć w każdej chwili, bo owa świadomość pozwala mu dokonywać najlepszych możliwych wyborów w każdym momencie.
Śmierć staje się sprzymierzeńcem i przyjacielem, uczącym jak żyć pełną piersią.
Mieć takiego przyjaciela to wielki dar.


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

... o śmierci ...

poniedziałek, 01 listopada 2010 1:21
 

- Kasieńko, co ty tutaj robisz? - wykrzyknęła mama, kiedy zapłakana, w pidżamie wkroczyłam do sali, gdzie się odbywała nocna narada wychowawców kolonii. Tego dnia wszystkich obiegła wiadomość o niespodziewanej śmierci matki jednej z kolonistek. Wychowawcy mieli podjąć decyzję o jej wyjeździe na pogrzeb.
- Bo się przestraszyłam, że ty też możesz umrzeć - wyszlochałam.
- Córeczko, jestem z tobą i nigdzie się nie wybieram - zażartowała mama, tuląc mnie do siebie. Tata przyniósł koc i do końca zebrania, otulona nim, siedziałam na kolanach u mamy. Wracając do wynajmowanego na wsi pokoju, szłam trzymając rodziców za ręce.
- Nie bałaś się, kochanie, sama iść taki kawał drogi? -  zapytała mama.
- Obudziłam się i pomyślałam, że gdybyś ty umarła, to ja bym nie chciała żyć i bardzo się przestraszyłam.
       Wyskoczyłam z łóżka i w samej pidżamie, na bosaka pognałam do mamy. Do dzisiaj pamiętałam ogromny biały księżyc, który wypełniał całe niebo i wywoływał milczące cienie. Wybiegłam po drewnianych schodkach na podwórko, które przemierzyłam prawie nie oddychając, za to na moich bosych stopach czułam oddech spuszczonego z łańcucha psa gospodarzy. Później zaczęłam biec ścieżką przez pole kukurydzy, a strachy na wróble machały do mnie swoimi kapeluszami. Każdy podmuch wiatru poruszał liśćmi drzew, trawą łąki, którą teraz biegłam przyspieszając bicie serca i moje nogi. Głęboka, wiejska cisza huczała w uszach, a codzienna droga w promieniach słońca do kolonijnego pałacyku z każdym krokiem nocy wydłużała się. Pragnęłam jak najszybciej wtulić się w ramiona mamy, dlatego nie biegłam bosymi stopami po chłodnej ziemi, a wydawało mi się, że nad nią frunęłam.
- Wcale się nie bałam, nawet psa - opowiadałam mamie z przejęciem - Myślałam tylko o tym, żebyś nie umarła.
- Kochanie, nie trzeba bać się śmierci - mówiła mama, głaszcząc mnie po włosach - Oczywiście, że zawsze jest przykro, kiedy tracimy kogoś kogo kochamy.
- Ale ja nie chcę, żebyś umarła, mamusiu - patrzyłam na mamę załzawionymi oczami.
- Zawsze będę przy Tobie, nawet jeżeli nie będziesz mnie widziała. Nie będzie tylko mojego ciała - tłumaczyła mi.
- A będę mogła z tobą porozmawiać?
- Zawsze kiedy będziesz chciała; wystarczy, że zamkniesz oczy i położysz rękę na swoim serduszku, a ja się w nim odezwę.
- A czy jeszcze ciebie zobaczę? - zapytałam z nadzieją.
- Jak będziesz już siwą babcią, wtedy zostawisz swoje ciało, a ja na pewno przywitam cię w niebie.
- Będziemy tam razem na zawsze?
- Tak, chyba że zdecydujemy się ponownie urodzić.
- A po co, jeżeli w niebie jest cudownie i jest Bozia, i wszyscy są bardzo szczęśliwi?
- Bo tylko na Ziemi możemy się rozwijać, uczyć i zmieniać. To tak jak ze szkołą; wszyscy uczniowie cały rok się uczą - to właśnie jest życie, jedni kończą klasę z wyróżnieniem, innym poszło trochę gorzej, a niektórzy będą musieli jeszcze raz przerabiać te same lekcje; ale obojętnie jak zaliczyli rok, wszyscy mają wakacje - to właśnie jest śmierć; po wakacjach wszyscy ponownie idą do szkoły czyli się rodzą.
- To ja zawsze będę Kasią, a ty moją mamusią?
- Nie kochanie, w tym życiu mamy takie imiona i wygląd; w kolejnym możemy wyglądać zupełnie inaczej - wyjaśniała mama.
- To jak ja ciebie poznam?
- Córeczko, ci ludzie, którzy bardzo się kochają są ze sobą połączeni niewidzialną nicią i zawsze się odnajdą; może w przyszłym życiu będziemy siostrami - mama roześmiała się.
- Wolę, żebyś zawsze była moją mamusią; jak będę w niebie, to poproszę o to Boga i o to, żebym była Kasią, a nie kimś innym - powiedziałam przekonana, że Bóg mnie wysłucha.
- Skarbie, nigdy nie przestaniesz być sobą; przed spaniem rozbierasz się z brudnego ubranka, rano zakładasz nowe, czyściutkie, żeby znowu wieczorem je zdjąć. Każdego dnia jesteś inaczej ubrana, ale jesteś tą samą Kasią; tak samo kiedy umierasz, zostawiasz swoje ciało, żeby przy nowych narodzinach ubrać nowe; ciało jest jak ubranko dla duszy, żeby mogła zejść na Ziemię.
     Mama nawet na najtrudniejsze pytania potrafiła odpowiedzieć, używając najprostszych przykładów z życia. Nigdy nie zostawiła mnie bez odpowiedzi, to ona ukształtowała i uporządkowała moją wizję świata, nauczyła szerokiego, nie ograniczonego do własnego podwórka spojrzenia na życie, tolerancji do różnorodności wyznań i zachowań ludzi. Pokazała piękno i potęgę przyrody, wskazała w każdym powiewie wiatru, w promieniach słońca, w gęstych kroplach deszczu, kwitnących sadach i zaśnieżonych górach obecność Boga. To samo próbowałam przekazać moim dzieciom, ale byłam zbyt zaganiana, żeby poukładać ich światopogląd. Na pytania zawsze odpowiadałam, lecz zabrakło czasu na ich prowokowanie. Nie uciekałam od żadnego tematu, nie było trudnych i zakazanych pytań. Może dlatego śmierć nie była teraz tematem tabu, dla mnie i dla moich dzieci.
Dziwne, śmierć wpisana jest w nasze życie jako jedna z niewielu pewnych rzeczy, a prawie nikt, kiedy się pojawi, nie chce spojrzeć jej w oczy. Ona spokojnie czeka na swój czas, a ludzie, nie wypowiadając jej imienia, naiwnie myślą, że ją w ten sposób odsuną. Lekarze boją się powiedzieć pacjentom, pacjenci boją się o niej usłyszeć, rodzina i znajomi odgrywają rolę życia, żeby skazany nie dowiedział się o wyroku. Zawsze chciałam wiedzieć wszystko o sobie, nie znosiłam plotek i mówienia za plecami bezpośrednio zainteresowanego. Wolałam znać wroga, żeby wiedzieć z czym miałam się mierzyć.  
Lekarka, trzymając mnie za rękę, powiedziała, że wreszcie badania wykazały chorobę - stwardnienie zanikowe boczne, że jest jej bardzo przykro. Poczułam kompletną pustkę, która stopniowo przeradzała się w lęk o moje dzieci. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy co mi jest. Nazwę skojarzyłam z SM. Lekarka niczego mi nie wyjaśniła, za to całą wiedzą o mojej chorobie obarczyła tatę. Ja dopiero po powrocie ze szpitala w internecie poznałam prawdę i zobaczyłam wyrok. Byłam szalenie spokojna, obok siedzieli synowie. Dopiero w nocy, leżąc z otwartymi, nieruchomymi oczami, trawiłam informacje. Byłam jakby nieobecna, po godzinie wewnętrznej ciszy, głośno powiedziałam - tak łatwo się nie poddam. Nie wygrasz ze mną, nie masz żadnych szans ze mną, chorobo! Byłam tak bardzo pewna swojej siły, że w ogóle nie przyjęłam tego, że mogę niebawem umrzeć. Byłam tego świadoma, ale nie przejęłam się wizją śmierci.
     Nie chciałam od razu wtajemniczać dzieci, niestety tata nie poradził sobie z utrzymaniem tajemnicy i zrobił niewybaczalny błąd. W nerwach, kiedy moje dzieci, jego zdaniem, źle się zachowywały i za mało mi pomagały, wykrzyczał, że mogę lada moment umrzeć, a one nie mają dla mnie litości. W jednej chwili zabrał im i tak już zachwiane poczucie pewności siebie, bezpieczeństwa, depcząc nadzieję. Dorzucił się do tego jeszcze mój mąż, który, powiadomiony o mojej chorobie, nagle na trzy miesiące pojawił się w naszym życiu. Nie udźwignął jednak ciężaru, obdzielając nim dzieciaki i ich znajomych.
- Ciociu, muszę się ciebie o coś zapytać, tylko zupełnie nie wiem, jak mam to zrobić - Karolina, przyjaciółka Agi (na ogół roztrzepana i rozćwierkana) tym razem usiadła na brzegu kanapy i z napięciem patrzyła na mnie.
- Po prostu pytaj - powiedziałam zachęcająco.
- Ciociu? Czy to prawda, że za pół roku możesz umrzeć? - wystękała i spojrzała na Agniechę, która stała oparta o framugę drzwi, jakby się bała wejść do pokoju.
- Tak mówią lekarze i wszyscy, którzy mnie nie znają - swobodnie odpowiedziałam - Jestem twarda baba i uparta.
Mrugnęłam wesoło do dziewczyn, chociaż w w środku wszystko we mnie zamarło. Byłam wściekła, że ktoś inny wtajemniczył moje dzieci w coś, w co ja miałam stopniowo je wprowadzać. Nie chciałam, żeby myślały, że ukrywam przed nimi prawdę. Nie chciałam również beztrosko lub grobowo poinformować, że za pół roku nie będę żyła.
- Mamo! Nie żartuj! - poprosiła Agnieszka - Dziadek mówił o tym, ale myślałam, że był na nas zły i specjalnie tak powiedział. Ale teraz ojciec w tajemnicy wyznał Karolinie, że na pewno nie ma żadnej nadziei i się popłakał.
- A ja pomyślałam, że muszę powiedzieć o tym Agnieszce, przepraszam ciociu - czułam, że obie czekały na to, co powiem.
- Realnie wygląda to tak, jak mówią lekarze, ale oni nie konsultowali się ze mną, a ja mam trochę inne plany - odpowiedziałam.
Tak czułam. Nie miałam zamiaru umierać ani poddawać się rodzinnej histerii. Właściwie jedyną silną osobą byłam ja sama. Większość znajomych nie umiała odnaleźć się w tej sytuacji i rozpierzchła się do świata żywych. Zaczął się czas podglądania mnie,  właściwie nie mnie, a postępów choroby we mnie. Rozmowy mojej rodziny konspiracyjnym szeptem po kątach stwarzały nastrój jak w jakimś dreszczowcu. Ciężkie oddechy, potajemne rozmowy z dziećmi, grobowe miny albo przesłodzone uśmiechy do mnie, męczyły bardziej niż choroba. Na początku dostawałam furii, kiedy słyszałam jak tata czy ciotka przepytywali opiekunki o moje samopoczucie i użalali się nad ich coraz cięższą pracą przy mnie. Wszyscy dowartościowywali się w tych rozmowach. Rodzina miała poczucie, że się mną interesuje i troszczy o mój stan. Opiekunki mogły się poużalać i ponarzekać do woli. Po wyszeptaniu wszystkiego, co leżało im na sercu, a może bardziej na wątrobie, wracali słodko uśmiechnięci do mojego pokoju i traktowali mnie jak surowe jajo. Wykrzyczałam kiedyś mojemu ojcu, że doskonale wiem na co choruję i żeby przestał mnie traktować jak niedorozwinięte dziecko. Nie wiem czy dobrze zrobiłam, bo od tej pory oprócz potajemnych rozmów, doszło na stałe pytanie z odpowiedzią.
- Kasieńko, jak się czujesz? - pytanie - Eeeeech, przecież nie może być lepiej - odpowiedź.
Nigdy nikt nie dał mi szansy, żebym mogła odpowiedzieć - Dobrze.
- Jak źle wyglądasz, niestety choroba robi swoje - wzdychał tata.
- Chce ci się jechać na mszę? Po co masz się męczyć?- wzdychała ciocia.
- Nie umiałam do ciebie przyjechać, bo nie mogłam psychicznie uporać się z twoją chorobą - wzdychała moja chyba przyjaciółka, która przeszło dwa lata do mnie nie zaglądała.
- Przy Kasi jest coraz więcej pracy - wzdychała opiekunka.
- Nie mamy funduszy na rehabilitację - wzdychał lekarz.
- Pani Kasia jest naszym najcięższym przypadkiem - wzdychała urzędniczka z PCK.
- Mamy własne życie, a musimy zajmować się tobą - wzdychały moje dzieci.
Od tego ciągłego wzdychania nade mną, robiłam się coraz bardziej chora, zmęczona, nieszczęśliwa i sama zaczęłam wzdychać. Tak sobie wzdychaliśmy, każdy z innego powodu, a we mnie narastała złość i żal do wszystkich, że nie zrobili nic, żeby ulżyć mi i moim dzieciom, zero zrozumienia, same wymagania. Przecież to były dzieci: przestraszone, zagubione, bez pomocy innych osób. Były same ze mną, a mój najmłodszy syn, kiedy choroba się zaczynała miał dopiero jedenaście lat, córka czternaście. Nikt nie podziwiał mojego piętnastoletniego syna, który na rękach wnosił mnie na drugie piętro kamienicy. Nikt nie podziękował mojej córce, kiedy pojechała ze mną do Niemiec, czy później do Indii, żeby mi pomagać. Kiedy wyjeżdżałam na leczenie czy rehabilitację, moje dzieci zostawały zupełnie same w domu; to cud, że nic złego się nie stało.
     Stopniowo oswajaliśmy się z chorobą, śmierć wisiała nade mną jak przysłowiowy miecz Demoklesa, ale kiedy się nie patrzyło do góry, można było o niej zapomnieć. Najczęściej jednak to inni mi przypominali, żebym nie za bardzo się rozsiadała w życiu, snując plany i marzenia oparte na wierze i nadziei. Oczywiście nie mówili tego wprost, lecz widziałam zwątpienie w smutnych uśmiechach, pobłażliwych komentarzach i całkowitym braku wsparcia dla moich pomysłów.
    Mając coraz bardziej chore ciało i duszę, zaczęłam robić z pomocą opiekunki generalny porządek w dokumentach: zagubione odzyskałam pisząc do urzędów; zamknęłam wszystkie sprawy, nie chcąc zostawiać po sobie żadnych problemów dzieciom. One wiedziały, że mam niewiele czasu, chłopcy zbywali temat, jakby nas nie dotyczył.
- Mamo twarda baba jesteś, jeszcze pociągniesz, jesteś silna - słyszałam od nich. Zdecydowanie więcej na ten temat rozmawiałam z Agnieszką.
- Aguś, zawsze kiedy przychodziłam na grób mamy, myślałam o jej śmierci, a nie o życiu ze mną - powiedziałam wykorzystując zbliżający się Dzień Zmarłych - Dlatego nie chcę mieć grobu.
- Oj, mamo, nie mówmy o tym - jęknęła Agniecha.
- Cmentarze są dla mnie symbolem niepotrzebnego przepychu, a nie pamięci o zmarłych - z uporem drążyłam temat.
- Ale jak pięknie wyglądają wieczorem - zachwycała się córka.
- Niech sobie wyglądają, ale beze mnie - uśmiechnęłam się - i w żadnym wypadku nie chcę stać na kominku.
- To już nie rozumiem - stęknęła - Zawsze chciałaś być spalona.
- Tak, nadal chcę, tylko pomyślałam sobie, że bardzo lubiłam jeździć samochodem i fajnie by było, gdybyście moje prochy rozsypali na jakiejś autostradzie - snułam wizje.
- Jeny! Mamo, nie masz o czym myśleć - kolejny raz jęknęła Agniecha.
- Kochanie wolę już teraz zaplanować - spokojnie odpowiedziałam - Wiesz, a może bym wolała na jakiejś pięknej, leśnej drodze.
- A może do morza? - podłapała Aga - Mówiłaś, że kochasz morze.
- Eeee, to zbyt banalne - zamyśliłam się.
- No tak, moja mamusia musi być oryginalna, nawet po śmierci - zaśmiała się.
Nie wiadomo kiedy drażliwy temat stał się swobodnym, nieraz poruszanym w dyskusji tematem. Nawet w zapale planowania własnej śmierci, pokłóciłam się z firmą pogrzebową o swoje prochy. Pytając w mailu o koszty i procedurę kremacji, zaznaczyłam, że nie chcę mieć miejsca na cmentarzu. Pani, odpisując mi, nie kryła oburzenia i zażądała, żebym ją uświadomiła jak to sobie wyobrażam. Nie spodziewała się, że potraktuję jej sarkastyczną prośbę bardzo dosłownie. Ze swadą, kwieciście opisałam moją ostatnią drogę, dokładając wszystkie zaplanowane, trochę bajkowe, szczegóły. Musiałam podnieść kobiecie ciśnienie, bo kazała mi jechać umierać do Ameryki, bo w kraju katolickim każdy musi mieć grób. Oburzona stwierdzeniem "musi", odpisałam czy jeżeli w testamencie zaznaczę, że chcę, żeby rodzina zabrała moje prochy, to czy jej firma uszanuje ostatnią wolę zmarłej? Niestety nie doczekałam się odpowiedzi i do dzisiaj nie wiem czy mam prawo decydować o sobie za życia, czy dopiero po śmierci.
    Mijał czas i wszyscy oswoili się przy mnie z poruszaniem spraw związanych z odejściem w inny wymiar. Od dnia kiedy zaczęłam odwiedzać forum, sama coraz częściej myślałam o śmierci aż pewnego dnia pozwoliłam jej wprowadzić się do mnie na stałe. Tego dnia Agnieszka przekazała mi wiadomość, po której kazałam nadziei spakować walizki i wyprowadzić się ode mnie, robiąc miejsce dla nowego lokatora. Na kilka dni zamknęłam się w przeraźliwej, nieruchomej ciszy, żeby nagle eksplodować płaczem jak małe, skrzywdzone dziecko. Dzień później napisałam na forum o swoim smutku, oczekując zrozumienia, pocieszenia i ukojenia.
- " Odwiedziła mnie moja córcia ze swoją córcią. Było cudownie. Agniecha nie chciała, bała się powiedzieć o śmierci naszej znajomej, którą poznałam w Indiach. Niestety dojechała dwa dni przed naszym powrotem do kraju. Spędziłyśmy ze sobą mało czasu, ale stałyśmy się sobie bardzo bliskie. Była ode mnie o dziesięć lat młodsza, krócej o dwa lata chorowała i była w trochę lepszym stanie ode mnie. Po powrocie przyjechała z mężem do mnie, byłyśmy w kontakcie, nawet jej mąż dał mi pieniądze na rehabilitację. Później trochę kontakt się urwał, aż zadzwoniła jej siostra i powiedziała mojej córci, że A. nie żyje. Obie nie wiedziały czy i jak mi to powiedzieć. W końcu Agniecha zdecydowała, że mi powie, jeszcze zanim zaczęła, ja już wiedziałam. Córcia mówiła, że jestem bardzo silna, że walczę ciągle i dlatego żyję. Widząc w moich oczach łzy, zastanawiała się czy słusznie zdecydowała. - Mamo, zobacz ile masz mocy, to powinno cię jeszcze zmobilizować - przekonywała. Byłam dzielna do wyjścia córci. Później pękłam, załamałam się, opuściła mnie chęć do życia, nie mówiąc już o  walce. Myślałam, że mi przejdzie, ale mnie trzyma. Załamałam się całkowicie. Pomóżcie; jeszcze nigdy śmierć nie była tak bardzo blisko. Kasia "
     Wśród wielu słów pocieszenia, dostałam liścik od jej siostry, która od paru lat uczestniczyła w życiu forum. Kazała być mi silną i nie załamywać się, ale wszystkie te słowa straciły moc, kiedy odważyłam się zajrzeć do działu informującego o tych, którzy odeszli i przeczytałam post.
- " Miała na imię Agnieszka. Była piękną, mądrą, wrażliwą, dobrą i kochającą dziewczyną. Miała 37 lat. Przegrała po pięcioletniej walce. Pozostawiła dwie piękne córeczki. Bardzo często odwiedzałam to forum z nadzieją, że pojawi się jakieś nowe lekarstwo, jakiś cień nadziei. Próbowaliśmy już chyba wszystkiego. W 2005 r pojawiła się szansa leczenia w odległych Indiach. Pojechałyśmy tam we dwie. Serce mi rosło, jak patrzyłam, że powoli nabiera sił. Spędziłyśmy tam dwa miesiące. To były Nasze dwa miesiące. Dziękuję za nie Bogu. Niestety po powrocie bestia znowu zaatakowała z dnia na dzień zabierając mi ukochaną siostrę. Moją najlepszą przyjaciółkę. Pogrzeb mojej Agniesi odbył się wczoraj. Odeszła bardzo spokojnie, we śnie. Zawsze bała się tego momentu, a my razem z nią. Teraz już nie musi się bać...Kochana Siostrzyczko, brak mi słów, aby opisać moje cierpienie. Jestem dumna, że byłaś moją siostrą. Pozostaniesz w moim sercu na zawsze.
Życzę wszystkim sił do walki z tym nierównym i okrutnym przeciwnikiem...
Pogrążona w rozpaczy  - Magda "
    Byłam przekonana, że tylko na forum ludzie podobnie doświadczeni mogli zrozumieć mój ból i strach, nie tyle przed śmiercią, ale sposobem w jaki nadejdzie. Zdrowi, z którymi rozmawiałam na gg albo unikali takich rozmów, albo traktowali je z przesadnym luzem.
- Jak samopoczucie? - dostałam wiadomość od znajomego, który odszukał mnie na portalu "Nasza klasa" i codziennie klikał ze mną na gg.
- Mam bardzo złe dni - odstukałam - Zmarła dziewczyna, którą znałam, chora na to samo co ja :((, chorowała krócej ode mnie
- To smutne.
- Bardzo mi smutno, właśnie
- Ale to, jak się orientuję, chyba nieunikniona sytuacja, musisz się pogodzić z losem - odpisał.
- Załamałam się okrutnie.
- To chyba pierwszy raz nie przez faceta?
- Jeny Darku, mnie jest naprawdę szalenie przykro - napisałam i jęknęłam w duchu.
- Sorry, jest ci smutno, a ja robię jaja.
- Ciekawe, kiedy ja . . .
- Chyba niedługo, czas nie pyta, a nawet na kawkę się nie chciałaś umówić - odpisał Darek, dodając zabawną buźkę.
   Miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony nie znosiłam użalania się nade mną i udawania, że śmierć w ogóle nie istnieje, a jeśli jest, to o mnie na pewno zapomni; z drugiej strony swobodne stwierdzanie, że za chwilkę może mnie nie być, też mi się nie podobało. Tak sobie trwałam w zdumieniu nad własnymi emocjami, pogubiona w swoich odczuciach i oczekiwaniach. Czułam się, mimo życzliwości wielu osób, przeraźliwie samotna. Próbowałam wykrzyczeć ból i lęk w kolejnych rozmowach, ale on tkwił we mnie nienaruszony i wcale się nie zmniejszał.  
-Cześć ciociu, jak u Ciebie samopoczucie?? Musimy się wybrać do Ciebie i Cię wyściskać:) - napisała córka mojej chyba przyjaciółki.
- U mnie bywało lepiej.
- Hmm... przykro mi:( Niedobrze się czuję, ponieważ nie wiem jak, Ciociu, mogę Ci pomóc.
- Mam okropnego doła - zaczęłam się żalić.
- A jest on spowodowany czymś, co się niedawno stało, może?? Albo tym, że niestety, Ciociu, znalazłaś się w takiej, a nie innej sytuacji??
- Zmarła dziewczyna, która była chora na to samo co ja, a chorowała krócej ode mnie; byłyśmy razem w Indiach; bardzo jest mi źle.
- Jej...:( Bardzo  mi przykro. Sama nie wiem, co napisać w tej chwili....
- Myślę o tym, że niedługo odejdę - przyznałam się chyba bardziej przed sobą.
- Powiem szczerze, że to może się stać w każdej chwili... niestety tak jest, ale Ciociu, wtedy będzie już dobrze, po prostu zaśniesz i obudzisz się w innym miejscu, zupełnie zdrowa i piękna jak zawsze byłaś; przepraszam, że coś takiego piszę, ale myślę, że od takich tematów nie powinno się uciekać. A na to cudowne miejsce, to tak dobra i zajefajna osóbka, jak Ty Ciociu, w 100% zasługuje. Nie mam pojęcia, jak mogę Cię, Ciociu, pocieszyć. Chcę, żebyś wiedziała, że bardzo Cię kocham, a kiedy poczujesz się samotna, to pomyśl, że w tej chwili mamuśka i ja właśnie o Tobie myślimy.
- Wiem, kochanie, też bardzo Cię kocham, nie musisz mnie pocieszać, Słoneczko - odpisałam troszkę ze ściśniętym sercem, że pomimo wiary, nie potrafię tak bajkowo spojrzeć na przyszłe życie w innym wymiarze.
- Nie pocieszam, bo nie umiem, stwierdzam fakty;)
- Twoja ciocia, to twarda baba.
- No, to mnie bardzo cieszy; trzymaj tak dalej Strong-ciociu.
     No i ciocia trzymała się trochę dla siebie samej, a trochę dla innych, żeby nie zatruwać im sobą życia. Zawsze miałam łatwość nawiązywania znajomości, dlatego dość szybko zaprzyjaźniłam się ze śmiercią, ucinałam z nią pogaduszki i informowałam wszystkich, że mamy ze sobą bardzo dobry kontakt. Stała się moją wierną towarzyszką, a nawet prawie wybawicielką z opresji życia. Nic dziwnego, że się o niej coraz częściej mówiło, jeżeli nie bezpośrednio, to zawsze była na wyciągnięcie ręki. Kiedy moim głosem stało się klikanie komputera, miałam większe możliwości porozumienia  i w miarę pełnego przekazywania myśli. Na moje marudzenie, że wnusia nie będzie pamiętała babci, Agnieszka znalazła rozwiązanie.
"Mamo, wpadłam na genialny pomysł! Oglądałam dziś zajawkami film bollywoodzki, z którego muzyka ci się strasznie podoba. Czy ty go widziałaś ? Jeśli nie, to w tym filmie był taki motyw, że kiedy żona Shahruka umierała i zostawiała go z dzieckiem, napisała wcześniej do córki listy. Myślałam o tym i chciałabym byś napisała jeden <chyba, że chcesz więcej> list do swojej wnuczki, o czym tylko zapragniesz i przede wszystkim trochę o sobie. Myślę, że nie jest to zły pomysł, a wiem, że Julia byłaby szczęśliwa, posiadając taki list od babci. Wiem, bo ja bym była! Kocham cię bardzo, jesteś wspaniałą matką. Nie doceniałam tego, teraz, kiedy jestem sama matką, widzę to i muszę ci powiedzieć, że zrobię bardzo dużo, by być podobna do ciebie, a chłopaki - no... cóż - oni pewnie też kiedyś to docenią. Nie chcę, abyś się zamartwiała, że nie stworzyłaś idealnej rodziny, takie rodziny są tylko w tv. Nasza nie była idealna, ale wiele mnie nauczyła i jestem wdzięczna Bogu za to, że trafiłam do niej."
         Wszyscy wydawali się być pogodzeni z przeznaczeniem, sama sobie wydawałam się z nim pogodzona. Byłam zaskoczona z jaką łatwością w ostatnim czasie mi to przyszło. Nie zauważyłam tylko, że stawałam się coraz bardziej smutna, przygnębiona i zmęczona. Moje marzenia jak ptaki odlatywały w stronę słońca, tyle że nie miały powrócić. Gdzie podziała się wiara, że wszystko jest możliwe, odfrunęła razem z marzeniami i. . . chyba siłą przyzwyczajenia wróciła do gniazda mojego serca. A może zawróciła ją w niebie niewidzialna ręka Boga?  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  184 632  

najlepsze przed nami

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

Kochani moi znajomi,
nigdy nie potrafiłam prosić o coś dla siebie ; zawsze radziłam sobie sama i nawet gdy bywały gorsze dni robiłam wszystko, żeby samodzielnie przetrwać;
choroba pomału uciera nosa mojej dumie i uczy umiejętności proszenia; stowarzyszenie chorych na sla ma na swojej stronie informację

- Namawiając ludzi do przekazania nam 1% podatku należy zaznaczyć, aby w zeznaniu podatkowym wskazywali jako cel szczegółowy imię i nazwisko chorego, któremu chcą pomóc - czyli na rehabilitację dla katarzyna rosicka jaczyńska .

Nasz numer KRS: 0000287744 Nazwa: Dignitas Dolentium

wierze w piekno zycia, milosc prawdziwa, gleboka do kazdej zywej istoty, wierze w dobro, bezinteresowna zyczliwosc i boskie milosierdzie;)
coz, jestem marzycielka. . .
ale wierze rowniez, ze to wszystko jest wokol nas;)

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze n...

więcej...

Napisałam ksiazkę, o sobie, swoim zyciu, miłości, szczęściu bycia, radości tworzenia, cierpieniu, bólu duszy i ciała, nieuleczalnej chorobie i powolnym umieraniu. Chcę się z Wami nią podzielic. Moze nie całą, ale będę wrzucała pokazne kawałki . . . miłego czytania. . .

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 184632
Wpisy
  • komentarze: 376
Bloog istnieje od: 2772 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl